login:

hasło:

zaloguj   |   rejestracja


Zapraszamy do galerii zdjęć "Łukta Dawniej".



3 Stycznia 2018, godz: 10:05

Sylwester w Wynkach


     Z racji mojej wrodzonej mizantropii, niewiele razy w życiu spędzałem sylwestra w gronie większym niż… dwie osoby. Nigdy nie bawiły mnie huczne, głośne imprezy, w których przeważnie wszyscy chcieli zwrócić na siebie uwagę. Wszak, jak ogólnie wiadomo, Polacy raczej skromnością i nadmiarem kultury nie grzeszą. Może dlatego, że należymy do nacji o zacięciu wojowniczym (aczkolwiek jesteśmy Słowianami) i egocentrycznym.
     Zatem z niemałym bólem w żołądku przyjąłem zaproszenie od Cezarego Radziszewskiego (sołtys Wynek) na sylwestrowy wieczór, organizowany przez niego w centrum wsi, przy autobusowym przystanku. Cezarego lubię, chociażby za to, że pomógł mi latem zorganizować Wieczorem nad jeziorem – poetycko-fotograficzną ambitną imprezę.
     Odpowiedziałem, że się zastanowię.
     Dodam, że święta i Nowy Rok spędzałem z żoną u rodziny w Molzie. Do Wynek miałem blisko, przez las (skręt przed Dągiem) pół godziny drogi. Co to dla mnie, kiedy w kilka godzin potrafię pokonać nawet 20 km.
     Oczywiście zapytałem kolegę sołtysa, czy aby na pewno jest przekonany, żebym tam był, skoro nie tańczę, a z trunków piję (i to tylko od wielkiego dzwonu) „szampan” Picolo.
    Żona, gdy się dowiedziała, że mam (-y) zaproszenie, podziękowała, ale nie miała nic przeciwko mojej obecności w Wynkach.
     Chyba po południu zdecydowałem, że wybiorę się na sylwestra. Pogoda była przykra, ale nie na tyle, bym nie dotarł na plac zabawy. Postanowiłem wziąć aparat fotograficzny, kilka petard, latarkę i scyzoryk (nie po to, by komuś zrobić krzywdę, a dlatego, by w razie ataku dzika mieć się czym obronić. Zamierzałem z imprezy wrócić przez las, przez Śmieszny Kąt, obok domu leśniczego Zbyszka Lewandowskiego, w którym po wojnie przebywał Łupaszka, ale pewni mało kto o tym wie).
     Do późnego wieczora czytałem Na Zachodzie bez zmian E. M. Remarquego, więc czas leciał szybko. Obok stał niewielki odtwarzacz płyt, słuchałem muzyki Ozric Tentacles. Chwilami podskakiwałem na wersalce, ponieważ dzieciaki i młodzież z Molzy już petardami witali Nowy Rok, który był jeszcze ładnych kilka godzin od granic Polski, pilnie strzeżonych przez wojska ministra Macierewicza.
     Od godziny 21 do 23 siedziałem z rodziną przy stole, jedząc i pijąc zdrowe owocowe soki patrzyliśmy w tv na sylwestra w… Zakopanem. Ogólnie rzecz ujmując nienawidzę rozrywki serwowanej przez telewizję publiczną, no ale sylwester… to co innego. Niestety, gdy zobaczyłem jednego, drugiego, trzeciego wykonawcę, jakoś straciłem chęć do życia… A kiedy poleciały Majteczki w kropeczki to uznałem, że w ogólnym odczuciu nie dam się porwać tak starym przebojom, jeszcze całkiem na głowę nie upadłem. Zatrzasnąłem drzwi i znowu czytałem Remarque'a i słuchałem Ozric Tentacles.
     O godzinie 23.14 złożyłem wszystkim życzenia i ubrawszy się, ruszyłem do Wynek. W ostatniej chwili żona zdecydowała się mnie zawieźć… Opuszczając auto koło domu mojego dawnego kolegi Leszka, niestety nieżyjącego, usłyszałem od małżonki, żebym na siebie uważał i cały i zdrowy wrócił do domu.
     Na placu sylwestrowej zabawy byłem o 23.44, zostało kilkanaście minut do: powitania 2018 roku, życzeń i odpalania fajerwerków. Zameldowałem się koło namiotu, przy którym stał Cezary z kilkoma osobami. Bardzo się ucieszył, dodał, iż nie wierzył, że przyjdę, że to dla niego zaszczyt.
     Usłyszał ode mnie, żeby nie przesadzał. Po prostu dla mnie to było połączenie przyjemnego z pożytecznym: po pierwsze nie musiałem dusić się infantylnym koncertem w Zakopanem, po wtóre miałem przed sobą nocny spacer przez las, ale przede wszystkim po kilku latach byłem uczestnikiem najprawdziwszej imprezy sylwestrowej w wiejskim wymiarze i plenerze.
    Ani się obejrzałem, a już nastał czas życzeń, czasem wykrzykiwanych – może dlatego, że kanonada fajerwerkowa już się zaczęła. I mnie się trafiło coś ciekawego, po uściskach z Cezarym objęła mnie jakaś pani i wykrzyczała do ucha… WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO! Po chwili wyjąłem aparat z pokrowca i po kolejnych życzeniach z jakimś młodym człowiekiem zacząłem pstrykać.
     Przyznam, że miło było na placu przy ognisku. Sołtys zadbał o wszystko. Naliczyłem prawie czterdzieści osób, a podobno było ich więcej, tylko niektórzy poszli witać Nowy Rok do domu.
     Cezary, gdy wreszcie skończył rozdzielać życzenia, uściski i uśmiechy, zafundował mi kawę. A sam sięgnąłem po coś do jedzenia.
     W zasadzie po zakończonej strzelaninie zacząłem szykować się do powrotu do Molzy. Trochę miałem stracha, las wielki, licho nie śpi. Aha, by tradycji stało się zadość, przy ognisku odpaliłem jedną swoją petardę, wielkości paznokcia kciukowego.
     Około 0.30, pożegnawszy się z sołtysem i innymi mieszkańcami wsi, ruszyłem do Molzy. Co rusz gdzieś za mną powietrze przeszywały strzały, a na niebie widać było błyski. Nawet mnie to cieszyło. Pomyślałem: leśna zwierzyna boi się huku, wobec tego może nie wejdzie mi w drogę, kiedy samotnie pokonywać będę sylwestrową trasę Wynki-Molza (via peryferie Dągu).
     Odpoczywając przed Molzą na niewielkim mostku doszedłem do wniosku, że chociaż moja sylwestrowa zabawa trwała niespełna godzinę, to przeżyłem coś oryginalnego.
     I tak oto Wynki znowu wpisały się w moje literackie, i nie tylko, życie.

Stanisław Raginiak



autor:gres edycja:gres wyświetleń: 978

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany!


komentarze:


status: ADMINISTRATOR

4 Stycznia 2018, godz: 12:35

+ 0 - 0

Sam nie przepadam za imprezami przed telewizorem, czy to w sylwestra czy po prostu podczas przyjacielskiego spotkania. A często się zdarza, gdy kogoś odwiedzam (odwiedzamy z żoną) to gospodarz podejmuje nas przy włączonym telewizorze. Najbardziej przykro się robi jak w trakcie rozmowy ktoś nas ucisza, bo niedosłyszał co tam to "kolorowe pudło" powiedziało. Jeśli już ludzie się spotykają to powinni ze sobą rozmawiać, bo telewizor chyba już każdy w domu własny ma.

Sylwester w Wynkach... takiej imprezy nie pamiętam w Łukcie. Jakoś za mojego życia nie przypominam sobie wspólnej imprezy mieszkańców Łukty 31 grudnia pod chmurką. Jak czytamy, Cezary stanął na wysokości zadania. To dla mnie zawsze przyjemna wiadomość, że jakaś impreza się udała w naszej gminie.


 


copyright © lukta-city.pl
autor: Grzegorz Malinowski