login:

hasło:

zaloguj   |   rejestracja


Dostępna jest retransmisja z XXXVII Sesji Rady Gminy Łukta z 30 czerwca link

8 Sierpnia 2011, godz: 23:53

Rozkład jazdy "u Grzesia"


UWAGA!

Od 10.08.2011 r. ( środa ) będzie obowiązywał nowy rozkład

na linii 346 Olsztyn-Morąg!

 

Poniżej przedstawiamy aktualny rozkład jazdy



komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gosiaq edycja:gres

7 Sierpnia 2011, godz: 21:43

Gdy myślę… Łukta (Refleksja 10. Ostatnia)



Gdy myślę… Łukta
(Refleksja 10. Ostatnia)

Pożegnanie

          To już ostatnia refleksja. Nie dlatego, że nie mam o czym i o kim pisać. Powód jest dość prozaiczny: pisanie zajmuje sporo czasu. Tym bardziej, gdy – z szacunku dla Czytelnika – robi się to najlepiej, jak tylko się potrafi. Nie lubię niechlujstwa i pisania dla samego pisania. Słowa, które kierujemy do kogoś, słowa, którymi dzielimy się z innymi muszą być ważne, potrzebne. W przeciwnym razie nie ma to sensu. Truizm: żeby pisać, trzeba mieć o czym. To akurat najmniejszy problem. Głównie – jak wspomniałem – dokucza deficyt czasu. I to nie dlatego, że jest lato, że leżę gdzieś na piasku nad jeziorem i myślę o niebieskich nogach (a niby dlaczego mają być m i g d a ł y?). Zresztą, gdyby nawet znalazła się plaża, to pogoda w tym roku kapryśna.
          Pewnie, że trochę mi szkoda zostawić stronę Grzegorza. Jednak żadnej umowy nie podpisaliśmy. Umówiliśmy się, że napiszę tyle refleksji, ile uznam za stosowne. Liczba dziesięć jest okrągła i daje okazję do zakończenia moich pisemnych rozmyślań.
          Nie wykluczam jednak, że – przy akceptacji  Grzegorza – powrócę na jego stronę za jakiś czas. 
          Życie to pożegnania i powroty. Te dwa słowa nieobce są żadnemu człowiekowi.
         

          Wczoraj oglądałem dokument o wojnie Wietnamczyków z amerykańskim agresorem. Było w nim, między innymi, o żołnierzu Ho Chi Minha, który dwa lata czekał na list od żony. Gdy wreszcie go otrzymał, nie mógł przeczytać. Długa wędrówka korespondencji sprawiła, że litery były niewidoczne…
          Antoine de Saint-Exupéry, autor “Małego Księcia”, lądował kiedyś przymusowo na pustyni w Afryce Północnej, niebawem otoczyli go tubylcy, grozili, poszturchiwali, krzyczeli. Szczególnie jeden wojownik był bardzo agresywny. Pisarzowi jednak udało się przeżyć. Po dłuższym czasie wrócił w to samo miejsce, odnalazł plemię i tego paskudnego wojownika (był wodzem), wsadził go do niewielkiego samolotu i zawiózł w miejsce, gdzie rosło wiele drzew. Wódz po opuszczeniu maszyny długo przyglądał się drzewom… W końcu zapłakał. Nigdy dotąd nie widział tylu wysokich drzew…
            W życiu jest tak, Drodzy Czytelnicy moich refleksji, że im mniej się wie, tym bardziej wydaje się nam, że posiedliśmy wszystkie rozumy.
            Ignorancja jest antonimią pokory.
            Kiedyś w USA odbywał się konkurs matematyków, jedna z „konkurencji” polegała na jak najwierniejszym, odręcznym narysowaniu okręgu na tablicy. I chociaż udział brali nawet profesorowie, nikomu nie udało się (po sprawdzeniu cyrklem) zrobić tego idealnie.W pewnym momencie, przypadkowo, do sali wszedł niechlujnie ubrany stary człowiek. Widząc eleganckie towarzystwo już miał opuścić aulę, gdy któryś z matematyków podszedł do niego i zapytał, czy on też jest z uczelni? Starzec zachichotał. Obecność dziwnego gościa sprawiła, że niektórzy zaczęli z niego drwić, ktoś wcisnął mu kredę do ręki, pchnął w kierunku tablicy. Kazano mu narysować okrąg. Starzec rozejrzał się po zebranych i błyskawicznym ruchem nakreślił koło. Przyłożono cyrkiel… Ku ogromnemu zaskoczeniu matematyków okazało się, że jest ono idealne! Zapadła cisza. Ktoś wreszcie zapytał  staruszka na której uczelni naucza? – Dajcie mi spokój. Nigdy nikogo nie uczyłem, jestem kataryniarzem – padła odpowiedź.
            Mój kolega Janusz Kalamarski jest karateką, drugi dan w kyokushin. Twórcą tej  sztuki walki był Sosai Masutatsu Oyama (10 dan). Janusz opowiadał mi nieraz o obozie karate w Papendal (Holandia), gdzie był wielokrotnie. Wspominał o trenerze Loeku Hollandrze (7 dan). Nigdy nie pomyślałbym, że ten jeden z najlepszych karateków na świecie będzie u mnie w domu… A jednak. Patrzyłem z zazdrością na tego świetnie wykształconego mężczyznę (ma tytuł doktora, ale nie pamiętam w jakiej dziedzinie), zazdrościłem mu, że jednym ciosem rozbija cegły, pustaki… Sensei Hollander pobrzdąkał trochę na gitarze, czasem się odezwał. Był nadzwyczaj skromny. Następnego dnia powiedziałem Januszowi, że jestem pod wrażeniem wizyty Holendra. W odpowiedzi usłyszałem: „Ludzie, którzy coś potrafią są zazwyczaj cisi i skromni”. I zaraz dodał: „Stachu, nigdy nie bój się gościa, który wymachuje rękami, krzyczy, grozi. Taki ktoś jest słaby. Bać się należy tych, którzy nawet sprowokowani nie chcą się bić”. Zapamiętałem maksymę kolegi. I chociaż żaden ze mnie karateka (trochę ćwiczyłem u Janusza, ale to ledwie przedszkole), od tamtego czasu nie schodzę z drogi tym, którzy próbują wyprowadzić mnie z równowagi… Oczywiście w moim przypadku nie chodzi o pięści, lecz o słowa. Dlatego niech nie myślą ci, którzy mnie obrażali na tej stronie, że mnie przestraszyli.
           Generalnie, Drodzy Czytelnicy, chodzi o to, aby niepotrzebnie kogoś nie obrażać. Czym innym jest krytyka (nie mylić z krytykanctwem), a czym innym obrzucanie kogoś błotem. Czym innym jest uczciwe opisywanie niedobrych rzeczy, które (bez konsekwencji) czynią nie tylko urzędnicy, a czym innym celowe dowalanie (kolokwializm) komuś. Czyli Huzia na Józia.  
           Powoli zbliżam się do finału. Cóż, moim „obrońcom” dziękuję za każde dobre słowo. Szczególnie Pani podpisującej się Zaciekawiona. Ściskam dłoń Panom, którzy obdarzyli mnie komplementami. Zdrowia i sił (i pracy nad sobą), życzę tym, którzy nie zgadzali się ze mną. Wszystkim Panom wybaczam. Być może i ja chwilami przesadzałem. Może rzeczywiście nie w każdej kwestii racja była po mojej stronie. Cóż, jestem tylko marnym człowiekiem.
           Wszystkim jednak Czytelnikom powiem jedno: Łukta jest dla mnie ważna, także rozsiane wokół niej wsie. Stamtąd poszedłem w świat niedaleki. Łukta, nie tylko przez moją literacką drogę, jest do mnie przyklejona, jak znaczek do koperty. Przez lata pisania w niejednym miejscu w Polsce mówiłem skąd jestem, skąd pochodzę. Na swój sposób „rozsławiałem” wieś, szczególnie gdy nie było jeszcze Internetu. Łukta – to słowo ważne na pewno nie tylko dla mnie.
           I dlatego czasami wkurza mnie, gdy słyszę od mieszkańców rodzimej gminy, że wiele rzeczy   i spraw tam się partaczy (ze wskazaniem na rządzących!). Wtedy uderzam w klawiaturę, piszę. Mam do tego prawo. Wszyscy mamy takie prawo.
           Proszę Państwa, gdyby mi na Łukcie i okolicy nie zależało, nie przyjeżdżałbym tam dość często. Ciągnie wilka do lasu… W końcu, na obecnej ulicy Słonecznej, spędziłem, przeżyłem 24 lata. W Łukcie na cmentarzu pochowani są moja babcia, ojciec, brat, stryj, bracia cioteczni. Muszę o nich pamiętać. Dość często bywam na nekropolii. Tam, w tych kilku grobach, w przenośni, pochowany jest kawałek mojego życia.
           Łukta jest dla mnie ważna. (Zaraz po niej Molza, skąd pochodzi moja żona.)
           Ufam, że i ja (przez pisanie, czyli pamięć coraz ważniejszy dla niej).
           Czas wszystkich nas kiedyś osądzi. Przez swoją lupę przyjrzy się naszym czynom i słowom. Nie boję się tej chwili. Nie mam się czego wstydzić. Niech każdy dla Łukty i gminy robi tyle, co ja, a po roku znać tę krainę będzie pół Polski.
          

           Zgodzicie się jednak Państwo, że to nie takie proste. Owszem reklamę można zrobić za pieniądze podatników, to najprostsze i każdy głupi na to wpadnie! Tak postępują niemal wszyscy wójtowie, burmistrzowie i prezydenci.
           Sztuką jest jednak powitać takich turystów, którzy zjeżdżają w nasze okolice nie tylko dla jezior i lasów, ale dla konkretnych ludzi. I teraz będę nieskromny: coraz częściej słyszę, że ktoś widząc drogowskaz ŁUKTA, skręca tam tylko ze względu na moją twórczość… Tak, proszę Państwa. To są fakty.    
           I, już naprawdę na koniec, dedykuję wszystkim moim Czytelnikom jeden z najpiękniejszych wierszy, jakie przeczytałem w życiu. To wiersz o takich jak ja.
           I na pewno o wielu takich jak Wy, moi Czytelnicy.

Stanisław Raginiak   

 

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.
Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.
©
Ilustacje: Grzegorz Malinowski


 

Posłanie do psychoneurotyków

 
   
   Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
   za waszą czułość w nieczułości świata, za niepewność – wśród jego pewności
   za to, że odczuwacie innych tak jak siebie samych zarażając się każdym 


bólem 


    za lęk przed światem, jego ślepą pewnością, która nie ma dna
    za potrzebę oczyszczania rąk z niewidzialnego nawet brudu ziemi
    bądźcie pozdrowieni.


    Bądźcie pozdrowieni, nadwrażliwi
    za wasz lęk przed absurdem istnienia
    i delikatność niemówienia innym tego co w nich widzicie
    za niezaradność w rzeczach zwykłych i umiejętność obcowania     
 

 z niezwykłością,

    za realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego,
    za nieprzystosowanie do tego co jest a przystosowanie do tego co być


 powinno

    za to co nieskończone – nieznane – niewypowiedziane
    ukryte w was.

   

 

    Bądźcie pozdrowieni, nadwrażliwi
    za waszą twórczość i ekstazę
    za wasze zachłanne przyjaźnie, miłości i lęk
    że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami.

    Bądźcie pozdrowieni
    za wasze uzdolnienia – nigdy nie wykorzystane –
    za to, że chcą was zmieniać zamiast naśladować
    że jesteście leczeni zamiast leczyć świat
    za waszą boską moc niszczoną przez zwierzęcą siłę
    za niezwykłość
    i samotność waszych dróg
    Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi.

 

Profesor Kazimierz Dąbrowski  (1902-1980)



komentarze (4) zaciekawiona: "Życie to pożegnania i powroty" mam wielką nadzieję, że powrót będzie niebawem:)Z wielką przyjemnością czytałam refleksje na temat naszej gminy. DZIĘKUJĘ!!! dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

28 Lipca 2011, godz: 11:36

Gdy myślę… Łukta (9) - Kiedyś to chleb był lepszy i ludzie…



Gdy myślę… Łukta (9)
Kiedyś to chleb był lepszy i ludzie…

          Sobotnie popołudnie, 16 lipca. Wjechałem z moim gościem na podwórze gospodarstwa nad jeziorem Korwik (zwanym lokalnie „Budką”). Nie przeczuwając niczego, zamknąłem auto i w tym momencie dostrzegłem właścicielkę posesji. Pozdrowiłem   niemłodą już kobietę i zapytałem, czy (starym zwyczajem) mogę na godzinę zostawić pojazd?
– Nie bardzo… – usłyszałem i zaraz w oczach gospodyni ujrzałem złowieszczy błysk. – Wszyscy, co tu mają domki nad jeziorem, są na pana źli! – wyrzuciła z siebie z największą ulgą. – Wszyscy czytali to, co pan na nich ponapisywał. Nie powinnam chyba się zgodzić, aby zostawiał pan samochód...
          Towarzysząca mi kobieta westchnęła. Wiedziała o moich refleksjach pisanych na portalu. – Chodź… wyjedźmy stąd… – szepnęła. Postanowiłem nie rezygnować. Z uśmiechem spojrzałem na gospodynię. – Powiada pani w s z y s c y – zaakcentowałem ostatnie słowo i zaraz dodałem: – Dla mnie  w s z y s c y  to nikt, proszę pani. Zresztą, napisałem kilka dni przed przyjazdem do Łukty, że jestem do dyspozycji i jakoś nikt się do Grzegorza nie zaanonsował… Nikt z moich anonimowych interlokutorów nie dał znaku życia.
          Rozmówczyni bacznie mi się przyjrzała, jakby chciała mnie zapamiętać do końca życia. Auto jednak zostało. Spokojnie zeszliśmy łąką nad brzeg jeziora. Moja towarzyszka się kąpała, a ja porozmawiałem z kilkunastoletnimi dziewczynami (jedna była z Olsztynka, druga z Gdyni). Bardzo miłe, elokwentne i kulturalne gimnazjalistki. Rozmawialiśmy głównie o zarastającym Korwiku i marnej lipcowej pogodzie.
          Wieczorem wybrałem się na cmentarz (grzebalny, jak mówi proboszcz w Łukcie, a robi to słusznie, bo rzeczywiście jest takie określenie). Wcześniej uczestniczyłem we mszy świętej. I mimo pełnej koncentracji nie bardzo zrozumiałem przesłanie zawarte w kazaniu... Zawsze mnie irytuje, gdy ten duchowny czyta z nazwiska tych katolików, którzy mają posprzątać kościół (na co zresztą, jak słyszę od lat, parafianie nie bardzo się godzą). To się nazywa, proszę księdza, dobrowolny przymus! No, ale skoro wierzący – psiocząc pod nosem – wykonują zadanie (nie wszyscy, naturalnie), to ja nie będę się do tego mieszał. Kiedyś poznałem troszeczkę proboszcza, nawet kilka razy zaprosił mnie na kawę do siebie. Choćbym nie wiem jak łamał sobie głowę, nie pamiętam powodu, dla którego nasza ledwie co zaczęta znajomość pękła jak bańka mydlana...
          Wracam do cmentarza. Nie byłem na nim kilka miesięcy. Ze strachem zobaczyłem wiele nowych mogił. Powoli i ty zbliżasz się do świętego Piotra... – przeleciało mi przez myśl. Wzdrygnąłem się. Odwiedziłem groby najbliższych. Klęknąłem też obok mogiły Edka Jaworskiego, mojego najserdeczniejszego kolegi, który odebrał sobie życie w wieku 18 lat. Pamiętam ten szczególny dla mnie pogrzeb… Edek zostawił list pożegnalny, w którym między innymi prosił, aby podczas opuszczania trumny jego serdeczny kolega „Biały” (taki miał przydomek świetny akordeonista z Olsztyna) zagrał melodię piosenki Żółty jesienny liść… Wiele osób zalało się łzami. Dziewczyna Edka też.
          Chyba ja jako jedyny wiem, dlaczego Edek się powiesił, ale tego nie napiszę. Dziś zresztą jest to już bez znaczenia. Razem pasaliśmy krowy nad Korwikiem i Isągiem. Mieliśmy wtedy po kilkanaście lat i życie, świat jawiły się nam jak piękna bajka! Edek miał znakomity głos. W ogóle Jaworszczacy (było ich trzech: Zygmunt, Witek i Edek) byli wyjątkowo uzdolnieni muzycznie i wokalnie. Pamiętam, jak w latach 60-tych, gdy w Łukcie był dom kultury, to trio zaśpiewało na scenie piosenkę Czesława Niemena Czy mnie jeszcze pamiętasz… Straciłem wtedy na chwilę oddech. Nie tylko zresztą ja. Zadziwili wielu mieszkańców! Jaworszczacy, gdyby wtedy były takie możliwości, wygraliby wszystkie konkursy na młode talenty! Chłopaki uzdolnienia odziedziczyły po ojcu, Wiktorze. Ten to dopiero śpiewał i przygrywał sobie na bałałajce! Szczególnie lubiłem, jak pan Wiktor wyśpiewywał rosyjskie piosenki ludowe. Podobno nauczył się ich w czasie wojny.
          Gdy jestem u swojej matki, zawsze patrzę przez płot w stronę dawnego domu Jaworskich. To był, a chyba i jest nadal, jeden z najbardziej okazałych budynków we wsi. Niestety, po licznej rodzinie Jaworskich nic już nie zostało. Ktoś kilka lat temu wykupił   dom. W ogrodzie jedynie rosną nadal drzewa posadzone przez pana Wiktora…
          Mówi się, że jak człowiek chce zastanowić się nad swoim życiem, to powinien  wybrać się na cmentarz. Może to i prawda… Jest paradoks w naszym ludzkim losie (i każdej innej istoty), że umierać zaczynamy w momencie, gdy się rodzimy. Każdy z nas ma dwa zegary, wskazówki pierwszego biegną do przodu, drugiego do...
          Zacząłem od wizyty nad Budką, więc i tym wątkiem zakończę. W latach 60-tych, gdy wieczorem zamykano w Łukcie Klub Rolnika (tu, gdzie R. Smolej ma sklep), gromadą szliśmy latem nad to niewielkie jezioro. Było nas czasami kilkudziesięciu (nie licząc dziewczyn). I kąpaliśmy się do północy. Chłopaki (nie wszyscy) nawet na waleta. O dziewczynach nie napiszę, bo jakoś nie przypominam sobie, by któraś w nocy skoczyła do wody. Totalnym szaleństwem były te nasze kąpiele. Skakaliśmy z dziurawego pomostu na tzw. bombę, czasem jeden na drugiego! Na łeb, na szyję! Wrzask był ogromny, często również z bólu. Chyba słyszano nas nawet we Florczakach. Starsi koledzy mieli czasami ze sobą wino, to i odwaga ich rozsadzała! Wypływali na środek jeziora, wołali ratuuunku! Straszyli innych, że się topią. Hm, pamiętam, że kiedyś ktoś nie dał rady wodzie i nocy… Po kilku dniach w trzcinie jakiś wędkarz trafił na ciało denata…
          Chodząc latem nad Budkę, wkradaliśmy się wieczorami na truskawki na pole  Manisty. Nie oszczędzaliśmy też sadów Sobolewskich i Markowskich. Aż gałęzie trzeszczały!
          Nad jezioro chodziliśmy też jesienią. Już nie taką wielką paczką, tylko w kilka osób. Czując głód, wyrządzaliśmy komuś kolejną szkodę… wyrywaliśmy rosnącą na polu brukiew. Smaczna była. Rzadko kiedy ktoś miał scyzoryk, więc gryzło się ją jak jabłko, czasami aż trzeszczało w zębach… od piasku.
          Niezłe ziółka były z nas! Teraz tak sobie uświadamiam, że do „świętych” nie należałem, za co po latach przepraszam, przede wszystkim właścicieli sadów i pól.
          Dwie różne pory roku, dwa różne światy… Pierwszy ciepły, kolorowy i krzykliwy. Drugi, cichy, szary, spowity mazurską mgłą. 
          Jeszcze dziś wracam myślami do dawnej Łukty, najczęściej do tej jej części, którą dobrze widać od strony pagórka (około kilometr za wsią, pierwszy zakręt na drodze do Worlin). Stąd dostrzec można kościelną wieżę, szkołę i skupisko chaotycznie postawionych domów, które nijak się mają do dostojnego, dawnego domu Jaworskich.
          Z tego wzniesienia zobaczyć też można polną drogę wiodącą do gospodarstwa… Do tej zagrody, gdzie w sobotę 16 lipca właścicielka powiedziała, że  w s z y s c y, co mają dacze, mnie nie lubią...
          Gwoli ścisłości dodam, że kiedyś (przez wiele zresztą lat) właścicielem tej   gospodarki był ktoś inny. Lepiej wychowany.
          –

          „Stachu, kiedyś to chleb był lepszy i ludzie”, niejednokrotnie podczas spacerów po mazurskich drogach przypomina mi się zdanie nieżyjącego już stryja z Molzy.

Stanisław Raginiak   

 

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.
Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.
©
Ilustacje: Grzegorz Malinowski




komentarze (6) reeder: Coraz bardziej zaczynają Mi się podobać Pana refleksie –„jedzie” Pan ostro po niektórych osobach ;>.
Jest jedno, „ALE" - Łukta jest, jaka jest, zmienia się i będzie się zmieniać, kultura się zmienia, ludzie zaczynają być inaczej wychowani (przede wszystkim przez przesłania i informacje zawarte w telewizji oraz gazecie –wynik-ludzie przestają sobie ufać).
Moje zadnie jest takie, jeżeli Miał Pan na myśli obrazę ludzi z Łukty to wstyd, mimo że jest źle to nie obraża się swoich, natomiast, jeżeli Ma Pan na myśli poruszenie w ludziach, otrząśniecie i spojrzenie na to, co się dzieje to Ja to Popieram.
Na koniec dodam, że na pewno i w Pana czasach działo się dużo złego i były takie sytuacje, jakie teraz Pan dostrzega - tylko człowiek po tylu latach wspomina tylko dobre rzeczy - bo takie się tylko pamięta.
Pozdrawiam i czekam na 10-tą część myśli - może tym razem całkowicie poświęconą czasom naszych rodziców z młodości i dziadkom.
dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

19 Lipca 2011, godz: 20:36

Dzień Lipowego Skrzata


 

Fundacja Rozwoju Regionu Łukta

oraz mieszkańcy Łukty - "Wioski Lipowych Skrzatów"

zapraszają na:

 

DZIEŃ LIPOWEGO SKRZATA

06 sierpnia 2011 ( sobota )

od godz. 16:00

 

Plener tematyczny organizowany jest w ramach projektu pn.

"Od pomysłu do wioski tematycznej tylko jeden krok !"

 

W programie:

Wystąpienia zaproszonych gości, konkursy, zabawy i gry dla wszystkich uczestników wraz z nagrodami, przepyszne jedzonko ( bigosik, skrzatówka, stół z potrawami wiejskimi, ciasta ), wystawa rękodzieła, występ zespołu muzycznego, zabawa do białego rana.


Ponadto:

Stoiska wiosek tematycznych: Łukta - "Wioska Lipowych Skrzatów", Mostkowo - "Kraina Wyobraźni", Stare Jabłonki - "Kraina Kwitnących Jabłoni", Idzbark - "Wieś Pana Twardowskiego", atrakcje dla najmłodszych, lokalne produkty i pamiątki.

 

MIEJSCE: STADION W ŁUKCIE


komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gosiaq

19 Lipca 2011, godz: 15:45

Festyn - 23.07.2011


Festyn na stadionie w Łukcie

w dniu 23.07.2011

rozpoczęcie godz. 1700

W programie:

 - tor przeszkód z nagrodami dla dzieci i młodzieży,

 - łowienie rybek w basenie wodnym z nagrodami,

 - dmuchańce dla dzieci, stoiska balonowe, wata cukrowa, popcorn, kiełbaski z grilla

 - pokaz tańca z ogniem godz. 2130

Zabawa potrwa do godz 200

 

Zabawę poprowadzi DJ z Olsztyna

Serdecznie zapraszamy

organizator : Urząd Gminy w Łukcie


komentarze (3) obserwator: te fatum pogody to znak z nieba, że czas najwyższy zmienić koncepcje festynów, czas na nowe ambitne festyny, a nie macie ludzie 3 w roku i odczepcie się :P dodaj komentarz autor:gosiaq edycja:gres

14 Lipca 2011, godz: 17:29

Pieski do adopcji


 

 

Witajcie!

Jest nas dziesięcioro. Szukamy domu i opieki.

Za 3 tygodnie możesz nas zaadoptować otrzymując za to 200.

 

Rekompensata części kosztów utrzymania jest możliwa dopiero w przypadku umieszczenia szczeniąt w tymczasowym przytulisku przy oczyszczalni ścieków w Łukcie lub schronisku w Ostródzie (zgodnie z Uchwałą Rady Gminy Łukta Nr XLVIII/253/2010 z dnia 12 października 2010 r. w sprawie wprowadzania Gminnego programu zapobiegania bezdomności zwierząt domowych na terenie Gminy Łukta opublikowanej w Dz. Urz. Woj. War.-Mar. Nr 170 z 2010 r., poz. 2212)

link do uchwały

kontakt: (89)6 475 070 (wewnętrzny 41) Referat Gospodarki Terenowej

 

Psiaki są kundelkami. Matka psiaków jest średniej wielkości.


komentarze (4) kropka_duza: dokładnie nie oddajac je nie wiadomo czy trafia w dobre rece i co pozniej wlasciciel z nimi zrobi...słodziaki moze i sie skusze dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

14 Lipca 2011, godz: 08:01

Gdy myślę... Łukta (8) - Premedytacja i… szlachetność


Gdy myślę… Łukta (8)
Premedytacja i… szlachetność

 

Zróbmy zasadzkę na sprawiedliwego, bo nam niewygodny,
            sprzeciwia się naszym sprawom,
            zarzuca nam łamanie prawa,
            wypomina nam błędy naszych obyczajów.

                                Pismo Święte Księga Mądrości



          W roku milenijnym w Dębicy w kościele odbył się koncert muzyki Krzysztofa Pendereckiego (mam nadzieję, że łukcianin podpisujący się bodzio wie, kto to taki). By doszło do tego artystycznego wydarzenia, żona kompozytora zadała sobie sporo trudu, aby pozyskać pieniądze. Nie było to łatwe, ale dzięki dobrym ludziom udało się. Piękny był to koncert, opowiadał mi kolega z tego miasta (w którym notabene urodził się autor Dies irae). Zanim jednak zabrzmiały pierwsze dźwięki, wcześniej przez pół godziny miejscowa władza witała zaproszoną… władzę. Wymieniano posłów, senatorów, prezydentów, burmistrzów i chyba dwóch wójtów (sic!). Dopiero pod koniec przypomniano sobie o kompozytorze… Gdy ucichły ostatnie alikwoty i towarzystwo udało się na bankiet, okazało się, że Krzysztof Penderecki odjechał w siną dal.  

 

O kocham Kraków, bo nie od kamieni
przykrościm doznał - lecz od żywych ludzi,
nie zachwieje się we mnie duch ani się zmieni,
ani się zapał we mnie nie ostudzi,
to bowiem z Wiary jest, co mi rumieni
różanym świtem myśl i co mię budzi.
Im częściej na mnie kamieniem rzucicie,
sami złożycie stos - stanę na szczycie.

  

          To wiersz Stanisława Wyspiańskiego o Krakowie, a właściwie krakowiakach. Nie trzeba być znawcą poezji, by pojąć, że nie miał łatwego życia jeden z najgenialniejszych Polaków. Jego „Wesele” to dramat przed którym klęknie każdy, kto ma choć odrobinę oleju w głowie.

          Nic zatem nowego i zdrożnego w tym, że i ja (chociaż nie jestem godzien nawet czyścić butów Pendereckiemu czy płyty grobu Wyspiańskiego) obrywam od moich pobratymców. Widać tak musi być. Widać tak jest zawsze, gdy zabiera się głos publicznie, gdy pod słowami krytyki umieszcza się swoje nazwisko. Wbrew zwyczajom cywilizowanego świata jednak jest to, że moi interlokutorzy, wylewając na mnie pomyje, kryją się pod pseudonimami… Czyżby zabrakło im odwagi, by się podpisać?
          Proszę, aby adwersarze nie doszukiwali się w moich wypowiedziach czegoś, czego w nich nie ma. Moja krytyka nie wynika ze złośliwości, kompleksów czy zawiści. Piszę jedynie o tym co jest wykoślawione, spaczone, niedobre w łukciańskiej, gminnej rzeczywistości.
I będę to robił nadal.
          Proszę zauważyć, że nikogo nie obrażam. Zwracam jedynie uwagę na niewłaściwie wykonywaną pracę, na braki – najogólniej mówiąc – w sprawach samorządowych i, jak ostatnio, w kwestiach redaktorsko-edytorskich. I mam do tego prawo, jak każdy obywatel tego kraju.
          Hej, ukryci pod pseudonimami kąsacze (od kąsać)! Nie sztuka obrazić, obrzucić błotem. Jakaż to dla was satysfakcja?! Enigmatyczni moi przeciwnicy, przypominacie kundelki, które wyskoczywszy z krzaków ugryzą, a po chwili z podwiniętym ogonem znikają z oczu. Nawet nie wiem, z jakiej jesteście zagrody, posesji?
          Kąsacze czytający moje refleksje, musicie wiedzieć o jednym: nie piszę dla zarobku, w każdej chwili mogę zamknąć ten literacki epizod. I będę miał święty spokój.
          Dlaczego tego nie robię?
          Odpowiedź jest prosta: nie wszyscy mnie potępiają. Część osób przyznaje mi rację. To ci z wyobraźnią. To ci, którzy widzą szerzej, głębiej. Których, tak jak mnie, boli na przykład urzędnicza nonszalancja, brak kompetencji, chamstwo, umysłowe ograniczenie, brak szacunku dla innego człowieka, nieprzestrzeganie ogólnie przyjętych norm współżycia. To ci, którzy są bardziej wyczuleni na ludzką krzywdę.
Właśnie ci wrażliwi i nadwrażliwi są dla mnie najważniejsi. 
          Moi Drodzy Kąsacze, nie ma świata jednolitego w odbiorze. Jednak jako ten, który o Łukcie napisał wiele stron, (nierzadko chwalebnych), mam chyba prawo zwracania uwagi na te sprawy, które bolą, denerwują mieszkańców. Sami zresztą mówią mi o tym. Ba, słyszę dużo więcej (i boleśniej) o niektórych aspektach życia w Łukcie i gminie. Pewnie przyjdzie na nie czas w refleksjach.
          Mogę zadać banalne pytanie: a niby dlaczego dotąd nikt z Łukty i okolicy nie zaczął  pisać refleksji? Innych w treści niż moje, takich wydumanych wiejskich peanów na cześć i chwałę wielu osób i spraw? (Grzegorz pewnie by się zgodził.) Odpowiadam (można się ze mną nie zgodzić): trzeba po prostu wiele problemów widzieć szerzej, z innej perspektywy i… umieć o nich pisać. To tylko z pozoru jest łatwe. Jest jeszcze druga istotna rzecz, na imię jej  o d w a g a. A z tym bywa różnie. Przecież wyraźnie napisałem poprzednio, że w Łukcie i okolicy absolutna większość mieszkańców jest koincydencyjna pod względem etyki, honoru  i… czupurności (jeśli ta ostatnia w ogóle występuje).
          Wierzę jednak w ludzi młodych, którzy w krainie mojego dzieciństwa i młodości nie powinni być szablonowi, nijacy! Bez ikry, wyobraźni i odrobiny cywilnej odwagi! Wiem, że tacy są. Nie tylko w Łukcie. Świat – nawet ten najbliższy nam – trudno zmienić, ale przynajmniej trzeba próbować.
          Byłem kilka tygodni temu na festynie w Łukcie. Pomijając jakąś tam treść artystyczną, cała reszta przypominała socjalistyczną, odpustową rzeczywistość. Dla niektórych osób z tej wsi świat stoi w miejscu. Niestety. Dlatego stwierdzam, że w mojej gminnej wsi można by pokusić się o nieco ambitniejsze propozycje kulturalne, a nie serwować głośną muzykę do późnej nocy i… browar.  Jarmarczne to widowisko. Żenujące. 
          Naturalnie, atrakcyjność festynu zależy głównie od organizatorów. Jednak czy tylko? A może społeczeństwo od lat akceptuje ten kicz, tę żenadę z dwóch powodów: po pierwsze – lepszy rydz niż nic, po drugie – takie „igrzyska” są absolutnie adekwatne do naszych potrzeb.
          Mogę machnąć ręką na łukciańską rzeczywistość, żyjcie sobie jak uważacie. Mam co robić w życiu, mam nad czym myśleć. Zamiast przez kilka godzin pisać refleksje mógłbym na przykład dokończyć książkę F. S. Collinsa Język Boga albo posłuchać zespołu Dream Theater lub Ozric Tentacles. Dlaczego tego nie robię? Ano dlatego, że Łukta jest miejscem z którego wyszedłem i jest dla mnie ważna. Życzę sobie, aby moi adwersarze zrobili tyle dobrego dla tej wsi, co ja. Aby rozsławiali Łuktę przynajmniej w takim stopniu, co ja. Wiem,  dziś ten fakt jest jeszcze mało dostrzegalny, ale z czasem… Niech moi „wrogowie” jedno sobie uświadomią, że jak świat światem każda miejscowość znana jest szerzej (geograficznie i turystycznie) jedynie przez nietuzinkowe jednostki, które w niej żyją (żyły) lub przez wpisane w nią jakieś szczególne miejsca historyczne (dziś jeszcze można dodać cykliczne organizowanie imprezy... Chyba w Jonkowie koło Olsztyna ludzi przyciąga rzucanie podkową w telewizor. Mało oryginalne, ale ludzie przyjeżdżają). Nawet notoryczni piwosze z Łukty wiedzą, że gdyby nie jeziora i lasy nikt nie zaglądałby w ten zakątek kraju.
          Nikt przecież nie będzie tu zjeżdżał po to, by poznać sfrustrowanego bodzia i jemu podobnych.
          I już prawie na koniec, Kazimierz Matan powiedział: „Z przebaczeniem jest jak z jazdą samochodem po zmroku – przy mijaniu ktoś pierwszy musi zmienić światła z długich na krótkie”.
          Zapewniam wszystkich życzących mi jak najgorzej, że zawsze pierwszy zmieniam światła. I ani trochę nie jestem zły na tych, którzy mnie obrażają. Już się do tego przyzwyczaiłem… Zapyta ktoś, jak można normalnie żyć, gdy tak napadają z lewa i prawa, z przodu i tyłu? Można. Albowiem świat nie składa się głównie z ludzi budzących się z zaciśniętą pięścią i pianą na twarzy. Wręcz przeciwnie, więcej jest tych, których przebudzeniu towarzyszy uśmiech.    
          Zawsze w sytuacji werbalnej, gdy mój rozmówca uznaje tylko swoje racje, przypominam sobie zdanie mojego przyjaciela Kazimierza Brakonieckiego, poety i prozaika z Olsztyna: Do rozmowy potrzebny jest partner.
          Zapewniam wszystkich czytających tę refleksję, że nie jestem fanem sentencji Heinricha Heine: „Powinno się wybaczać swoim wrogom, ale nie wcześniej, niż zostaną powieszeni”. Poeci na pewno bywają pamiętliwi, czasem kreślą autograf na czyjeś twarzy, ale nie są małostkowi, złośliwi. Sztuka uszlachetnia. Ignorancja natomiast każdemu rozsądnemu człowiekowi kojarzy się ze… słomą w butach. Nawet, gdy są z krokodylej skóry.  
          Pozdrawiam wszystkich, którzy myślą podobnie jak ja. A tych, którzy mają odmienną filozofię informuję, że w najbliższą sobotę i niedzielę (16/17) będę na terenie gminy Łukta. I jestem w stanie spotkać się z każdym, kto chciałby przedyskutować ze mną jakąkolwiek kwestię związaną z moimi refleksjami (już napisanymi lub przyszłymi).
          I chociaż z racji pisania nie zawsze jestem odbierany jako szlachetny rycerz Zakonu Poetów i Prozaików, to zapewniam każdego chama i człowieka kulturalnego, że w razie  potrzeby stanę w obronie swoich racji do walki pieszej lub konnej (to tak z okazji kolejnej rocznicy bitwy pod Grunwaldem). 
(Można się ze mną umówić przez Grzegorza Malinowskiego.)

e-mail: lukta-city@wp.pl (przyp. red.)

Stanisław Raginiak   

 

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.
Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.



komentarze (9) marix39: Dlaczego S.Raginiak wyjechał z Łukty?Nurtowało mnie to pytanie wielokrotnie.Do dzisiaj. dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

4 Lipca 2011, godz: 21:43

Zakaz kąpieli!


UWAGA!

zakaz kąpieli nad jeziorem Gil i Isag.

 

W jeziorach Gil ( Kotkowo ) oraz Isąg ( Pelnik; Worliny ) w gminie Łukta zakwitły groźne dla zdrowia sinice. W związku z tym służby sanitarne wprowadziły tam tymczasowe zakazy kąpieli - do odwołania.


komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gosiaq

3 Lipca 2011, godz: 22:37

Zawody strażackie w Łukcie


Zawody strażackie w Łukcie

          2 lipca odbyły się gminne zawody strażackie. Wydarzenie miało miejsce w Łukcie na boisku klubu sportowego Warmiaka Łukta. Mimo niesprzyjającej aury (przez całe zawody padał deszcz) zawodnicy oraz zawodniczki dzielnie walczyli, tradycyjnie, w dwóch konkurencjach: sztafeta pożarnicza 7x50m oraz ćwiczenia bojowe. A oto jak przedstawiają się wyniki zawodów:

mężczyźni

I miejsce - OSP Florczaki
II miejsce - OSP Ględy
III miejsce - OSP Łukta
IV miejsce - OSP Worliny

 

kobiety

I miejsce - OSP Łukta
II miejsce OSP Florczaki
III miejsce - OSP Ględy

 

chłopcy

I miejsce - OSP Ględy
II miejsce OSP Łukta

 

 

 

dziewczęta

I miejsce - OSP Florczaki
II miejsce - OSP Łukta

 

 

A oto składy drużyn OSP z Łukty: 

mężczyźni 16+ lat:

 Artur Sujkowski
Kamil Popielarski
Krzysztof Florkowski
Mateusz Piotrak
Dominik Czerwiński
Mateusz Owsianka
Adam Zdonek
Robert Dobrosielski
Sławomir Owsianka

 

kobiety 16+ lat:

Dominika Borowska
Marta Witkowska
Magda Kopeć
Małgorzata Tońska
Karolina Florkowska
Marta Wojcinowicz
Monika Głażewska
 

Paulina Malinowska

 

chłopcy 12-15 lat:

Marek Zimoń
Krzysztof Kopeć
Szymon Olszewski
Jacek Zbierowski
Grzegorz Zbierowski
Patryk Budziński
Damian Owsianka
Piotr Jankowski

 

 

dziewczęta 12-15 lat:

Julita Rzeszotarska
Walentyna Forzan
Klaudia Forzan
Natalia Wojtowicz
Monika Trzcińska
Wioleta Kurtiak
Adrianna Szubierajska
Klaudia Niedbalska

 

Zdjęcia z zawodów znajdują się w naszej galerii pod tym linkiem.

Jeśli interesują cię zasady oraz regulamin zawodów strażackich zajrzyj pod ten link.

 


komentarze (10) taaa: przepraszam bardzo ale powtórka Ględ też nie była na miejscu. Czyja to wina że za pierwszym razem nie poradzili sobie z zadaniem ??
jest to tylko ich wina że nie umieli posługiwać motopompą* !! ; ]]]]]
dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

2 Lipca 2011, godz: 09:02

Gdy myślę... Łukta (7) - Trzy letnie obrazki



Gdy myślę… Łukta (7)
Trzy letnie obrazki

          Pierwszy, drogowy: z kosą i sekatorem (i pomocą jednej pani) w samo południe w sobotę 26 czerwca ruszyłem na obrzeża Molzy. Postanowiłem wykosić, zlikwidować chaszcze ograniczające widoczność kierowcom. Najpierw zabraliśmy się za koszenie i wycinanie krzaków przy drodze dochodzącej do ostródzkiej trasy. Miałem (mieliśmy) zamiar zrobić to już wcześniej, bo wyjeżdżając z tej wsi trudno bezpiecznie (chwasty szczególnie ograniczają, pole widzenia z lewej strony) włączyć się do ruchu. Praca nie  trwała więcej niż pół godziny i od razu poprawiła się widoczność i bezpieczeństwo. Chwilę później skosiłem pokrzywy i inne chwasty, tudzież dziko rosnące krzewy na łuku molziańskiej drogi. Teraz kierowcy dużo lepiej widzą nadjeżdżający z przeciwka inny pojazd. Kolejne minuty wysiłku. Jest zdecydowanie lepiej. Teraz nie tylko ja mogę jechać bezpiecznie.
          Zastanawiające jest jedno: czy rzeczywiście aż ktoś z poza gminy musiał zająć się wycinaniem pokrzyw i dziko rosnących krzaków? Czy rzeczywiście nikomu z miejscowych kierowców (że o urzędnikach nie wspomnę) one nie przeszkadzały? Nikomu nie przyszło do głowy, by zrobić z tym porządek? Zwykłe lenistwo czy… polskie podejście do sprawy: a niby dlaczego ja mam to zrobić, niech zajmie się tym ktoś inny?
          Zapewniam, że takich zakrętów w gminie Łukta, gdzie bezpieczeństwo jazdy jest zagrożone mamy dużo więcej. Powiem tak: chwilami aż mi wstyd, gdy zbliżam się od Ostródy do mojej rodzinnej miejscowości, a co tu dopiero mówić o estetyce dróg prowadzących do innych wsi. Mam nadzieję, że tubylcy (raczej chyba młodzi) chwycą za kosy i sekatory i zrobią porządek na innych wyjazdach i podjazdach. W końcu latem do naszej gminy zjeżdża sporo turystów i… jak ją widzą, tak o niej mówią.
          Drugi, gazetowy: wpadł mi w ręce pierwszy numer Z życia gminy. Przejrzałem, później poczytałem, a jeszcze później zabawiłem się w korektora. Wypadło kiepsko. Już na pierwszej stronie pod tekstem podpisanym przez wójta mamy dwa rażące potknięcia. Pierwszy błąd jest w pierwszym zdaniu, po przecinku mamy dużą literę. Wypadało też – w tej wójtowskiej odezwie – słowo „mieszkańcy” napisać (przez szacunek) z dużej litery. Tekst jest mało klarowny. Nie bardzo wiadomo czy mieszkańcy oczekują lepszej prezentacji gminy przez organa władzy, czy przez redakcję? Nie zabrałem ze sobą gazetki (niezbyt trafnie użyto tego określenia, słowo takie zawsze kojarzy mi się z gazetką szkolną). W wielu tekstach (ŻADEN NIE JEST PODPISANY NAWET INICJAŁAMI, A TO KAŻDEMU CZYTAJĄCEMU KOJARZY SIĘ JEDNOZNACZNIE…), widać pseudo-dziennikarską indolencję. Albo inaczej – amatorszczyznę!
          Z doświadczenia wiem, że to nie sztuka wydać raz na jakiś czas (w przypadku Z życia gminy nie wiadomo czy to będzie miesięcznik? kwartalnik?) gazetkę. Od przypadku do przypadku. To nie ja wymyśliłem, że na każdą publikację trzeba mieć pomysł, wyznaczyć sobie redakcyjną drogę. Bo co będzie dalej? Następny numer za rok? Od wielkiego dzwonu?! Z życia gminy wydano na kredowym papierze, zdjęcia są barwne, to kosztuje. Zatem tym bardziej jako były łukcianin nie chciałbym się wstydzić za amatorsko redagowane artykuliki. A w pierwszym numerze jest ich większość. Życzę (enigmatycznym, wstydzącym się swych nazwisk) redaktorom więcej profesjonalizmu w pisaniu i większego szacunku dla czytelnika. W końcu gazetka wychodzi za pieniądze podatników. I chociaż ja do nich nie należę, to jednak chciałbym kiedyś pokazać tę publikację poza granicami gminy Łukta i powiedzieć do kogoś znajomego: zobacz, jak świetnie redagowana jest samorządowa gazeta w mojej wsi. Czy tego doczekam? Wątpię. Pisanie to ciężka i żmudna praca. Nawet jeśli związana jest stricte z tzw. odfajkowywaniem spraw samorządowych, bez silenia się na reportaż czy chociażby felieton, bo tu koniecznie trzeba znać arkana dziennikarstwa! Zastanawiam się pisząc kolejną refleksję, co będzie, gdy redaktorom zabraknie lokalnych tematów? Hm, może trzeba będzie ruszyć w teren i posłuchać co w trawie piszczy. A piszczy i to niemało… Nawet zgrzyta.  
          Trzeci, jazgotliwy: na koniec w nieco  innym tonie, ale też nie za wesoło, o tak zwanych imprezach weekendowych i… psach. Gdy wieczorem (a nawet nocą) wędruję po drogach i polach rozsianych wokół Łukty, niejednokrotnie w piątek i w sobotę, męczą odgłosy alkoholowych biesiad dochodzące z różnych miejsc. Ostatnio imprezowano w Wynkach. Kobiece piski i krzyki, głośna muzyka roznosiły się po okolicy grubo po północy. Byłem dwa kilometry od towarzystwa. Nocą hałas się jeszcze potęguje, ale żeby słychać go było z takiej odległości? Czy tak zachowują się cywilizowani ludzie? Myślę, że nawet w epoce dzikusów w moich rodzinnych stronach było ciszej. Głośna muzyka, krzyki, przekleństwa, słychać to nazbyt często. Zastanawiam się, czy niektórzy ludzie pamiętają, że istnieje jeszcze coś takiego jak kultura, czy odchodzi już ono do lamusa? Czy może to dla niektórych jedyny sposób na relaks? Dotyczy to zarówno przyjezdnych jak i  miejscowych.
          Kolejna sprawa to psy, których w każdej wsi jest pod dostatkiem. Dygresja: planowałem w wieku emerytalnym wrócić do Łukty lub jej okolic. Jednak im bliżej emerytury, coraz częściej zastanawiam się czy to ma sens. Jazgot stwarzany przez czworonogi jest nie do wytrzymania, nie obowiązuje ich cisza nocna. Uciążliwe szczekanie i ujadanie trwa często do północy, a bywa że do rana. I to nie tylko w Taborzu, Komorowie czy Wynkach, także w Łukcie. „Najweselej” jest w pobliżu szkoły, gdzie w ostatnich latach wybudowano najwięcej domów. Tam to dopiero mamy psią kakofonię! Zastanawiam się nieraz, jak ludzie mogą tu mieszkać i jak to znoszą? A marzył mi się mały domek w tej mieścinie. Jeszcze mam czas na podjęcie decyzji, ale wszystko wskazuje na to, że chociaż lubię psy, to ich nadmiar, a szczególnie ich ujadanie zweryfikują moje osadnicze plany.
          Raz i drugi zdarzyło mi się po dwudziestej drugiej zwrócić komuś uwagę, żeby uciszył psa. Bardzo tego pożałowałem. Pewna pani z Łukty rzuciła mi w twarz: „Chyba pies jest po  to, żeby szczekał! A jak się panu psy nie podobają, to na bezludną wyspę trzeba się wyprowadzić!” Dobrze, że mnie nie poszczuła. Nie mogę pojąć, jak ludzie bywają  bezmyślni. Czy nie rozumieją, że nawet w dzień nieustające szczekanie może być dokuczliwe i  przeszkadzać sąsiadowi? Pewnie zrobiono by porządek z nocnym (i nie tylko) ujadaniem czworonogów, gdyby odważnych ludzi było więcej. My, Polacy, wolimy pogderać, poprzeklinać pod nosem, niż zwrócić uwagę sąsiadowi w tej lub innej kwestii. Często fałsz jest dla nas ważniejszy od prawdy. Dla świętego spokoju wolimy się męczyć…
          Powie ktoś, że nie mam o czym pisać. Nieprawda. Jest mnóstwo tematów, które jeszcze tu poruszę. Gdybym uważał, że psi problem prześladuje tylko mnie, dałbym spokój. Ale tak niestety nie jest. Coraz częściej słyszę, że ktoś w gminie powinien zająć się hałasem wszczynanym przez czworonogi. I wcale nie chodzi o to, by psy sobie nie poszczekały, bo to niemożliwe. Jednak należy walczyć z takimi właścicielami Reksów, którzy uważają, że ich pies ma prawo szczekać kiedy chce i ile chce. 
          I dlatego proszę się nie dziwić moim (skromnym) marzeniom, że którejś letniej nocy chciałbym posiedzieć za wsią i popatrzeć na gwiazdy, ale bez wszechobecnych wrzasków pijanego towarzystwa, muzyki disco polo i nieustającego szczekania psów.
          Aha, na koniec mam jeszcze pytanie do urzędników gminnych: czy wszyscy właściciele płacą podatek za swojego czworonoga?                                      

Stanisław Raginiak   

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.
Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.
©
Ilustacje: Grzegorz Malinowski




komentarze (8) outsider: ;-D dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

1 Lipca 2011, godz: 18:12

Dożynki


Informacja 

Uprzejmie zawiadamiam mieszkańców sołectwa Łukta, że w dniu 3 lipca 2011 r. o godz. 18:00 w świetlicy OSP w Łukcie odbędzie się zebranie wiejskie dotyczące przygotowania i organizacji dożynek gminnych w 2011r.

Wszystkich mieszkańców sołectwa serdecznie zapraszam.

Sołtys


komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gosiaq edycja:gres

28 Czerwca 2011, godz: 17:41

FireShow


FireShow

Nauka tańca z ogniem


Ruszają zapisy na naukę FireShow.

Chcesz poszerzyć swoje umiejętności i zdolności,

aktywnie i interesująco spędzić wolny czas,

dostarczyć sobie oraz widzom rozrywki oraz pozytywnych emocji?

Zgłoś i zapisz się na warsztaty!

 

 

Czym jest FireShow?

To rodzaj pokazu wymagający manipulacji płonącymi przedmiotami. Zazwyczaj obiekty te posiadają jeden lub więcej nasiąkliwych końców (podobnie jak pochodnia), które są moczone w paliwie i podpalane. 

Pokazy ogniowe często połączone są z elementami tańca klasycznego, nowoczesnego. Niejednokrotnie wplatane są elementy akrobatyki lub teatru. Często towarzyszą temu nie tylko starannie przygotowane stroje, ale odpowiednia choreografia i otoczka w postaci przedstawienia konkretnej historii.

źródło:wikipedia

 

 

Zgłoszenia na warsztaty można dokonać

 Uwaga nowy e-mail e-mail'owo: Horoszczuk@wp.pl  

telefonicznie: 605 154 265

 

Więcej informacji pod ww. adresem e-mail oraz numerem telefonu!



komentarze (2) jasiu: Przepraszam że nie odpisywałem na e-maila ... ale wyjechałem i nie miałem dostępu do internetu . dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

28 Czerwca 2011, godz: 17:20

Festyn i zawody strażackie


 

 

Wójt Gminy Łukta,

Zarząd Oddziału Gminnego

Związku Ochotniczych Straży Pożarnych RP

w Łukcie



Zapraszają

Na gminne zawody sportowo-pożarnicze,

połączone z festynem

dnia 2 lipca 2011r o godz. 16.00

na stadionie  w Łukcie .

 

Przebieg zawodów:

•    Sztafeta pożarnicza 7x50m.
•    Ćwiczenie bojowe.
•    Wręczenie pucharów, dyplomów, nagród.
 

W międzyczasie zapewniamy atrakcje:

•    Stoiska balonowe
•    Kiełbaskę z grilla
•    Watę cukrową
•    Zabawę z udziałem DJ z Olsztyna
•    Koniec festynu 200

 


komentarze (5) gosiaq: 'to jest wszystko bez sensu!' dodatkowe kłótnie i DESZCZ :) dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

18 Czerwca 2011, godz: 12:13

Gdy myślę... Łukta (6) - Odwaga czy tchórzostwo?



Gdy myślę... Łukta (6)
 ODWAGA CZY TCHÓRZOSTWO?


        Frapująca i zaskakująca dyskusja jaka wywiązała się na forum po mojej ostatniej refleksji dodała mi sił, wzmocniła wiarę, że w mojej rodzinnej wsi są jeszcze jednostki, które nie chcą się pogodzić z wszechobecnym i zasiedziałym tam marazmem.
        Odezwali się odważniejsi, tchórzliwi jak zawsze siedzą w kryjówkach i czekają aż burza minie. Tak jest najwygodniej.
        Różnica miedzy człowiekiem odważnym a tchórzliwym jest głównie taka, że ten pierwszy próbuje zmienić dookolny świat, walczy ze złem, a ten drugi wszystko ma w nosie, bo wszystkiego się boi. 
        W ostatniej swojej powieści „Ćwokowampiria” opisałem polskie społeczeństwo lat 90-tych i obecnych, już po 2000 roku. Nieciekawy to obraz. Szczególnie źle opisałem różnego typu urzędników, którzy jakby nagminnie w ostatnich latach dobierani są do kolektywów samorządowych nie na zasadzie kompetencji, ale przeróżnych kuriozalnych decyzji prezydentów, burmistrzów i wójtów. Kolesiostwo, zależności służbowe na różnych „dowódczych” szczeblach, sztuczne etaty dla kogoś znajomego z powiatu lub województwa, wykonywanie poleceń partyjnych, zatrudnianie rodzin znajomych polityków, wspólne, dziwne interesy władzy! Wszystko to prowadzi do ponurego obrazu naszej administracji. Wymyślono nawet skrót dla określenia pracownika samorządu. Mówi się o nim BMW, bierny, mierny, ale wierny. Taka urzędnicza miernota, która niewiele potrafi, ale za to ma świetny układ z szefem. Pensje niemałe, ale tylko dla tych od BMW. Ambitny i niepokorny pracownik, mający swoje zdanie, nie pasuje większości prezydentom, burmistrzom i wójtom. Na takiego się poluje, szuka powodu do pozbycia się go.
         I tak oto z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, z roku na rok psuje się nam ta nasza kochana Polska. Psuje, bo polityka weszła już wszędzie. Wagony pieniędzy idą miesięcznie na utrzymanie wielu  niekompetentnych urzędników.
        W prywatnej firmie taka pozbawiona kompetencji osoba straciłaby posadę. Co też ja piszę! Nikt by jej przyjął.  Prywatny pracodawca płaci za pracę, pomysły, kreatywność, dyspozycyjność, czasem całodobową. Szef liczy każdą złotówkę, bo generalnie większości firmom się nie przelewa. Natomiast w administracji państwowej, samorządowej nikt  specjalnie na etatach nie oszczędza, bo nie płaci ze swojego. Nie trzeba się specjalnie rozglądać, by to dostrzec.
         Rośnie nam armia nieudaczników, zauszników, leni i pozbawionych własnego ego pracowników. I nic i nikt tego nie powstrzyma. Trwa era szczurów. Najważniejsze wartości ludzkie poszły na bok!
        Stanisław Lem powiedział: „Chamów może nie przybywa, ale mają się coraz lepiej”.
        Rozmawiałem niedawno z lekarzem, starszym już człowiekiem, dla którego Józef Piłsudski jest jednym z największych, najważniejszych Polaków. Gdy zapytałem patomorfologa, co sądzi o rodakach, odpowiedział: „Nie wiem, jaki jest Polak”. Hm, pomyślałem, gdy spojrzy się na naszą historię, trudno o spokój ducha, wewnętrzną normalność. Wojny, rozbiory, zabory... Ostatni skończył się 21 lat temu. Może jest za wcześnie, by mówić o polskiej normalności, o w miarę wykształconym i kulturalnym obywatelu. Pewnie tak. Nie znaczy to jednak, że dziś wszyscy mamy akceptować zło, bylejakość, kłamstwo i kumoterstwo. Dawać przyzwolenie arogancji i chamstwu. Akceptować tandetę w każdym wydaniu.   
        Ze złem, w każdej postaci, trzeba walczyć.

        I dopiero teraz, po tym dość skomplikowanym (tak myślę) wstępie, wrócę do początku dzisiejszej refleksji.
        Panie (podpisującą się ZACIEKAWIONA też) i Panowie, którzy odwiedzacie stronę Grzegorza, dziękuję Wam za Wasz, sprzeciw przeciwko łukciańskiemu marazmowi, często też nonszalancji władzy. Nie ma większej satysfakcji dla pisarza (że użyję tego zwrotu),   niż to, że poruszył czyjeś serce i umysł. Wiem, cudów nie dokonamy. Czasem na najmniejsze zmiany trzeba czekać latami. Ale cenię ten Wasz niepokój, te obawy, że inne wsie, gminy żwawo idą do przodu, a Wasza (i moja) gmina przysnęła. Może pewnego dnia ktoś usłyszy wasz głos i – nie obrażając się – zaprosi na rozmowę. Mam taką nadzieję.
        Wam, młodszym, powiem jedno: w Łukcie nigdy nie było wyrazistej postaci, najmniejszego autorytetu (no, może w okresie mojej podstawówki i trochę później był nim – nie tylko dla mnie - nauczyciel matematyki, Paul Podralski).
        Łukta, jak sięgam pamięcią, zawsze była nijaka. Znaczy l u d z i e. Nikt nie odważył się unieść głowy ponad inne. Chodzili też wszyscy tymi samymi drogami. Łukta zawsze była bez wyrazu, mglista i bezbarwna. 
        Wyjątki były nieliczne. Niestety. Fredek Markowski (zmarł), wspomniany już P. Podralski… The End. Jak u The Doors. 
        Myślę, że Łukta może być inna, bardziej nowoczesna, barwniejsza. Wszystko zależy od mieszkańców. Od ich społecznej świadomości i odpowiedzialności za ten skrawek Ojczyzny.
        I dlatego umiarkowanie cieszę się z dyskusji na forum Grzegorza. To już coś! Pierwszy zaczyn, który świadczy o tym, że jeszcze nie wszyscy machnęli ręką, zobojętnieli.

        Gdyby nie Grzegorz Malinowski chyba nigdy nie zabrałbym publicznie głosu w sprawie mojej wsi, gminy. Bo niby – gdzie? Poświęciłem Łukcie wiele stron w swoich książkach, ale kto je czyta? Ledwie kilka osób. 
        Zapewniam Was, że w życiu warto być odważnym i prawdomównym. Za to się czasami płaci, ale za to lustro nie jest nam straszne.  
        Chciałbym dożyć lepszych dni dla mojej wsi.
        Naszej bylejakości, zaślepienia, egocentryzmu, egoizmu i braku zaangażowania nie zagłuszą kosiarki regularnie koszące trawniki ani dym weekendowych  grilli.
Wieś to my.
Jaka ona jest, jest naszą zasługą.
Jaka ona będzie – zależy w dużej mierze od Was Młodych.   

Stanisław Raginiak   

 

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.
Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.
©
Ilustacje: Grzegorz Malinowski




komentarze (10) autor: Diagnoza odnośnie gminy Łukta i samej Łukty została postawiona, recepta wystawiona, tylko co z lekarstwem. Lekarstwo w postaci "młodych ludzi" zdobywa wiedzę w miastach i z reguły tam zostaje, gdyż znajduje tam pracę, często również tzw. drugą połowę, a tym samym miejsce do życia. dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

16 Czerwca 2011, godz: 18:59

Pociski przeciwpancerne w Łukcie


Pocisk przeciwpancerny

(zdjęcie: ostroda.wm.pl)

 

W Łukcie w okolicy jeziora Korwackiego znaleziono dwa pociski przeciwpancerne, na które natknął się jeden z mieszkańców - zapewne to nie pierwsze i nie ostatnie. Pociski posiadały jeszcze materiał wybuchowy! Przed przyjazdem saperów, funkcjonariusze z PP Łukta zabezpieczyli teren.

Przypominamy, że "niewypałów" nie można dotykać, czy też przenosić w inne miejsce - pierwsze co - zawiadom Policję!


komentarze (2) gres: Pociski tego typu oraz innych można znaleźć również w Worlinach. Jest ich mnóstwo wokół brzegów jeziora.
Kiedyś ze znajomymi znaleźliśmy 2 pociski niedaleko hotelu Masuria. Oczywiście powiadomiliśmy odpowiednie służby: policję, a oni saperów.
dodaj komentarz autor:gosiaq edycja:gres

                                      
                                      
                          

 


copyright © lukta-city.pl
autor: Grzegorz Malinowski