login:

hasło:

zaloguj   |   rejestracja


Zapraszamy do galerii zdjęć "Łukta Dawniej".

26 Września 2011, godz: 10:34

Ćwokowampiria - fragment 2


II

    W poniedziałek, po tygodniowej przerwie wróciłem do szkoły i już przed pierwszą lekcją dowiedziałem się, że w piątek klasa organizuje potańcówkę. Wiadomość ta sprawiła,  że spociłem się w jednej chwili. Jednak prawdziwe nieszczęście nadeszło później. Na długiej przerwie kolega Zdzisiek zapytał, czy wiem, z której klasy zaproszono dziewczyny? Wzruszyłem ramionami. – Przyjdą kelnery – oznajmił. Momentalnie pociemniało mi w oczach. Zemdlałem.
    Gdy odzyskałem świadomość, ujrzałem matkę. Byłem w domu. – Nareszcie, nareszcie otworzył oczy, wraca do siebie! – usłyszałem. Zapytałem, co się stało i chwyciłem się za obolałą głowę. – Zemdlałeś, biedaczku. Upadając uderzyłeś głową o schody, masz lekko rozciętą skórę i wielkiego guza, ale do wesela się zagoi. Najważniejsze, że żyjesz! – cieszyła się mama. – Doktor miał rację mówiąc, że zaraz się obudzisz. Dał ci zastrzyk i poszedł sobie. – Zapytałem, jak znalazłem się w domu. – Sam pan dyrektor przywiózł cię swoim autem. Kazał ci przez trzy dni nie przychodzić na zajęcia.
     
    W czwartek wróciłem do szkoły. Chłopaki trochę mi dokuczali, śmiejąc się z guza, który jeszcze całkiem nie zginął. Starałem się nie reagować na głupie zaczepki.
    Nazajutrz, w dniu zabawy, od rana biegałem do ubikacji. Z nerwów dostałem biegunki. Śmiała się ze mnie cała klasa. Wiedziałem, że dolegliwość jest wynikiem stresu związanego z zabawą, a konkretnie – ze spotkaniem z Ewą. Czując wielką słabość do tej dziewczyny, od momentu przebudzenia nieustannie myślałem o tym, jak jej udowodnić, że nie jestem eunuchem. To właśnie ta natrętna myśl powodowała, że nie było we mnie odrobiny spokoju.
    Potańcówka zaczęła się o piątej. Grał zespół Czerwone maki z technikum. Porządku pilnowali wychowawcy naszej klasy, magister Michał Tchórz-Żewredny, dziewczyn, magister Klementyna Pokakara. Nad wszystkim, z ramienia dyrekcji, czuwał inżynier Jan Iskierka-Trąba.
    Z Ziutkiem i Staśkiem prawie do szóstej podpieraliśmy ścianę. Przykleiłem się do nich, ponieważ wiedziałem, że w tańcu są takimi samymi niedorajdami jak ja, i – co było nie mniej istotne – też nie lubili dziewczyn.
    Wychowawca kilka razy spojrzał wymownie w naszą stronę, a raz nawet pogroził palcem. Pewnie nie podobało się mu, że sterczymy jak kołki. W końcu poirytowany podszedł do nas i krzyknął:
    – Dobrali się, najgorsi w nauce, najgorsi na potańcówce! Ruszać się, głąby kapuściane!
    Miałem ochotę rzucić się na niego z pięściami, ale akurat zawołał go Iskierka-Trąba i odeszli w głąb sali.
    – Alfred, idziesz ze mną? – niespodziewanie zaczepił mnie Tadek, którego lubiłem najbardziej z całej klasy, gdyż tylko on dawał mi ściągi na klasówkach z matmy. – Mam schowane wino, wypijemy i wrócimy.
    Propozycja była kusząca. Zostawiłem kolegów i dyskretnie opuściliśmy salę. Tadek kazał mi zaczekać, a sam zszedł do piwnicy, gdzie ukrył Patykiem pisane (tak potocznie mówiło się o najtańszym winie). Butelkę opróżniliśmy w toalecie w iście rekordowym tempie, głównie ze strachu przed nauczycielami. Kolega wyrzucił flaszkę przez okno i z lekkim uśmieszkiem na ustach wróciliśmy do świetlicy. Tadek od razu ruszył do tańca, natomiast ja dołączyłem do „podpieraczy”.
    Raptem, jak spod ziemi, wyrósł przed nami wychowawca i pociągając nosem, jakby coś poczuł, bacznie nam się przyglądał. – Jak zaraz nie zaczniecie tańczyć, to pójdziecie ze mną do gabinetu! – zagroził i wbił we mnie wzrok. – Chyba czuję jakiś podejrzany zapach… 
    Momentalnie spociłem się ze strachu. Wiedziałem, że za picie alkoholu groziło wyrzucenie ze szkoły. Bojąc się, że Tchórz-Żewredny wywąchał wino, natychmiast ruszyłem na parkiet, a za mną ślamazarnie Ziutek i Stasiek. Dołączyliśmy do kilku dziewczyn tańczących w kółku. W sama porę zacząłem nabierać odwagi. Przestępując z nogi na nogę, lekko machając opuszczonymi rękoma i kiwając głową na boki, prezentowałem jedyny   znany mi taniec, który tak rozśmieszył koleżanki, że przerwałem pląsy. Musiałem się okropnie zawstydzić, gdyż jeden z kolegów krzyknął, że jestem czerwony jak burak! Zmieszany, rozejrzałem się na boki. Ziutek i Stasiek gdzieś przepadli, nie widziałem też Tadka. Już miałem ruszyć do wyjścia, gdy nagle zobaczyłem Ewę. Była dwa kroki ode mnie. Kompletnie zaskoczony i oszołomiony winem, w przypływie jakiejś dziwnej odwagi podszedłem do niej i powiedziałem, że nie jestem eunuchem. – To mi to dziś udowodnij – odezwała się delikatnie i jakoś dziwnie spojrzała mi w oczy. Półprzytomny wybiegłem z sali, chciałem jak najszybciej znaleźć się poza szkołą! Propozycja Ewki była czymś tak nieprawdopodobnym, że biegłem i biegłem! Chciałem uciec jak najdalej od miejsca, gdzie padły grzeszne, ale zarazem kuszące słowa.
    Zatrzymał mnie opuszczony szlaban kolejowy niedaleko octowni. Byłem przynajmniej kilometr od szkoły. Dysząc, nieustannie myślałem o tym, co usłyszałem od koleżanki. Ale z niej świnia, doszedłem do wniosku. Gdy wreszcie pociąg przejechał, przeszedłem na drugą stronę i usiadłem na rozsypującym się murku. Uspokoiłem się nieco i pomyślałem, że chyba niesłusznie nazwałem Ewę świnią. To raczej ja nią jestem. Przecież już od wielu dni nieustannie myślę o tym, żeby udowodnić jej, iż nie jestem niedołęgą.
    Wracałem do domu w kiepskim nastroju. Wiedziałem przecież, że w poniedziałek  będę musiał się tłumaczyć przed wychowawcą, dlaczego opuściłem potańcówkę. A guzik, niczego nie będę wyjaśniać, jak chce, niech stawia lufę ze sprawowania, postanowiłem.
    Byłem już blisko domu, gdy wróciłem myślami do Ewy. Nie miałem wątpliwości, że gdyby między nami coś zaszło, to na pewno pokochałbym ją na całe życie! Pomny jednak na słowa ojca pomyślałem, że pewnie szybko by mnie zdradziła, jak Kryśka Witka. Oszukany, odtrącony na pewno też odebrałbym sobie życie.
    Od poniedziałku bardzo uważałem, żeby nie natknąć się na Ewkę. Obawiałem się, że nawet najkrótsze spotkanie się naszych spojrzeń może zachęcić ją do kolejnego ataku, że zrobi wszystko, aby namówić mnie do złego.
    Niełatwo było mi dotąd w szkole, ale teraz, po nieszczęsnej potańcówce, przeżywałem prawdziwy koszmar. Nie dość, że Tchórz-Żewredny obniżył mi ocenę ze sprawowania, to jeszcze Ewka, czego absolutnie się nie spodziewałem, o wszystkim, co zaszło między nami, opowiedziała koleżankom. Małpy – tak nazwałem je w myślach – na każdym kroku śmiały się ze mnie. Iwona, która najbardziej działała mi na nerwy, nazwała mnie tchórzem i impotentem. Nie znałem tego słowa, ale w domu znalazłem podniszczony słownik i przeczytałem, co ono oznacza. Ze złości chwyciłem stojącą na oknie doniczkę i rozbiłem o podłogę! Rodzice widząc, że wpadłem w szał, chcieli dzwonić po pogotowie, ale uprosiłem, żeby tego nie robili.
    – Zaraz mi przejdzie – zapewniałem, z trudem powstrzymując łzy. Z twarzą ukrytą w dłoniach wytłumaczyłem, co mnie tak zdenerwowało. Chyba zrobiłem źle, bo ojciec uderzył pięścią w stół i krzyknął, że jutro pójdzie do dyrektora i z nim porozmawia!
    Jak powiedział, tak zrobił. Pomogło. Małpy przestały mi dokuczać.
    Niestety, znowu podupadłem na zdrowiu. Nie mogłem spać, niemal zupełnie straciłem apetyt, w dodatku zacząłem mieć jakieś dziwne przywidzenia. Po powrocie ze szkoły, podczas odrabiania lekcji, widziałem w pokoju jasne postaci. Niektóre stały pod ścianą nieruchomo, inne natomiast siadały na stole i próbowały mnie rozśmieszyć. Nie mówiłem o tym rodzicom, gdyż obawiałem się, że zaprowadzą mnie do psychiatry, a ten na pewno tylko czekał, by znów odesłać mnie do szpitala. 
    Na szczęście po około dwóch tygodniach poczułem się lepiej. Przywidzenia ustały.
    Każdego dnia z duszą na ramieniu szedłem do szkoły. Zbliżając się do budynku, już z daleka widziałem dziewczyny i chłopaków patrzących na mnie i wytykających palcami. Być może były to moje urojenia, ale jeśli nawet, to z czegoś przecież wynikały... W ciągu kilku miesięcy stałem się pośmiewiskiem wszystkich. Coraz częściej myślałem o tym, żeby przerwać naukę albo przenieść się do innej szkoły.
    I wtedy właśnie zdarzył się c u d.
    W piątek, po ostatniej lekcji podeszło do mnie czworo uczniów z technikum elektrycznego.
    – Jestem Iga, maturzystka, przewodniczę szkolnemu kołu Związku Młodzieży Socjalistycznej – głośno i zdecydowanie przedstawiła się urocza szatynka i poprosiła,  abyśmy przeszli na koniec korytarza. – To jest Ewelina, a to Janek i Leszek, czołowi działacze organizacji – zaprezentowała pozostałych. – Związek chce ci pomoc w nauce, zajmie się też twoją symbiozą ze szkolną społecznością. – Nie znałem słowa symbioza, więc poprosiłem o wyjaśnienie. – Mówiąc najprościej oznacza ono współżycie.
    – O nie! – zawołałem i oczyma wyobraźni zobaczyłem Ewę. – Wszystko, tylko nie współżycie!
    – Chłopaku, uspokój się! Co się z tobą dzieje?! Nie mam na myśli czegoś niemoralnego! – stwierdziła zdecydowanie, a ja płonąłem ze wstydu. – Kolego Alfredzie, chodzi o symbiozę społeczną – wyjaśniła uśmiechając się i pokazując białe jak mleko zęby. Piękna, sto razy piękniejsza od Ewy, uznałem. – Jako zetemesowcy zajmujemy się uczniami mającymi problemy nie tylko z nauką, ale także z przystosowaniem się do społeczności szkolnej – informowała Iga, uważnie mi się przyglądając. – W twoim przypadku poprosił nas o to pan dyrektor Jan Iskierka-Trąba, dlatego tu jesteśmy. Na pewno ci pomożemy, wszystko powoli się ułoży, zobaczysz. Za kilka dni poprosimy cię na zebranie, zapoznamy z naszą działalnością, opowiemy o sobie. Postaramy się przekonać, że bardzo nam zależy na przywracaniu społeczeństwu jednostek aspołecznych – zakończyła niezbyt dla mnie zrozumiale i podała mi dłoń na pożegnanie. Byłem pod wrażeniem niespodziewanego spotkania, a jeszcze bardziej pięknej przewodniczącej.
    Tego dnia chyba pierwszy raz wracałem do domu zadowolony z faktu, że jestem uczniem zawodówki. Jak chcą, to niech się mną zajmą, niech pomogą, powtarzałem, co rusz podrzucając torbę z książkami. Dobry nastrój prysł jednak jak bańka mydlana, gdy pomyślałem o Idze. W jednej chwili zrozumiałem, że ta piękna dziewczyna – w której prawdopodobnie zakochałem się od pierwszego wejrzenia – jest nie dla mnie. Taka nigdy   nie zechce elektryka. Być może moje przeświadczenie wzięło się stąd, że przypomniałem sobie niemiłe słowa ojca, gdy skończyłem podstawówkę. Podpity powiedział: – Alfredku, ty do technikum nie pójdziesz, boś za durny. Tam idą tylko tacy, co mają same piątki na świadectwie. Ty najwyżej będziesz miał jedną, z rosyjskiego… jakimś cudem ten przedmiot wchodzi do twojej pustej głowy!
    Wieczorem opowiedziałem o spotkaniu rodzicom.
    Matka z radości aż klasnęła w ręce. – Bogu dziękować, że wreszcie ktoś chce ci pomóc!
    Ojciec natomiast odezwał się ozięble: – Już komuniści cię znaleźli, oby ich gęś kopnęła! Sięgają po uboższych rozumem, bo takich łatwo otumanić!
    – Co też tato opowiada?! – zirytowałem się, bo poczułem się obrażony. – Odnosili się do mnie tak, jakbym był im równy! Nie wywyższali się! Na pewno pójdę na zebranie, a jak zobaczę, że mówią ciekawe rzeczy, to może do nich dołączę, zapiszę się do organizacji!
    – Rób, jak chcesz. Tylko nie sprowadzaj ich do domu. Wystarczy mi komunistów z pracy i z naszej klatki – podszedł do okna, lekko odsunął firanę i dodał ciszej: – Nienawidzę czerwonych – odwrócił się w moją stronę – może kiedyś powiem ci dlaczego. Synu, tyle to chyba zauważasz, że z nikim z klatki nie gadam, bo większość to partyjniaki, sprzedawczyki  i donosiciele. Im większa szuja, tym bardziej zagorzały partyjniak! – zakończył i splunął na niby.
    – Józef, bój ty się Boga, nie opowiadaj takich rzeczy dzieciakowi, nie buntuj go przeciwko ludziom i partii! – wmieszała się mama. – Nie zniechęcaj go do koleżanek i kolegów, dość już się sam w domu nasiedział! Może akurat ten związek mu pomoże?
    – Pogadaj sobie babo… pogadaj… – skwitował niegrzecznie ojciec i wyszedł do drugiego pokoju.

    Tygodnie mijały, a ja – ku wielkiej uldze rodziców i nauczycieli – uczyłem się coraz lepiej. Była to niewątpliwie zasługa członków organizacji. Niemal każdego dnia ktoś  zostawał ze mną po lekcjach i udzielał korepetycji z polskiego, matematyki czy przedmiotów zawodowych. Efektem wspólnej pracy było to, że po pierwszym okresie awansowałem w klasie z ostatniego, trzydziestego miejsca na siódme! Nawet wychowawca, który przecież nie darzył mnie sympatią, pogratulował mi wyników.
    Byłem wdzięczny koleżankom i kolegom z technikum, że poświęcają mi tyle czasu i pracy. Wszystkich tak polubiłem, że chciałem jak najszybciej zapisać się do ZMS, ale nic z tego nie wyszło.
    – Jesteś jeszcze za młody, pomyślimy o tym w przyszłym roku szkolnym – usłyszałem od Igi.
    Mimo odmowy, moja sympatia do członków ZMS nie uległa zmianie. Tylko ja wiedziałem, że w dodatkowej edukacji kryła się moja wielka tajemnica. Otóż uczyłem się głównie… dla Igi! Mój zapał jeszcze się zwiększył, gdy powiedziała, że jeśli będę dalej robił takie postępy w nauce, to na pewno zdam do technikum, a później po maturze – roztaczała przede mną piękną wizję – może nawet zostanę studentem?
    Dziewczyna imponowała mi nie tylko urodą, ale i ambicją. Byłem pewien, że   zostanie magistrem i zacznie pracować na ważnym stanowisku. Nie to co Ewka, raptem przypomniałem sobie moją poprzednią miłość. Po skończeniu zawodówki pójdzie do pracy do jakiejś knajpy i całe życie będzie biegać od stolika do stolika obsługując pijaków.
    Po kilku tygodniach spokoju, pod koniec lutego, znowu zaczął dokuczać mi ból głowy, głównie w lewej skroni. Szybko odbiło się to na nauce, nie byłem w stanie zostawać po lekcjach na korepetycje. Ból najbardziej dawał się we znaki wieczorem i nocą. Po paru dniach, gdy w żaden sposób nie mogłem zasnąć, rodzice wezwali lekarza. Przebadał mnie i stwierdził, że „coś musi być nie tak z moim mózgiem” i kazał poradzić się specjalisty.
    Nazajutrz udaliśmy się z matką do neurologa, który skierował mnie na prześwietlenie. Po dwóch dniach wróciliśmy do niego ze zdjęciem. Długo przyglądał się rentgenowi, wreszcie powiedział, że widzi coś drobnego z lewej strony, ale to na pewno nic groźnego. Z radości rzuciłem mu się na szyję, ale mnie odepchnął. Stanąłem za matką i zapytałem:
    – Jak pan doktor mówi, że wszystko w porządku, to czemu ten łeb tak boli?
    – Synku, nie łeb, głowa…
    – Może to mieć związek z nerwami – stwierdził lekarz. – Proszę pani, jak się patrzy na chłopaka, to od razu widać, że nerwicowiec: rozdygotane ręce, poobgryzane paznokcie… – dodał coś jeszcze o spokoju wewnętrznym i relaksie. Matka poinformowała go, że już była ze mną u psychiatry, ale jak dotąd nic to nie dało. – To trzeba iść jeszcze raz – zbył ją krótko i kazał pielęgniarce zawołać następnego pacjenta. Byłem zły, że tak nas potraktował.
    Codziennie brałem po kilka tabletek przeciwbólowych, głowa jednak wciąż dokuczała, powróciły też koszmarne postaci. Teraz odwiedzały mnie głównie nocą, ściągały kołdrę, a nawet dusiły! Gdy zapaliłem światło, znikały.
    Następnego popołudnia postanowiłem o wszystkim powiedzieć rodzicom. Wysłuchali mnie uważnie. Gdy skończyłem, tato zdecydował, że zaraz pójdzie do sklepu po nocną lampkę.
    – Mogę nie dostać, bo to rzadkość, ale może będą mieli jakieś latarki – dodał. – Jak to nie pomoże, to pójdę do księdza, opowiem o wszystkim i poproszę, żeby wyświęcił pokój, a najlepiej całe mieszkanie…
    – Józef, toć święcił na kolędzie – wpadła mu w słowo mama.    
    – Ale wtedy jeszcze duchów nie było! – warknął. Chciałem powiedzieć, że były, tylko o nich nie mówiłem, ale powstrzymałem się. – W zjawy żadne nie wierzę, ale licho nie śpi – stwierdził niezwykle poważnie, zapalił papierosa i kilka razy obszedł mój pokój, czasem przystawał, uważnie na coś patrzył. Zamierałem wówczas ze strachu, bałem się, że powie   coś strasznego. – Różne dziwy zdarzają się na tym świecie, oj, różne… – zaczął i usiadł na łóżku. – Takich objawów nieczystych sił lekceważyć nie można. Tym bardziej, że demony, z tego co mi wiadomo, atakują głównie słabych, chorowitych... – stwierdził i wyszedł do kuchni.
    Trochę się przestraszyłem. Demony w moim pokoju? Nie, to niemożliwe. Postanowiłem, że jeśli przy zapalonej lampce lub latarce coś zacznie mnie straszyć, to   obudzę ojca i poproszę, aby niezwłocznie przyprowadził księdza.
    Nie mam pojęcia, czy pomogła zapalona lampka (jednak ojcu udało się ją kupić), czy to, że ojciec wspomniał o poświęceniu pokoju, w każdym razie duchy przepadły. Wreszcie, mimo iż głowa nadal mnie bolała, mogłem zasnąć.
    Któregoś dnia przed szkołą zaczepiła mnie Iga i ni stąd, ni zowąd powiedziała:
    – Wiem, że nie masz jeszcze dziewczyny. Słyszę, że prawie wszystkie mają cię za głupka – przerwała i uśmiechnęła się, pokazując swoje białe zęby. Dlaczego moje są szare i nierówne? – pomyślałem. – To jest poważny problem… brak dziewczyny. W tym wieku już powinieneś kręcić z którąś – zamilkła, a rozejrzawszy się na boki i upewniwszy się, że  nikogo nie ma obok, spytała cicho: – Alfred, a może ty, jako jednostka aspołeczna,   uprawiasz to… co większość chłopaków?
    Myślałem, że zapadnę się pod ziemię! W pierwszym odruchu chciałem dać jej w twarz, ale jakoś się powstrzymałem. Jak może zadawać tak świńskie pytanie, zastanawiałem się nie patrząc na nią.
    – Jeśli tego nie robisz, to powinieneś zacząć, to pomaga psychice – bezwstydnie ciągnęła dalej. – Wielokrotnie słyszałam od chłopaków, jak opowiadali, że zawsze po tym czują się rozluźnieni… Cha! cha! cha! – roześmiała się jak głupia i odeszła bez słowa.
    Przez ponad tydzień nawet na chwilę nie mogłem uwolnić się od idiotycznych słów działaczki. W żaden też sposób nie mogłem zrozumieć, jak taka piękna dziewczyna mogła zaproponować coś tak nieprzyzwoitego? W końcu uznałem, że w organizacji nie robią nic innego, jak tylko rozmawiają o tych sprawach. Tak, na pewno tak. Gdyby było inaczej, już dawno zaprosiliby mnie na zebranie.
    Chyba tydzień później, gdy zasnąłem czytając jakąś nudną lekturę, przyśniła mi się Iga. Była naga. Rzuciłem się na nią i zacząłem całować. Wszystko szło mi dobrze, gdy nagle przebudziłem się. Byłem zły, że akurat w tym najważniejszym momencie. Zorientowawszy się, że rodzice śpią, poszedłem do łazienki. I właśnie wtedy, w marcową noc zrobiłem to, co podpowiedziała mi Iga. Zamknąłem oczy, wyobraziłem sobie ją nagą i przeżyłem coś, co na moment odebrało mi świadomość!
    Kiedy wróciłem do łóżka, byłem jednak przerażony tym, co się stało. To wszystko przez działaczkę, szukałem usprawiedliwienia. Gdyby o tym nie mówiła i nie przyśniła mi się, na pewno by do tego nie doszło. Gdy już trochę ochłonąłem i upewniłem się, że rodzice nic nie słyszeli, stwierdziłem w duchu, że było to przyjemne… Czułem się zdecydowanie lepiej. Pierwszy raz od długiego czasu ustąpił ból głowy! Zasypiając doszedłem do wniosku, że to co zrobiłem, pomogło mi więcej niż wszyscy dotychczasowi lekarze! Od tej chwili zacząłem bardziej optymistycznie patrzeć na życie.
    Po lekcjach natknąłem się na Wandę, która chodziła w najkrótszej spódniczce w szkole. Pierwszy raz uśmiechnęła się do mnie i wytrzeszczając oczy, zapytała: – Alfredzie, jakiś ty dziś ładny? Prawie zniknął ci trądzik!
    – Ja… ła…dny? – wystękałem zmieszany.
    – Jakby tak nie było, to bym nie mówiła. Chyba coś ze sobą zrobiłeś! – zawołała i chichocząc pobiegła do koleżanek. Myślałem, że spłonę ze wstydu. Jak to po mnie poznała, nieustannie zastanawiałem się, wracając do domu.
    Wieczorem, gdy rodzice poszli spać, wróciłem myślami do Igi. Położyłem się na łóżku, zwinąłem pierzynę i wyobrażałem sobie, że obok leży ta, którą tak bardzo kocham. Szeptałem czułe słówka, zapewniałem o wiecznej miłości i głaskałem miejsce, które zawładnęło całą moją wyobraźnią. W którymś momencie poprosiłem Igę, aby mnie objęła, przytuliła. Gdy to zrobiła, powiedziałem, że się z nią ożenię. I wtedy położyłem się na niej i zrobiłem to samo, co w łazience.
    Niestety, już po tygodniu zostałem okrutnie doświadczony przez los. Podczas jednej z przerw lekcyjnych Iga podeszła do mnie i odciągając na bok powiedziała, że żegna się ze mną.
    – W najbliższą sobotę przeprowadzam się z rodzicami na drugi kraniec Polski, do Rudy Śląskiej. Ojciec jest wojskowym i przenoszą go służbowo – oznajmiła, a ja z największym trudem powstrzymywałem łzy. – Może jeszcze kiedyś przyjadę do Sarwera, to na pewno się spotkamy. – Raptem usłyszałem: „Romeo i Julia!”. Spojrzałem w lewo, pod ścianą stało kilku kolegów z klasy i śmiali się z nas. Dziewczyna rzuciła: „Cześć!” i odeszła, natomiast ja schowałem się w ubikacji. Musiałem ochłonąć po tym, co przed chwilą usłyszałem od Igi.
    Wyjazd ukochanej był dla mnie straszliwym ciosem. Moje życie straciło sens.
    Mając za sobą kilka nieprzespanych nocy, któregoś dnia wstałem z łóżka, zrobiłem dwa kroki i tracąc równowagę upadłem. Wezwany przez matkę lekarz stwierdził ogólne osłabienie, przepisał leki i przez trzy dni nie kazał chodzić do szkoły. Leżąc w łóżku, nie mogłem powstrzymać łez z tęsknoty za Igą. Któregoś dnia matka nie wytrzymała i zapytała, dlaczego tak ciągle płaczę.
    – Gówno cię to obchodzi! – krzyknąłem, ale zaraz rzuciłem się jej na szyję, pocałowałem w policzek i przeprosiłem.
    – Matko Boska, synku, jak ty się odzywasz? – zapytała i rozpłakała się.
    – Ja nie chciałem… bardzo cierpię…
    – Mimo wszystko… syn… nie może się tak odzywać… do matki… – usiadła. Było mi jej żal.
    – To wszystko przez Igę… moją dziewczynę… która wyjechała…
    – Masz dziewczynę? – zdziwiła się i otarła łzy. – Nic o tym nie mówiłeś… To może teraz coś usłyszę – przytuliła mnie. W skrócie opowiedziałem o Idze, pomijając oczywiście to, czego moim zdaniem mówić nie powinienem.
    – Teraz wszystko rozumiem – szepnęła mama i obiecała, że już nie będzie pytać, dlaczego płaczę. Starała się mnie uspokoić i pocieszała, jak mogła.
     
    W ostatnim dniu zwolnienia, gdy już czułem się całkiem nieźle, przyszli do mnie Ziutek i Stasiek. Mama akurat wyszła na zakupy. Koledzy przynieśli wino, które pospiesznie wypiliśmy. Jednak to było za mało. Ziutek zapytał, czy przypadkiem nie mam w domu czegoś mocniejszego. Przypomniałem sobie, że ojciec lubił trzymać flaszkę w kredensie. Znalazłem ją bez trudu.
    – Jest pół ćwiartki, chyba nas nie poprzewraca – postawiłem butelkę. – Zaraz dam kieliszki. Jutro musimy odkupić, bo jak ojciec się kapnie, to koniec.
    – Jasne. Masz coś na popitkę? – zapytał Stasiek.
    Rozlałem wódkę, przechyliliśmy kieliszki, które zaraz umyłem i postawiłem na miejsce. Ziutek schował do teczki pustą butelkę. – Przewietrzę pokój, matka niedługo wróci i może coś wyczuć – wtrąciłem niemal biegnąc przez pokój. Akurat, gdy Stasiek chciał zapalić, usłyszałem odgłos otwieranych drzwi.
    – A co tu tak śmierdzi gorzałką?! – krzyknęła po chwili matka. – Czy to ojciec już wrócił?!
    – Nie mówiłem, że wyczuje? – szepnąłem przestraszony. Koledzy zbledli.
    – O, widzę, że masz gości… – mama stanęła w drzwiach. – A fuj, to chyba od nich tak śmierdzi! Pijaki do ciebie przyszli! Wynocha z mojego domu! – Chłopaki złapali za teczki i rzucili się do wyjścia. – Ja wam dam, syna mi będą bałamucić!
    Ostrożnie ruszyłem do łazienki, umyłem zęby i uważając, aby o coś nie zawadzić, wróciłem do kuchni, gdzie mama wypakowywała zakupy. Usiadłem na taborecie i chwytając się za czoło udawałem, że boli mnie głowa.
    – Znowu źle się czujesz? – usłyszałem. – Wcale ci się nie dziwię, tak śmierdziało od tych twoich kolegów… Masz batona – odezwała się łagodnie. – Nie zadawaj się z tymi dwoma. Już nieraz widziałam ich podchmielonych na mieście, słyszałam nawet, jak przeklinali. Koleguj się z Tadkiem, z niego bierz przykład. Mieszka nieopodal, w sąsiednim bloku, znam jego rodziców, porządni ludzie – spojrzała na mnie. – Chyba masz jeszcze gorączkę, bo jesteś czerwony…
    – E, dobrze się czuję – wtrąciłem natychmiast. – Mamo, lubię Tadka… – by ukryć przed nią wzrok, wstałem wolno, podszedłem do zlewu, przemyłem ręce – ale on nigdy nie   ma czasu, żeby się ze mną kolegować, ciągle się uczy…
    – I dobrze, też tak powinieneś robić.
    – I tak uczonym nie zostanę – powiedziałem z jakąś goryczą i ugryzłem batona.
    – Ale może zawodówkę skończysz z wyróżnieniem, bo na to się zanosi, to wtedy pójdziesz do technikum. Nie dalej jak wczoraj mówiliśmy o tym z ojcem… Zawód elektryka na całe życie to może być za mało, przydałaby się matura.
    Byłem zaskoczony. Nigdy dotąd rodzice nie wspominali o tym, żebym miał zostać technikiem. Spojrzałem na matkę uważnie, chyba dalej jest zdenerwowana i mówi od rzeczy, pomyślałem. Nagle przypomniała mi się Iga, ona też mówiła, żebym nie poprzestał na szkole zawodowej.
    Wróciłem do pokoju. Leżąc na łóżku i rozmyślając postanowiłem, że chociażby przez pamięć o ukochanej zrobię wszystko, by skończyć średnią szkołę.
   
    Po dwóch latach zostałem elektrykiem. Rodzice jakoś nie wspominali już o dalszej edukacji. Uznałem, iż doszli do wniosku, że wystarczy mi zdobyty zawód. Tato nawet powiedział któregoś dnia, że wstępnie rozmawiał już w pracy z kolegą, którego brat ma zakład elektryczno-budowlany niedaleko naszego osiedla i jeśli wszystko dobrze się ułoży, po wakacjach mógłbym podjąć tam pracę. Nawet się ucieszyłem, wreszcie będę miał własne pieniądze.
    Jednak już dwa dni potem, gdy malowaliśmy kuchnię, usłyszałem od ojca:
    – Synu, odpocznijmy chwilę, musimy pogadać. Chyba dziś rano uprzytomniłem sobie, że skoro prawie na samych czwórkach skończyłeś zawodówkę, to – póki jeszcze czas –  trzeba złożyć dokumenty do technikum mechanicznego, dla pracujących. Będziesz robił, zarabiał i się uczył! – rzekł twardo. – Trzy lata miną raz-dwa, jako technik na pewno w życiu nie zginiesz. Mając maturę, nie będziesz w pracy każdego dnia pomiatany przez kogoś innego, jak to jest ze mną.
    – Tak, synku, słuchaj ojca, dobrze mówi, dobrze ci radzi. Musisz iść do tej szkoły, wszystkie dzieci naszych sąsiadów są na drodze do matury – włączyła się matka. – Przecież nie może być tak, żeby jeden Lejek z całej klatki, a może i z bloku, nie miał matury.
    Zmówili się, na pewno się zmówili, pomyślałem i znowu wróciłem myślami do Igi.
    – Alfred, wiem, że nie najlepiej jest u ciebie ze ścisłymi, ale jak zajdzie konieczność, to grosza nie poskąpię, dam na dodatkowe nauczanie. Może też nadal pomagać ci będzie organizacja? – wyraził nadzieję ojciec, co trochę mnie zdziwiło, bo przecież „komunistów” nie lubił. – Jakoś dasz radę. Myślę sobie też i tak, że jak rozpędzisz się z nauką, zasmakujesz wiedzy, to jeszcze nam inżynierem zostaniesz! – wstał, uśmiechnął się i klepnął mnie w ramię. Kompletnie nie wiedziałem, co o tym wszystkim sądzić. Hm, może i starzy mają rację… W myślach znów powróciła Iga. Och, jakże byłoby pięknie spotkać ją kiedyś, a podając rękę, spojrzeć w jej piękne oczy i powiedzieć: „Dzięki tobie zostałem inżynierem”. – Synu, taki co ma studia, to nic nie robi, a pieniędzy zarabia tyle, że fizyczny to może tylko pomarzyć! – tato pobudzał moją wyobraźnię.



Stanisław Raginiak

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.

 Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.



komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

22 Września 2011, godz: 13:37

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy


Wielka Orkiestra 

              Świątecznej Pomocy

 

                                      Chcesz pomóc w organizowaniu sztabu WOŚP w styczniu 2012 roku?

                                        A może dołączysz do nas jako wolontariusz pomagając zbierać pieniądze?

 

                             Już w poniedziałek 26.09.11 o godzinie 18.00 zapraszamy Cię

                               na zebranie do Sali OSP w Łukcie.

 


komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gosiaq

19 Września 2011, godz: 12:48

Ćwokowampiria - fragment 1


 

I

     Na tym dziwnym świecie pojawiłem się 13 maja 1959 roku. Matka powiła mnie w maleńkiej wsi Dzirdzie, w powiecie bździanowskim.
     Gdy miałem pięć lat, rodzice, Elżbieta z domu Kowalik i Józef Lejek, przeprowadzili się do Bździanowa. Tu, po dziesięciu latach pracy w gazowni, ojciec otrzymał jednopokojowe mieszkanie. Trzy lata później natomiast został przeniesiony służbowo do pobliskiego Sarwera, stutysięcznego miasta leżącego nad rzeką Kicią. Tato nie dość, że awansował na brygadzistę i otrzymał wyższe uposażenie, to jeszcze otrzymał od przedsiębiorstwa większy, dwupokojowy lokal, który w porównaniu z poprzednim był luksusem… Mieliśmy centralne ogrzewanie i gaz! Matka nie pracowała zawodowo i tylko czasami zarobiła parę groszy, robiąc na drutach sweter lub skarpety.
    Do bloku przy ulicy Włodzimierza Iljicza Lenina wprowadziliśmy się 25 kwietnia 1967 roku.
    Tydzień później niewiele brakowało, a utopiłbym się w rzece.
    Była niedziela, matka jak zwykle krzątała się po domu, a ojciec wziął mnie i wędkę i ruszyliśmy nad Kicię. – Nazbieraj matce szczawiu! – polecił mi, sam zaś zajął się łowieniem i ćwiartką wódki, którą kupił po drodze. Gdy po jakimś czasie wróciłem z kieszeniami wypchanymi szczawiem, chrapał w najlepsze. Po wędce nie było śladu, popłynęła albo ktoś  ją ukradł. Z nudów zacząłem zbierać kamyki i czekając, aż tato się obudzi, rzucałem je do rzeki. W którymś momencie pośliznąłem się, wpadłem do wody i zostałem porwany przez nurt. Na szczęście zobaczył mnie inny wędkarz i cudem uratował.
    Przez ponad dwa tygodnie leżałem w szpitalu. Lekarz, wypisując mnie, powiedział rodzicom, że z powodu krótkotrwałego niedotlenienia nastąpiło u mnie lekkie uszkodzenie mózgu. – Fakt ten nie musi, ale może na zawsze mieć wpływ na zdrowie syna – dodał.
    Chyba urodziłem się pod złą gwiazdą, bo już po kilku miesiącach ponownie znalazłem się w szpitalu, tym razem ze wstrząśnieniem mózgu. Podczas bójki oberwałem kamieniem.
    – Drobniutki jest ten wasz chłopak, chucherko! – usłyszałem lekarza, gdy dwa dni później przy moim łóżku rozmawiał z rodzicami. – Uważajcie na niego, żeby znowu nie stało mu się coś złego.
     Jeszcze teraz, gdy wracam pamięcią do tamtych czasów, widzę rodziców pochylonych nad moim łóżkiem i załamujących ręce.    
    – Panie Boże, nie dość, że dałeś nam tylko jedno dziecko, to jeszcze takie pechowe! – ubolewała głównie matka.
    Ojciec lamentował nade mną przeważnie w soboty, zawsze po tym, jak już z sąsiadem Mietkiem opróżnili dwie, czasem trzy ćwiartki wódki. – Gdzie ten mój Alfredzio? – zaczynał zawsze tak samo i zaraz dodawał: – Alem się doczekał synka, mały ci on, chudy, słabowity…

W kogo on się wdał?!

     Prawdopodobnie, a może i na pewno, przez moje prawie utonięcie i bójkę rozwijałem się gorzej od rówieśników. Byłem tak chudy, że przezywano mnie Szczypiorek. Miałem lekkiego zeza, poruszałem się niezdarnie i trochę sepleniłem.
    Jeśli natomiast chodzi o naukę, to najlepiej będzie, jak przytoczę zdanie kierownika szkoły, które prześladuje mnie do dziś. Ten wredny, rudy okularnik niemal przez całą podstawówkę mówił o mnie: „Jak sięgam pamięcią, a mam ją bardzo dobrą, to takiego beznadziejnego ucznia, jak Alfred Lejek, nigdy nie było w naszej szkole”.
    Na szczęście, dzięki ambicji i pomocy ojca, z trudem bo z trudem, ale przechodziłem z klasy do klasy. I nigdy nie uwierzyłem w to, co któregoś dnia powiedział mi Franek Karmecki, z którym siedziałem w ławce od drugiej klasy, a mianowicie, że słyszał, jak jeden  z nauczycieli gadał do mojego starego, że z oddziału do oddziału przepuszczany byłem z litości.
    – Wiesz, Alfredku – koleżka przeważnie tak zaczynał – faktycznie, jak się na ciebie popatrzy, to aż żal ściska za serce.
    Patrząc z perspektywy upływającego czasu uważam, że lata mojej podstawowej edukacji wcale nie były takie złe dla mnie i rodziców. Przede wszystkim dlatego, że – wbrew wcześniejszym obawom lekarzy – nie przydarzyły mi się więcej jakieś szczególne wypadki  ze zdrowiem, które uniemożliwiłyby ukończenie szkoły.
   
    Zawsze będę pamiętał koniec ósmej klasy. Po powrocie do domu dostałem w nagrodę kilka paczek herbatników petit beurre i cztery oranżady. Dzień był wyjątkowo gorący. Zajadając się ciastkami, z radością patrzyłem na siedzących obok, uśmiechniętych rodziców.
    Po wypiciu pierwszej oranżady zauważyłem jednak, że ojciec jest jakiś inny niż był zazwyczaj. Spojrzał na zegarek, później na mnie, w końcu na matkę i kazał jej wyjść z pokoju.
    – No, Alfred, teraz to ty już kawaler – powiedział, gdy zostaliśmy sami i klepnął mnie mocno w plecy, aż się zakrztusiłem.
    – Jaki tam… ze mnie… kawaler – wystękałem.
    – E, kawaler i już!
     – Skoro tata tak uważa, to niech tak będzie – i nagle zerwałem się z krzesła, podbiegłem do okna i zbiłem butelką szybę, bo na parapecie usiadła jaskółka. – Ucieeekłaaa! – wrzasnąłem jak oparzony.
    – Synku, zauważam, że czasami zachowujesz się dziwnie, masz w sobie za dużo złości – ojciec starał się mówić spokojnie, ale widać było, że jest rozgniewany. – Szyb się nie tłucze, jaskółek nie straszy, są pożyteczne. Takie zachowanie bardzo mnie niepokoi – pokazał palcem, żebym usiadł i dodał: – Ta twoja nerwica ciągnie się od dzieciństwa, od wypadku w rzece i od uderzenia kamieniem w głowę.
    – Ojciec, co chcesz mi naprawdę powiedzieć? – zapytałem zniecierpliwiony i usiadłem. Nie chciałem, żeby przypominał mi dawne, smutne historie. Moje pytanie chyba mu się nie spodobało, gdyż zacisnął wargi i sięgnął po papierosa.
    – Dzieciaku, a od kiedy to ja dla ciebie jestem o j c i e c? – rzekł marszcząc czoło.
    – Wymsknęło mi się…
    – Już dobrze, dajmy spokój nerwicy. Teraz ci powiem najważniejsze, słuchaj uważnie. Oprócz ukończenia szkoły powszechnej, jest jeszcze drugie coś, co mnie cieszy, a mianowicie to, że dotąd żadna dziewczyna nie przewróciła ci w głowie.
    Spojrzałem mu w oczy, gdyż nie spodziewałem się, że powie coś takiego. – To prawda… jakoś mnie nie interesują… – wymamrotałem i zaraz pomyślałem o Kaśce, która  mi się podobała od piątej klasy, ale nigdy nie ośmieliłem się jej o tym powiedzieć. Przypuszczalnie dlatego, że nie zwracała na mnie uwagi.
    – To teraz słuchaj – tato poprawił się na krześle, wreszcie wkręcił papierosa w cygarniczkę i zapalił, a wypuszczając dym dodał stanowczo: – Pamiętaj, nigdy nie zadawaj się z żadną dziewuchą, wszystkie one są diabła warte. Jak dorosną i znajdą mężów, to żadnej nie chce się pracować. Każda tylko chciałaby się stroić, chodzić na zabawy i wydawać pieniądze swojego chłopa. – Zaskoczony wybałuszyłem oczy.

    – I co mi się tak przyglądasz? Rób wszystko, żeby się nigdy nie zakochać… – ściszył głos. – Jak jeszcze trochę podrośniesz i miłość cię pokona, będzie po tobie. Pokochasz taką, poprzewraca ci w głowie, a później zdradzi z innym, unieszczęśliwi i możesz się załamać nerwowo. Już niejeden zwariował  przez babę...
    – Tato, dlaczego mówisz takie rzeczy? – spytałem sięgając po oranżadę i ciastka. – Chyba nie każda miłość musi być nieszczęśliwa, nie od każdej trzeba zwariować…
    – Mówisz jak stary, jakbyś już coś przeżył… Nie od dziś wiem, że mam filozofa w domu. Mądrala zaczyna z ciebie wyrastać – przerwał.

    – Co ty możesz wiedzieć o miłości? Przecież nic. Sto razy mądrzejsi od ciebie połamali sobie na niej zęby...
    – Za trudno tata do mnie mówi – wtrąciłem.
    – Nie za trudno, tylko tyś za smarkaty. Pamiętasz może tego naszego sąsiada, Witka Dziamajskiego? Starszy był od ciebie, wojsko w tamtym roku odsłużył, pracę już miał i był, że tak powiem, ukształtowany, i co się z nim stało?
    – Nie żyje... – przypomniałem sobie.
    – Właśnie, nie żyje. Powiesił się. A dlaczego?
    – Nie wiem…   
    – Ale ja wiem. Zaraz po wojsku zakochał się w Kryśce Rapitorskich, mieli się nawet żenić, ale nie doszło do tego – ojciec opowiadał z przejęciem. – Zdradziła go. Ludzie mówią, że poszła do innego, bo tamten miał samochód i gruby portfel. Synku, teraz to już nikt się   nie dowie, czy zgrzeszyła przez te auto i pieniądze, czy to była zdrada z nagłej miłości, bo i takie się zdarzają. Tak czy siak, Witek tego nie zniósł i się powiesił. Dla twojego dobra powiem ci, że jak nie chcesz szybko umrzeć, to się nie zakochuj.
    – Ale tata ma żonę… – wtrąciłem zastanawiając się nad tym, co przed chwilą usłyszałem.
    – Aaa, ja to co innego – rzekł po namyśle. – Inne były czasy. Zresztą, twoja matka od początku była do mnie mocno i uczciwie przywiązana. Nie pamiętam, żeby chociaż raz obejrzała się za innym. Wtedy, jak ja brałem ślub, to w ogóle kobity były inne, pracowite i mądrzejsze od dzisiejszych. Były też bardziej posłuszne swoim kawalerom, później mężom. Dziś świat się zmienił, kobity mają coraz więcej do powiedzenia, a to jest groźne dla każdego mężczyzny.
    – W takim razie nigdy się nie ożenię! – stwierdziłem, a ojciec objął mnie i szepnął, że ma mądrego syna.
   
    Później, gdy już byłem w pierwszej klasie szkoły zawodowej (rodzice zdecydowali  się kształcić mnie na elektryka), dzięki nieustannym radom ojca na każdą dziewczynę patrzyłem z nienawiścią i pogardą. Jeśli tylko któraś uśmiechnęła się do mnie, zaraz do niej podchodziłem i groziłem, że jak jeszcze raz będzie szczerzyć zęby, to w nie oberwie.
    W szkole szybko uznano mnie za dziwaka i… głupka. Pierwsze miano otrzymałem dlatego, że stroniłem od dziewczyn, a drugie, bo byłem najsłabszym uczniem.
    Prześladowany przez koleżanki i kolegów, popadałem w coraz większy stres. W końcu dostałem rozstroju nerwowego i musiałem iść do lekarza, który określił mnie jakimś dziwnym słowem neurastenik i po badaniu skierował na dwa tygodnie do szpitala.
    Prowadząc mnie na salę, miła i ładna pielęgniarka powiedziała, że specjaliści szybko wyleczą moją nerwicę. Sprawią też, że przestanie mnie boleć głowa, bo od tygodnia dokuczała mi nieustannie, i wrócę do domu zdrów jak ryba. Siostra musiała być chyba czarodziejką, ponieważ doktorzy zrobili ze mną dokładnie tak, jak przepowiedziała. Gdy po kilkunastu dniach wróciłem do rodziców, czułem się jak nowo narodzony!
    Niestety, nerwica wkrótce dała znać o sobie.
    Pewnego listopadowego dnia ucząca się na kelnerkę Ewa, która wpadła mi w oko już pierwszego września, rzuciła mi w twarz:
    – Taki ładny chłopak, a eunuch!
    Zatkało mnie! Pierwszy raz ktoś powiedział, że jestem ładny! Radość jednak trwała krótko. Podczas obiadu poprosiłem ojca, aby wyjaśnił mi słowo eunuch. Spojrzał na mnie  tak, jakby to nie syn siedział koło niego, a duch. Chwilę kiwał głową, w końcu rzekł:
    – Eunuch, powiadasz. A kto tak powiedział?
    – Jedna dziewczyna, co się uczy na kelnerkę.
    – Na pewno się nie przesłyszałeś? – przeszył mnie wzrokiem.
    – Na pewno – odpowiedziałem i dalej jadłem pomidorówkę.
    – Eunuch… no, no… taka smarkula... Ciekawe, kto ją tego nauczył? – widać było, że tato gryzł się w sobie. – A prawdę powiedziawszy, czemu o to pytasz?
    – Jak to czemu? Chcę wiedzieć, co to oznacza – skwitowałem odkładając łyżkę i  wiercąc się na krześle, bo już nie mogłem się doczekać wyjaśnienia. Coraz bardziej podejrzewałem, że obce mi słowo znaczy coś niedobrego. Ojciec robił jakieś dziwne miny, drapał się po głowie, po ręce, za uchem i zwlekał z odpowiedzią.
    – Na pewno tak ci powiedziała? – zapytał raz jeszcze i spojrzał wrogo na matkę, która stanęła w drzwiach. – Nie podsłuchuj! – burknął.
    – Też chcę wiedzieć, co znaczy to słowo…
    – Później ci powiem, teraz wyjdź! – Matka posłuchała, przymknęła drzwi. – Powiadasz, że nazwała cię eunuchem, tak?
    – Tato, mam powtarzać sto razy? – włożyłem łyżkę do zupy i zaciskając usta, patrzyłem w okno.
    – To przykre, że tak o tobie powiedziała...
    – Czemu? – spojrzałem na ojca.
    – Hm, jakby ci to powiedzieć? Ta gówniara cię obraziła… – widząc, że nerwowo obgryzam paznokieć, dodał: – Alfred, jesteś już duży, to nie będę przeciągał… ale przedtem ci powiem, że jestem tak samo zdenerwowany jak ty.
    – Mów tata wreszcie!
    – Eunuch… to… mówiąc najprościej… ktoś, kto nie może mieć dzieci...
    – Zabiję jędzę! – krzyknąłem i wybiegłem z domu. Oszczerstwo! Kłamstwo! Podłość! Tylko takie słowa przychodziły mi na myśl. Zatrzymałem się niedaleko płotu odgradzającego nasze osiedle od działek i rozpłakałem się. Na szczęście ojciec szybko mnie odnalazł, chwycił za rękę i przyprowadził do domu.
    – Synku, i po co się denerwować? Już i tak masz taką nerwicę, że niejeden, co wojnę przeżył, takiej nie ma. Dam ci dobrą radę, nie pierwszy raz zresztą, nie zwracaj uwagi na głupie dziewuchy, odwracaj się do nich plecami.
    Postanowiłem, że od jutra nawet nie spojrzę na tę wredną Ewkę. Chociaż… Raptem przyszło mi do głowy, żeby pod jakimś pretekstem zwabić ją kiedyś w ustronne miejsce i pokazać jej „ptaka”. I chociaż miałaby na co popatrzeć, to jednak wiedziałem, że przez wrodzoną nieśmiałość nigdy nie zrobię czegoś takiego.
    Znowu źle spałem, niemal nieustannie bolała mnie głowa. Na każde, choćby najzwyklejsze pytanie rodziców reagowałem nerwowo.

W szkole byłem coraz bardziej opryskliwy i nieufny. Niemal we wszystkich kolegach i koleżankach widziałem wrogów. W każdym ich spojrzeniu i słowie węszyłem podstęp. Jakby tego wszystkiego było mało, niemal z dnia na dzień zacząłem lunatykować. Ta przypadłość sprawiła, że mama postanowiła zamówić mszę w mojej intencji.
    – Może Bóg się nad tobą ulituje i przywróci zdrowie – mówiła szykując się do wyjścia.
    Na szczęście ojciec kategorycznie się sprzeciwił. – Nie rób wariatki z siebie i z nas! – wrzasnął.
    Kilka dni później, gdy lunatykowanie nie ustępowało, poszedłem z matką do poleconego jej przez znajomą najlepszego psychiatry w Sarwerze. Specjalista, po zapoznaniu się ze wszystkimi moimi dolegliwościami, niespodziewanie machnął ręką i z rozbrajającym uśmiechem powiedział:
    – Pani Lejkowa, nie warto się za dużo przejmować. Chłopak podrośnie, zmężnieje, pozna dziewuchę, pójdzie na randkę i zaraz wyzdrowieje – a po wypisaniu zwolnienia i zainkasowaniu pieniędzy otworzył drzwi i żegnając nas, dodał podniesionym głosem:

    – Lunatykowanie samo przyszło i samo odejdzie! – po czym parsknął śmiechem.
    Wyszliśmy z matką jak niepyszni. Przez całą powrotną drogę, którą pokonaliśmy w milczeniu, zastanawiałem się, co ten głupi lekarz miał na myśli mówiąc, że jak poznam dziewczynę i pójdę z nią na randkę, to zaraz wyzdrowieję?
    Coraz bardziej zaniepokojony swoim pogarszającym się zdrowiem, któregoś wieczora zacząłem rozmyślać nad tym, czy aby niedługo nie zwariuję albo umrę? Przerażony taką wizją pobiegłem do kuchni do matki i płacząc powiedziałem, że boję się o siebie.
    – Chyba… wyląduję w domu… wariatów… albo na cmentarzu… – szlochałem.
    – Co ten dzieciak za głupoty gada! – z pokoju doleciał głos ojca. – Za młody jesteś, żeby zwariować! Prędzej mnie to dopadnie! Mam zniszczone nerwy przez robotę i inne sprawy – wszedł do kuchni, położył rękę na moim ramieniu i rzekł: – Synku, w naszej… w mojej rodzinie był już jeden pomylony, brat twojego dziadka, to chyba wystarczy. Adolf   miał na imię, był muzykantem w wojsku, dużo pił, bo każden muzykant lubi gorzałę. Baby też go zniszczyły, a miał ich tyle, że sam nie mógł policzyć. I w końcu zwariował od tego wszystkiego. Ciebie do wojska raczej nie wezmą, kruchy jesteś i chorowity, a nawet gdyby,  to w orkiestrze występować nie będziesz, boś jest niemuzykalny. O kobitach już sporo gadaliśmy – skończył i wrócił do pokoju.
    – Ojciec dobrze mówi – dodała matka. Nalewając mi kompotu z rabarbaru przekonywała, że będzie ze mną dobrze.  (cdn)

 

 

Stanisław Raginiak

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.

 Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.



komentarze (3) outsider: dla mnie- nie do czytania.
na szczęście są różne gusta.
Pozdrawiam autora.
dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

16 Września 2011, godz: 19:23

14 Rajd Warmiński 2011


 

Więcej informacji na stronie www.rajdwarminski.pl


komentarze (2) gosiaq: dlaczego ? dziś był rajd np. w Szałstrach :) dodaj komentarz autor:gosiaq edycja:gres

14 Września 2011, godz: 09:57

Cross Country Prabuty 2011 - zwycięzcy z Łukty


Z radością informujemy o wygranej dwóch członków naszej grupy w rajdach Cross Country w Prabutach w klasie junior motocross. Konrad oraz Kuba Załęscy z Łukty zajęli kolejno I miejsce i III miejsce.Serdecznie Gratulujemy.

Dodatkowo informujemy że to nie pierwsza wygrana naszych kolegów. Na cross country w okolicach Warszawy zajeli II i III miejsce.

Fotorelacja z rajdu w którym uczestnicznyli Konrad i Kuba na stronce ZAJECHANI.COM.PL 

pod TYM linkiem


komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:reeder edycja:gres

9 Września 2011, godz: 14:27

Ćwokowampiria na Łukta-City!


 

 

KSIĄŻKA  , KTÓRĄ TRZEBA KONIECZNIE PRZECZYTAĆ!

KSIĄŻKA, W KTÓREJ OPISANA ZOSTAŁA OBECNA POLSKA RZECZYWISTOŚĆ! 

 KSIAŻKA, KTÓRA BAWI I SMUCI DO ŁEZ!

 KILKASET STRON BARDZO CIEKAWEJ LEKTURY!

 

"Ćwokowampiria, to miasto rządzone przez… wampiry. Młoda, niezbyt rozgarnięta, demokratyczna władza boryka się z wieloma problemami. Nie mogąc sobie z nimi poradzić, wampiry – rządzone przez Imperatora Nietamo – porywają z miasta Sarwer inżyniera Alfreda Lejka, człowieka o barwnym życiorysie. Jest on dla nich jedyną szansą."

 

Już wkrótce na !



komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

9 Września 2011, godz: 11:39

Kiermasz


KIERMASZ ODZIEŻY I OBUWIA

w Ochotniczej Straży Pożarnej ( Świetlica OSP )

ul. Mazurska 5, Łukta

9 WRZESIEŃ, PIĄTEK ( dziś ), w godz. 11.00-17.00

 

NAJTAŃSZE BUTY W "MIEŚCIE" JEDYNA OKAZJA TYLKO 5 ZŁ

- buty damskie wsuwane, idealne do pracy i na prezent - po 10 zł!!!

- obuwie letnie po 5 zł, 8zł i po 10zł

- sukienki po 5 zł, kombinezony dziecięce po 15zł

- spodnie dziecięce po 7zł, bluski dziecięce po 5zł

- dętki rowerowe po 8zł, akcesoria rowerowe oraz wiele innych artykułów...

WYPRZEDAŻ SPODNI I SPÓDNIC PO 2ZŁ                    ZAPRASZAMY!

 


komentarze (2) gosiaq: co do art. rowerowych to widziałam siodełka, światełka, dętki, koszyczki i blokady na koła:) dodaj komentarz autor:gosiaq

30 Sierpnia 2011, godz: 11:59

Zajechani.com.pl - strona ruszyła


 

JEST! Długo oczekiwana... rodząca się w bólach... pierwsza moto-strona naszego regionu Łukta: zajechani.com.pl! Założycielami portalu jest oczywiście grupa ZAJECHANI, o której już było co nieco słychać podczas "Moto-Pikniku" (którego notabene byli organizatorami).

 

Co znajdziemy na zajechani.com.pl? Przede wszystkim informacje o wydarzeniach, ustawkach, wyjazdach oraz ciekawych miejscach wartych odwiedzenia (oczywiśćie na motorze bądź quadzie). Dodatkowo dostaniemy możliwość obejrzenia nagrań oraz zdjęć ze wspomnianych wypadów. Więcej informacji o zespole tj. składzie, znajdziemy na łamach ich strony.

Obecnie witryna jest w fazie testów oraz w budowie. Jednak na dniach ma się stopniowo wzbogacać o nowe działy. Na naszej stronie Łukta-City, będziemy na bieżąco umieszczać ważniejsze wydarzenia z życia grupy.


komentarze (5) obserwator: dopiero stronka a ja słyszałem, że już ekipa się rozpadła (no chyba że to ploty) dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

29 Sierpnia 2011, godz: 22:29

Zapraszamy na Dożynki Gminne


DOŻYNKI GMINNE

3.09.2011r., stadion w Łukcie

 

godz.

 

1300-1400

 - Msza Św. w Kościele Pw. MBCz. w Łukcie

1400-1415

 - Przemarsz Korowodu Dożynkowego na stadion

1415-1515

 - Występ Szkolnej Orkiestry Dętej z Iławy

1515-1530

 - Uroczyste otwarcie Dożynek

1530-1600

 - Wyróżnienie najlepszych rolników z Gminy Łukta

1600-1615

 - Przemówienia zaproszonych gości

1615-1700

 - Prezentacja stoisk przygotowanych przez Sołectwa

1700-1800

 - Degustacja potraw przygotowanych przez Sołectwa

1700-1800

 - Występ Zespołu "Dybzaki" z Gietrzwałdu

1800-1815

 - Ogłoszenie wyników konkursu na najpiękniejsze stoiska sołeckie i wręczenie nagród

1815-200

 - Zabawa dożynkowa - poprowadzi DJ z Olsztyna

2130-2200

 - Koncert Klaudii Raginiak

2200

 - Pokaz tańca z ogniem przez grupę młodzieżową z Ramot

 

SERDECZNIE ZAPRASZAMY



komentarze (1) gres: Déjà vu? dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

28 Sierpnia 2011, godz: 17:38

VII Powiatowe Zawody Sportowo - Pożarnicze w Ostródzie


VII Powiatowe Zawody Sportowo - Pożarnicze w Ostródzie

 

      27 sierpnia odbyły się VII Powiatowe Zawody Sportowo - Pożarnicze. Wydarzenie miało miejsce w Ostródzie na stadionie miejskim. Piękna pogoda towarzyszyła zawodnikom, którzy dzielnie walczyli, tradycyjnie, w dwóch konkurencjach: sztafeta pożarnicza 7x50m oraz ćwiczenia bojowe
 

Drużynę kobiecą OSP Łukta reprezentowały:
 

- Monika Trzcińska

- Adrianna Szubierajska

- Wioleta Kurtiak

- Magda Malinowska

- Magda Kopeć

- Marta Witkowska

- Karolina Warmińska

- Paulina Malinowska
 


Przedstawiam miejsca poszególnych drużyn :

 

  GRUPA C "kobieca"
1. OSP Miłakowo
2. OSP Łukta
3. OSP Brzydowo
4. OSP Ornowo

 

  GRUPA A "męska"
1. OSP Miłomłyn
2. OSP Kalnik
3. OSP Brzydowo
4. OSP Miłakowo
5. OSP Ornowo
6. OSP Zajezierze
7. OSP Florczaki
8. OSP Frygnowo
9. OSP Jurki
10. OSP Tułodzian
11. OSP Ruś


FOTORELACJA

 

Jeśli interesują cię zasady oraz regulamin zawodów strażackich zajrzyj pod ten link.

 


komentarze (1) autor: Gratulacje dla obu drużyn oraz życzenia jeszcze lepszych wyników dodaj komentarz autor:gosiaq edycja:gres

23 Sierpnia 2011, godz: 00:22

Trening OSP Łukta


 

 

Trening OSP Łukta

          W związku z zajęciem w dniu 2 lipca 2011 r. I miejsca w Gminnych Zawodach Strażackich, kobieca drużyna OSP Łukta dzielnie przygotowuje się na VII Powiatowe Zawody Sportowo - Pożarnicze w Ostródzie, które odbędą się 27 sierpnia 2011 r.

Zapraszamy na kibicowanie Naszym Dziewczynom !

fotorelacja z treningu - 22.08.2011 r.


komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gosiaq edycja:gres

19 Sierpnia 2011, godz: 17:41

Przygotowania na dożynki


Spotkanie przed dożynkami

 

Spotkanie odbędzie się 22.08.2011 r. (poniedziałek) o godz. 18:00

w świetlicy OSP w Łukcie.

 

Zapraszamy wszystkie chętne osoby do wzięcia udziału w przygotowaniach !


komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gosiaq edycja:gres

8 Sierpnia 2011, godz: 23:53

Rozkład jazdy "u Grzesia"


UWAGA!

Od 10.08.2011 r. ( środa ) będzie obowiązywał nowy rozkład

na linii 346 Olsztyn-Morąg!

 

Poniżej przedstawiamy aktualny rozkład jazdy



komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gosiaq edycja:gres

7 Sierpnia 2011, godz: 21:43

Gdy myślę… Łukta (Refleksja 10. Ostatnia)



Gdy myślę… Łukta
(Refleksja 10. Ostatnia)

Pożegnanie

          To już ostatnia refleksja. Nie dlatego, że nie mam o czym i o kim pisać. Powód jest dość prozaiczny: pisanie zajmuje sporo czasu. Tym bardziej, gdy – z szacunku dla Czytelnika – robi się to najlepiej, jak tylko się potrafi. Nie lubię niechlujstwa i pisania dla samego pisania. Słowa, które kierujemy do kogoś, słowa, którymi dzielimy się z innymi muszą być ważne, potrzebne. W przeciwnym razie nie ma to sensu. Truizm: żeby pisać, trzeba mieć o czym. To akurat najmniejszy problem. Głównie – jak wspomniałem – dokucza deficyt czasu. I to nie dlatego, że jest lato, że leżę gdzieś na piasku nad jeziorem i myślę o niebieskich nogach (a niby dlaczego mają być m i g d a ł y?). Zresztą, gdyby nawet znalazła się plaża, to pogoda w tym roku kapryśna.
          Pewnie, że trochę mi szkoda zostawić stronę Grzegorza. Jednak żadnej umowy nie podpisaliśmy. Umówiliśmy się, że napiszę tyle refleksji, ile uznam za stosowne. Liczba dziesięć jest okrągła i daje okazję do zakończenia moich pisemnych rozmyślań.
          Nie wykluczam jednak, że – przy akceptacji  Grzegorza – powrócę na jego stronę za jakiś czas. 
          Życie to pożegnania i powroty. Te dwa słowa nieobce są żadnemu człowiekowi.
         

          Wczoraj oglądałem dokument o wojnie Wietnamczyków z amerykańskim agresorem. Było w nim, między innymi, o żołnierzu Ho Chi Minha, który dwa lata czekał na list od żony. Gdy wreszcie go otrzymał, nie mógł przeczytać. Długa wędrówka korespondencji sprawiła, że litery były niewidoczne…
          Antoine de Saint-Exupéry, autor “Małego Księcia”, lądował kiedyś przymusowo na pustyni w Afryce Północnej, niebawem otoczyli go tubylcy, grozili, poszturchiwali, krzyczeli. Szczególnie jeden wojownik był bardzo agresywny. Pisarzowi jednak udało się przeżyć. Po dłuższym czasie wrócił w to samo miejsce, odnalazł plemię i tego paskudnego wojownika (był wodzem), wsadził go do niewielkiego samolotu i zawiózł w miejsce, gdzie rosło wiele drzew. Wódz po opuszczeniu maszyny długo przyglądał się drzewom… W końcu zapłakał. Nigdy dotąd nie widział tylu wysokich drzew…
            W życiu jest tak, Drodzy Czytelnicy moich refleksji, że im mniej się wie, tym bardziej wydaje się nam, że posiedliśmy wszystkie rozumy.
            Ignorancja jest antonimią pokory.
            Kiedyś w USA odbywał się konkurs matematyków, jedna z „konkurencji” polegała na jak najwierniejszym, odręcznym narysowaniu okręgu na tablicy. I chociaż udział brali nawet profesorowie, nikomu nie udało się (po sprawdzeniu cyrklem) zrobić tego idealnie.W pewnym momencie, przypadkowo, do sali wszedł niechlujnie ubrany stary człowiek. Widząc eleganckie towarzystwo już miał opuścić aulę, gdy któryś z matematyków podszedł do niego i zapytał, czy on też jest z uczelni? Starzec zachichotał. Obecność dziwnego gościa sprawiła, że niektórzy zaczęli z niego drwić, ktoś wcisnął mu kredę do ręki, pchnął w kierunku tablicy. Kazano mu narysować okrąg. Starzec rozejrzał się po zebranych i błyskawicznym ruchem nakreślił koło. Przyłożono cyrkiel… Ku ogromnemu zaskoczeniu matematyków okazało się, że jest ono idealne! Zapadła cisza. Ktoś wreszcie zapytał  staruszka na której uczelni naucza? – Dajcie mi spokój. Nigdy nikogo nie uczyłem, jestem kataryniarzem – padła odpowiedź.
            Mój kolega Janusz Kalamarski jest karateką, drugi dan w kyokushin. Twórcą tej  sztuki walki był Sosai Masutatsu Oyama (10 dan). Janusz opowiadał mi nieraz o obozie karate w Papendal (Holandia), gdzie był wielokrotnie. Wspominał o trenerze Loeku Hollandrze (7 dan). Nigdy nie pomyślałbym, że ten jeden z najlepszych karateków na świecie będzie u mnie w domu… A jednak. Patrzyłem z zazdrością na tego świetnie wykształconego mężczyznę (ma tytuł doktora, ale nie pamiętam w jakiej dziedzinie), zazdrościłem mu, że jednym ciosem rozbija cegły, pustaki… Sensei Hollander pobrzdąkał trochę na gitarze, czasem się odezwał. Był nadzwyczaj skromny. Następnego dnia powiedziałem Januszowi, że jestem pod wrażeniem wizyty Holendra. W odpowiedzi usłyszałem: „Ludzie, którzy coś potrafią są zazwyczaj cisi i skromni”. I zaraz dodał: „Stachu, nigdy nie bój się gościa, który wymachuje rękami, krzyczy, grozi. Taki ktoś jest słaby. Bać się należy tych, którzy nawet sprowokowani nie chcą się bić”. Zapamiętałem maksymę kolegi. I chociaż żaden ze mnie karateka (trochę ćwiczyłem u Janusza, ale to ledwie przedszkole), od tamtego czasu nie schodzę z drogi tym, którzy próbują wyprowadzić mnie z równowagi… Oczywiście w moim przypadku nie chodzi o pięści, lecz o słowa. Dlatego niech nie myślą ci, którzy mnie obrażali na tej stronie, że mnie przestraszyli.
           Generalnie, Drodzy Czytelnicy, chodzi o to, aby niepotrzebnie kogoś nie obrażać. Czym innym jest krytyka (nie mylić z krytykanctwem), a czym innym obrzucanie kogoś błotem. Czym innym jest uczciwe opisywanie niedobrych rzeczy, które (bez konsekwencji) czynią nie tylko urzędnicy, a czym innym celowe dowalanie (kolokwializm) komuś. Czyli Huzia na Józia.  
           Powoli zbliżam się do finału. Cóż, moim „obrońcom” dziękuję za każde dobre słowo. Szczególnie Pani podpisującej się Zaciekawiona. Ściskam dłoń Panom, którzy obdarzyli mnie komplementami. Zdrowia i sił (i pracy nad sobą), życzę tym, którzy nie zgadzali się ze mną. Wszystkim Panom wybaczam. Być może i ja chwilami przesadzałem. Może rzeczywiście nie w każdej kwestii racja była po mojej stronie. Cóż, jestem tylko marnym człowiekiem.
           Wszystkim jednak Czytelnikom powiem jedno: Łukta jest dla mnie ważna, także rozsiane wokół niej wsie. Stamtąd poszedłem w świat niedaleki. Łukta, nie tylko przez moją literacką drogę, jest do mnie przyklejona, jak znaczek do koperty. Przez lata pisania w niejednym miejscu w Polsce mówiłem skąd jestem, skąd pochodzę. Na swój sposób „rozsławiałem” wieś, szczególnie gdy nie było jeszcze Internetu. Łukta – to słowo ważne na pewno nie tylko dla mnie.
           I dlatego czasami wkurza mnie, gdy słyszę od mieszkańców rodzimej gminy, że wiele rzeczy   i spraw tam się partaczy (ze wskazaniem na rządzących!). Wtedy uderzam w klawiaturę, piszę. Mam do tego prawo. Wszyscy mamy takie prawo.
           Proszę Państwa, gdyby mi na Łukcie i okolicy nie zależało, nie przyjeżdżałbym tam dość często. Ciągnie wilka do lasu… W końcu, na obecnej ulicy Słonecznej, spędziłem, przeżyłem 24 lata. W Łukcie na cmentarzu pochowani są moja babcia, ojciec, brat, stryj, bracia cioteczni. Muszę o nich pamiętać. Dość często bywam na nekropolii. Tam, w tych kilku grobach, w przenośni, pochowany jest kawałek mojego życia.
           Łukta jest dla mnie ważna. (Zaraz po niej Molza, skąd pochodzi moja żona.)
           Ufam, że i ja (przez pisanie, czyli pamięć coraz ważniejszy dla niej).
           Czas wszystkich nas kiedyś osądzi. Przez swoją lupę przyjrzy się naszym czynom i słowom. Nie boję się tej chwili. Nie mam się czego wstydzić. Niech każdy dla Łukty i gminy robi tyle, co ja, a po roku znać tę krainę będzie pół Polski.
          

           Zgodzicie się jednak Państwo, że to nie takie proste. Owszem reklamę można zrobić za pieniądze podatników, to najprostsze i każdy głupi na to wpadnie! Tak postępują niemal wszyscy wójtowie, burmistrzowie i prezydenci.
           Sztuką jest jednak powitać takich turystów, którzy zjeżdżają w nasze okolice nie tylko dla jezior i lasów, ale dla konkretnych ludzi. I teraz będę nieskromny: coraz częściej słyszę, że ktoś widząc drogowskaz ŁUKTA, skręca tam tylko ze względu na moją twórczość… Tak, proszę Państwa. To są fakty.    
           I, już naprawdę na koniec, dedykuję wszystkim moim Czytelnikom jeden z najpiękniejszych wierszy, jakie przeczytałem w życiu. To wiersz o takich jak ja.
           I na pewno o wielu takich jak Wy, moi Czytelnicy.

Stanisław Raginiak   

 

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.
Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.
©
Ilustacje: Grzegorz Malinowski


 

Posłanie do psychoneurotyków

 
   
   Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
   za waszą czułość w nieczułości świata, za niepewność – wśród jego pewności
   za to, że odczuwacie innych tak jak siebie samych zarażając się każdym 


bólem 


    za lęk przed światem, jego ślepą pewnością, która nie ma dna
    za potrzebę oczyszczania rąk z niewidzialnego nawet brudu ziemi
    bądźcie pozdrowieni.


    Bądźcie pozdrowieni, nadwrażliwi
    za wasz lęk przed absurdem istnienia
    i delikatność niemówienia innym tego co w nich widzicie
    za niezaradność w rzeczach zwykłych i umiejętność obcowania     
 

 z niezwykłością,

    za realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego,
    za nieprzystosowanie do tego co jest a przystosowanie do tego co być


 powinno

    za to co nieskończone – nieznane – niewypowiedziane
    ukryte w was.

   

 

    Bądźcie pozdrowieni, nadwrażliwi
    za waszą twórczość i ekstazę
    za wasze zachłanne przyjaźnie, miłości i lęk
    że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami.

    Bądźcie pozdrowieni
    za wasze uzdolnienia – nigdy nie wykorzystane –
    za to, że chcą was zmieniać zamiast naśladować
    że jesteście leczeni zamiast leczyć świat
    za waszą boską moc niszczoną przez zwierzęcą siłę
    za niezwykłość
    i samotność waszych dróg
    Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi.

 

Profesor Kazimierz Dąbrowski  (1902-1980)



komentarze (4) zaciekawiona: "Życie to pożegnania i powroty" mam wielką nadzieję, że powrót będzie niebawem:)Z wielką przyjemnością czytałam refleksje na temat naszej gminy. DZIĘKUJĘ!!! dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

28 Lipca 2011, godz: 11:36

Gdy myślę… Łukta (9) - Kiedyś to chleb był lepszy i ludzie…



Gdy myślę… Łukta (9)
Kiedyś to chleb był lepszy i ludzie…

          Sobotnie popołudnie, 16 lipca. Wjechałem z moim gościem na podwórze gospodarstwa nad jeziorem Korwik (zwanym lokalnie „Budką”). Nie przeczuwając niczego, zamknąłem auto i w tym momencie dostrzegłem właścicielkę posesji. Pozdrowiłem   niemłodą już kobietę i zapytałem, czy (starym zwyczajem) mogę na godzinę zostawić pojazd?
– Nie bardzo… – usłyszałem i zaraz w oczach gospodyni ujrzałem złowieszczy błysk. – Wszyscy, co tu mają domki nad jeziorem, są na pana źli! – wyrzuciła z siebie z największą ulgą. – Wszyscy czytali to, co pan na nich ponapisywał. Nie powinnam chyba się zgodzić, aby zostawiał pan samochód...
          Towarzysząca mi kobieta westchnęła. Wiedziała o moich refleksjach pisanych na portalu. – Chodź… wyjedźmy stąd… – szepnęła. Postanowiłem nie rezygnować. Z uśmiechem spojrzałem na gospodynię. – Powiada pani w s z y s c y – zaakcentowałem ostatnie słowo i zaraz dodałem: – Dla mnie  w s z y s c y  to nikt, proszę pani. Zresztą, napisałem kilka dni przed przyjazdem do Łukty, że jestem do dyspozycji i jakoś nikt się do Grzegorza nie zaanonsował… Nikt z moich anonimowych interlokutorów nie dał znaku życia.
          Rozmówczyni bacznie mi się przyjrzała, jakby chciała mnie zapamiętać do końca życia. Auto jednak zostało. Spokojnie zeszliśmy łąką nad brzeg jeziora. Moja towarzyszka się kąpała, a ja porozmawiałem z kilkunastoletnimi dziewczynami (jedna była z Olsztynka, druga z Gdyni). Bardzo miłe, elokwentne i kulturalne gimnazjalistki. Rozmawialiśmy głównie o zarastającym Korwiku i marnej lipcowej pogodzie.
          Wieczorem wybrałem się na cmentarz (grzebalny, jak mówi proboszcz w Łukcie, a robi to słusznie, bo rzeczywiście jest takie określenie). Wcześniej uczestniczyłem we mszy świętej. I mimo pełnej koncentracji nie bardzo zrozumiałem przesłanie zawarte w kazaniu... Zawsze mnie irytuje, gdy ten duchowny czyta z nazwiska tych katolików, którzy mają posprzątać kościół (na co zresztą, jak słyszę od lat, parafianie nie bardzo się godzą). To się nazywa, proszę księdza, dobrowolny przymus! No, ale skoro wierzący – psiocząc pod nosem – wykonują zadanie (nie wszyscy, naturalnie), to ja nie będę się do tego mieszał. Kiedyś poznałem troszeczkę proboszcza, nawet kilka razy zaprosił mnie na kawę do siebie. Choćbym nie wiem jak łamał sobie głowę, nie pamiętam powodu, dla którego nasza ledwie co zaczęta znajomość pękła jak bańka mydlana...
          Wracam do cmentarza. Nie byłem na nim kilka miesięcy. Ze strachem zobaczyłem wiele nowych mogił. Powoli i ty zbliżasz się do świętego Piotra... – przeleciało mi przez myśl. Wzdrygnąłem się. Odwiedziłem groby najbliższych. Klęknąłem też obok mogiły Edka Jaworskiego, mojego najserdeczniejszego kolegi, który odebrał sobie życie w wieku 18 lat. Pamiętam ten szczególny dla mnie pogrzeb… Edek zostawił list pożegnalny, w którym między innymi prosił, aby podczas opuszczania trumny jego serdeczny kolega „Biały” (taki miał przydomek świetny akordeonista z Olsztyna) zagrał melodię piosenki Żółty jesienny liść… Wiele osób zalało się łzami. Dziewczyna Edka też.
          Chyba ja jako jedyny wiem, dlaczego Edek się powiesił, ale tego nie napiszę. Dziś zresztą jest to już bez znaczenia. Razem pasaliśmy krowy nad Korwikiem i Isągiem. Mieliśmy wtedy po kilkanaście lat i życie, świat jawiły się nam jak piękna bajka! Edek miał znakomity głos. W ogóle Jaworszczacy (było ich trzech: Zygmunt, Witek i Edek) byli wyjątkowo uzdolnieni muzycznie i wokalnie. Pamiętam, jak w latach 60-tych, gdy w Łukcie był dom kultury, to trio zaśpiewało na scenie piosenkę Czesława Niemena Czy mnie jeszcze pamiętasz… Straciłem wtedy na chwilę oddech. Nie tylko zresztą ja. Zadziwili wielu mieszkańców! Jaworszczacy, gdyby wtedy były takie możliwości, wygraliby wszystkie konkursy na młode talenty! Chłopaki uzdolnienia odziedziczyły po ojcu, Wiktorze. Ten to dopiero śpiewał i przygrywał sobie na bałałajce! Szczególnie lubiłem, jak pan Wiktor wyśpiewywał rosyjskie piosenki ludowe. Podobno nauczył się ich w czasie wojny.
          Gdy jestem u swojej matki, zawsze patrzę przez płot w stronę dawnego domu Jaworskich. To był, a chyba i jest nadal, jeden z najbardziej okazałych budynków we wsi. Niestety, po licznej rodzinie Jaworskich nic już nie zostało. Ktoś kilka lat temu wykupił   dom. W ogrodzie jedynie rosną nadal drzewa posadzone przez pana Wiktora…
          Mówi się, że jak człowiek chce zastanowić się nad swoim życiem, to powinien  wybrać się na cmentarz. Może to i prawda… Jest paradoks w naszym ludzkim losie (i każdej innej istoty), że umierać zaczynamy w momencie, gdy się rodzimy. Każdy z nas ma dwa zegary, wskazówki pierwszego biegną do przodu, drugiego do...
          Zacząłem od wizyty nad Budką, więc i tym wątkiem zakończę. W latach 60-tych, gdy wieczorem zamykano w Łukcie Klub Rolnika (tu, gdzie R. Smolej ma sklep), gromadą szliśmy latem nad to niewielkie jezioro. Było nas czasami kilkudziesięciu (nie licząc dziewczyn). I kąpaliśmy się do północy. Chłopaki (nie wszyscy) nawet na waleta. O dziewczynach nie napiszę, bo jakoś nie przypominam sobie, by któraś w nocy skoczyła do wody. Totalnym szaleństwem były te nasze kąpiele. Skakaliśmy z dziurawego pomostu na tzw. bombę, czasem jeden na drugiego! Na łeb, na szyję! Wrzask był ogromny, często również z bólu. Chyba słyszano nas nawet we Florczakach. Starsi koledzy mieli czasami ze sobą wino, to i odwaga ich rozsadzała! Wypływali na środek jeziora, wołali ratuuunku! Straszyli innych, że się topią. Hm, pamiętam, że kiedyś ktoś nie dał rady wodzie i nocy… Po kilku dniach w trzcinie jakiś wędkarz trafił na ciało denata…
          Chodząc latem nad Budkę, wkradaliśmy się wieczorami na truskawki na pole  Manisty. Nie oszczędzaliśmy też sadów Sobolewskich i Markowskich. Aż gałęzie trzeszczały!
          Nad jezioro chodziliśmy też jesienią. Już nie taką wielką paczką, tylko w kilka osób. Czując głód, wyrządzaliśmy komuś kolejną szkodę… wyrywaliśmy rosnącą na polu brukiew. Smaczna była. Rzadko kiedy ktoś miał scyzoryk, więc gryzło się ją jak jabłko, czasami aż trzeszczało w zębach… od piasku.
          Niezłe ziółka były z nas! Teraz tak sobie uświadamiam, że do „świętych” nie należałem, za co po latach przepraszam, przede wszystkim właścicieli sadów i pól.
          Dwie różne pory roku, dwa różne światy… Pierwszy ciepły, kolorowy i krzykliwy. Drugi, cichy, szary, spowity mazurską mgłą. 
          Jeszcze dziś wracam myślami do dawnej Łukty, najczęściej do tej jej części, którą dobrze widać od strony pagórka (około kilometr za wsią, pierwszy zakręt na drodze do Worlin). Stąd dostrzec można kościelną wieżę, szkołę i skupisko chaotycznie postawionych domów, które nijak się mają do dostojnego, dawnego domu Jaworskich.
          Z tego wzniesienia zobaczyć też można polną drogę wiodącą do gospodarstwa… Do tej zagrody, gdzie w sobotę 16 lipca właścicielka powiedziała, że  w s z y s c y, co mają dacze, mnie nie lubią...
          Gwoli ścisłości dodam, że kiedyś (przez wiele zresztą lat) właścicielem tej   gospodarki był ktoś inny. Lepiej wychowany.
          –

          „Stachu, kiedyś to chleb był lepszy i ludzie”, niejednokrotnie podczas spacerów po mazurskich drogach przypomina mi się zdanie nieżyjącego już stryja z Molzy.

Stanisław Raginiak   

 

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.
Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.
©
Ilustacje: Grzegorz Malinowski




komentarze (6) reeder: Coraz bardziej zaczynają Mi się podobać Pana refleksie –„jedzie” Pan ostro po niektórych osobach ;>.
Jest jedno, „ALE" - Łukta jest, jaka jest, zmienia się i będzie się zmieniać, kultura się zmienia, ludzie zaczynają być inaczej wychowani (przede wszystkim przez przesłania i informacje zawarte w telewizji oraz gazecie –wynik-ludzie przestają sobie ufać).
Moje zadnie jest takie, jeżeli Miał Pan na myśli obrazę ludzi z Łukty to wstyd, mimo że jest źle to nie obraża się swoich, natomiast, jeżeli Ma Pan na myśli poruszenie w ludziach, otrząśniecie i spojrzenie na to, co się dzieje to Ja to Popieram.
Na koniec dodam, że na pewno i w Pana czasach działo się dużo złego i były takie sytuacje, jakie teraz Pan dostrzega - tylko człowiek po tylu latach wspomina tylko dobre rzeczy - bo takie się tylko pamięta.
Pozdrawiam i czekam na 10-tą część myśli - może tym razem całkowicie poświęconą czasom naszych rodziców z młodości i dziadkom.
dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

                                      
                                      
                             

 


copyright © lukta-city.pl
autor: Grzegorz Malinowski