login:

hasło:

zaloguj   |   rejestracja


Zapraszamy do galerii zdjęć "Łukta Dawniej".

10 Grudnia 2011, godz: 16:43

Nowa strona Łukta-City


 

Co nowego?

1. Wygląd (layout) strony.

2. Rozmieszczenie elementów strony.

3. Podgląd zalogowanych użytkowników (okienko "Odwiedziło nas"). Jeśli, któryś z zalogowanych użytkowników jest online pojawia się informacja w postaci jego loginu.

4. "Mój profil" - podglądanie statystyk użytkowników. Dane użytkownika możemy sprawdzić po naciśnięciu jego loginu np. w komentarzach. Tak samo możemy sprawdzić swoje statystyki po przez kliknięcie "mój profil" w menu logowania.

5. "Ostatnio dodane..." Mamy teraz podgląd do ostatnio dodanych informacji, komentarzy, zdjęć oraz filmów. Ten "skrót" pozwoli Wam na szybsze odnajdywanie najnowszych lub ostatnio skomentowanych wiadomości.

6. Zniknął dział OSP! Właściwie od dłuższego czasu nic w tym dziale się specjalnego nie działo, dlatego nie było więszego sensu "podtrzymywanie" go na siłę.

7. Zniknął dział Ploty?! - nieee... Jest, choć pod inną nazwą. Teraz to dumnie prezentujący się dział "Dyskusje" :)

8. Przybył nowy dział! - S. Raginiak. Postanowiliśmy Panu Raginiakowi podarować osobną zakładkę. Teraz entuzjaści tego pisarza będą mogli szybciej dotrzeć do zamieszczonych na Łukta-City wierszy, bądź cyklu refleksji "Gdy myślę...Łukta". Dodam ze swojej strony: S. Raginiak zmienił swoją stronę internetową. Adres znajdziecie  oczywiście w zakładce "S. Raginiak".

9. Zniknęły zdjęcia! - choć nie do końca... nowy mechanizm dodawania i przechowywania zdjęć wymusił usunięcie wszystkich folderów z galerii. Zdjęcia natomiast nie zostały bezpowrotnie skasowane. Informujemy, że w miarę naszych możliwości będziemy na bierząco odtwarzać naszą galerię. Niestety, gorzej będzie z komentarzami do zdjęć.

10. W zakładce Sport->Tabela Ligi znaleźć możecie archiwum zarówno ligi halowej jak i "orlikowej".

To chyba wszystko...

Pozostaje nam, moderatorom,  jeszcze wiele kosmetycznej pracy np. dostosowanie artykułów do nowego rozmiaru okna.

Jeśli zobaczycie jakieś błędy w działaniu strony lub macie jakieś sugestie, proszę, zgłaszajcie je w komentarzach do tego artykułu.

Pozdrawiam,

administrator wraz z moją dzielną załogą!


komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

9 Grudnia 2011, godz: 20:42

Przeprosiny


Uprzejmie przepraszam Tomasza Radziszewskiego za skierowanie w jego stronę słów, które były obraźliwe i mogły nadszarpnąć jego reputację.
                                                                                                Sławomir Artemniak.


komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gosiaq edycja:gosiaq

7 Grudnia 2011, godz: 22:21

Mikołajki w Łukcie


Wczoraj (06.12.) w Łukcie można było spotkać 'Pomocników Mikołaja'. Większość przechodniów zostało obdarowanych symbolicznymi prezentami. Przebierańcy odwiedzili kościół podczas rekolekcji, a także m.in. starsze osoby w domach oraz Dom Pomocy Społecznej w Molzie.

Organizatorem całego 'spektaklu' okazało się - Koło Gospodyń Wiejskich.

Brawa za oryginalny pomysł!


komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gosiaq edycja:gosiaq

6 Grudnia 2011, godz: 19:32

Świąteczny konkurs na ozdobę choinkową


Świąteczny konkurs na ozdobę choinkową

 

- Ogłaszamy konkurs na własnoręcznie wykonaną ozdobę choinkową.

- Prace proszę przynosić 21-22.12.2011 r. do remizy w Łukcie.

- Dla wszystkich wykonawców są przewidziane nagrody pocieszenia.

- Właściciele trzech wyróżniających się ozdób zostaną obdarowani wspaniałymi nagrodami ( wyboru dokona powołana  komisja ).

- W konkursie mogą brać udział dzieci, młodzież i dorośli.

- Prace zostaną wyeksponowane na choince w kościele w Łukcie.

 

                       
           

Wszelkie zapytania odnośnie konkursu proszę kierować do p. Ewy Czaplejewicz, tel. 604212763


komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gosiaq edycja:gosiaq

6 Grudnia 2011, godz: 19:22

j. angielski


Lubisz gry komputerowe?

Chcesz uczyć się angielskiego?

Masz 6 - 12 lat?

Przyjdź do biblioteki !

 

Nasza biblioteka bierze udział w projekcie "FunEnglish w bibliotece", dzięki któremu dzieci w wieku 6-12 lat mogą BEZPŁATNIE uczyć się angielskiego. "FunEnglish w bibliotece" to kurs komputerowy, który mądrze łączy naukę języka obcego z zabawą. Fotolekcje, ćwiczenia, gry edukacyjne, setki filmików i piosenek opracowane przez ekspertów, to sprawdzony sposób, dzięki któremu dziecko bez stresu i skutecznie uczy się angielskiego.

 

Przyjdź do biblioteki, żeby dowiedzieć się więcej!

Gminna Biblioteka Publiczna w Łukcie, ul. Mazurska 10, 14-105 Łukta


komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gosiaq edycja:gosiaq

9 Listopada 2011, godz: 10:43

Ćwokowampiria - fragment 7


VII

    Niestety, rodzice nie doczekali mojego literackiego debiutu.
    Zginęli we wrześniu 1989 roku. Tata siedemnastego, a mama dwudziestego czwartego. Ojciec zginął w pokoju od kuli wystrzelonej przypadkowo przez emerytowanego wojskowego, który należał do koła łowieckiego. Mieszkający vis-à-vis naszego bloku major czyścił broń na balkonie, w pewnej chwili padł strzał. Ojciec upadł na podłogę ułamek sekundy później. Pocisk trafił go w sam środek czoła.
    Matka natomiast poniosła śmierć na przejściu dla pieszych. Gdy wracała z kościoła, została przejechana polonezem prowadzonym przez pijanego kierowcę.
    Rodzice pochowani zostali na cmentarzu komunalnym. Na jednym i drugim pogrzebie obecnych było kilka osób z osiedla oraz moi czterej koledzy.
    Jakby mało było nieszczęść, dwa dni po pogrzebie matki straciłem pracę. Mój pracodawca został aresztowany, a zakład zamknięty i oplombowany przez milicję.
   
    Po rodzinnej tragedii i utracie pracy zupełnie się załamałem. Zrozpaczony, przez kilka dni nie wychodziłem z domu, prawie nie jadłem i nie spałem. Za to nie żałowałem sobie alkoholu. Znowu zacząłem myśleć o samobójstwie.
    Nieoczekiwanie w niedzielę po długim czasie odwiedził mnie Józek Bandytarski. Gdy tylko przekroczył próg, zamknąłem drzwi i objąwszy go, rozpłakałem się jak dziecko. – Chociaż ty… o mnie nie zapomniałeś… – mówiłem z trudem.
    – Przyjaciół poznaje się w biedzie – rzekł klepiąc mnie po plecach. Weszliśmy do kuchni. – Ho, ho, aż tyle butelek opróżniłeś?!
    – Jak widzisz…
    – Alfred, chyba za dużo pijesz…
    – Możliwe – powiedziałem lekko zdenerwowany i wyszedłem do łazienki, żeby obmyć twarz.
    – Otworzyłem okno, niech się trochę przewietrzy. Alfred, straszne jest to twoje życie – usłyszałem po powrocie. – Dobry z ciebie człowiek, a los ciągle tak ciężko cię doświadcza. Trudno to pojąć...
    – Trudno… – bąknąłem i poczęstowawszy Józka papierosem, wstawiłem wodę na kawę.
    – Nie dość, że tak nagle straciłeś rodziców, to jeszcze doszła afera z twoim zakładem.
    – Słyszałeś o tym? – spytałem mimochodem i usiadłem. – Chyba gdzieś mam piwo… poszukam…
    – Lepiej napij się herbaty. Pół miasta mówi o tym twoim biznesmenie, to jak mógłbym nie słyszeć? Dopiero teraz ludzie dowiadują się prawdy o nim, niezłe było z niego ziółko… Od dawna miał wielkie długi, a mimo to nie przestawał szaleć z dziewuchami, pił, rozbijał się zachodnim wozem, to finał musiał być taki.
    – Może i dobrze, że tak się stało, miałem już dość pracy u tego chama…
    – Masz w ogóle jakieś pieniądze? 
    – Dlaczego pytasz?
    – No… jeśli ci ciężko, to pożyczę. Oddasz, jak będziesz miał.
    – Zostało w domu trochę oszczędności. Matka odkładała na czarną godzinę. Na jakiś czas starczy – wstałem, zalałem kawę.
    – Może jednak mogę ci w czymś pomóc?
    – Najlepiej będzie, jak zostawisz mnie w spokoju – odpowiedziałem dość ostro, gdyż Bandytarski zaczynał mnie męczyć. – Nie chcę niczyjej pomocy, dam sobie radę! – starałem się przekonać bardziej siebie niż jego.
    – Alfred, chyba nie powinieneś się tak odzywać do kogoś, kto wyciąga dłoń… – obruszył się. – Mimo że ostatnio nasza znajomość trochę się urwała, głównie zresztą z twojego powodu, to chcę ci powiedzieć, że Tadek, Zbyszek i Janek wybierają się do ciebie, chyba jutro...
    – Na razie chcę być sam! – krzyknąłem. – Jak się za nimi stęsknię, to dam znać! Józek, chcesz, to pij kawę, ja muszę się położyć… Źle się czuję…
    Kolega zrobił dziwną minę, odstawił szklankę, pożegnał się i wyszedł.

    Nazajutrz wstałem dość wcześnie i postanowiłem wybrać się na zakupy. Schodziłem po schodach najciszej, jak tylko potrafiłem. Nagle, gdy byłem już na pierwszym piętrze, otworzyły się drzwi i zobaczyłem Drzyciwirskiego, wychodził z psem.
    – A, witam pana Lejka… Moje kondolencje… bo nie było okazji – jąkał się partyjniak. Widząc, że się nie zatrzymuję, dodał zgryźliwie: – Oj, chyba podobnie jak świętej pamięci pański ojciec…
    Nic więcej nie usłyszałem. – Że też akurat musiał wyleźć! – zirytowałem się.
    Zrobiłem zakupy w małym sklepiku na końcu osiedla i pospiesznie wróciłem do domu. Na szczęście tym razem na nikogo się nie natknąłem. Spocony, trzęsąc się jak galareta, położyłem torbę i wszedłem do łazienki, żeby znów obmyć twarz. Chwilę potem otworzyłem piwo i napiłem się. Poczułem się trochę lepiej.
    Siedząc w kuchni, rozmyślałem o rodzicach. Wciąż nie mogłem uwierzyć, że już nigdy ich nie zobaczę, że zostałem sam na świecie. Mimo iż od jakiegoś czasu nasze kontakty nie były najlepsze, to jednak ich brak każdego dnia dokuczał mi coraz bardziej.
    Osamotniony, coraz bardziej dochodziłem do wniosku, że jeśli natychmiast nie zajmę się czymś konkretnym, to na pewno zbzikuję. Bo ileż można gapić się w durną telewizję, pić, palić, rozmyślać nie wiadomo o czym? Ze względu na sąsiadów unikałem nawet wychodzenia na balkon. No tak, dumałem, tylko czym tu się zająć?
    I oto nieoczekiwanie któregoś przedpołudnia przypomniałem sobie, że przecież miałem pisać książkę! Przyrzekłem sobie, że jeśli szczęśliwie dobrnę do końca, to zadedykuję ją nieżyjącym rodzicom i w ten sposób oddam im należną cześć. Zacząłem nerwowo szukać jakiegoś czystego notesu, niestety nie znalazłem. Upewniwszy się, że na klatce panuje spokój, wyskoczyłem do kiosku i kupiłem dwa trzydziestodwukartkowe zeszyty.
    Po prawie dwugodzinnych rozmyślaniach nad tytułem, w końcu go znalazłem. Chciałem od razu rozpocząć pisanie, ale nie czułem się na siłach.
    Następnego dnia po skromnym śniadaniu i wypiciu butelki piwa odruchowo włączyłem radio i dowiedziałem się, że jest sobota. Uznałem, że to dobry dzień na rozpoczęcie pisania. Szybko jednak zweryfikowałem ten pogląd i stwierdziłem, że lepiej będzie zacząć od poniedziałku. Jedyne, co zrobiłem, to wypisałem tytuł na okładce zeszytu: Dom wariatów.
    Około południa postanowiłem odwiedzić Bandytarskiego. – Najwyższy czas przeprosić go za moje zachowanie – szeptałem pod nosem. Ubrałem się w najlepsze ciuchy i już miałem wychodzić, gdy przez kuchenne okno zobaczyłem nadchodzących kolegów. Ze zdziwienia przetarłem oczy! Najszybciej, jak tylko potrafiłem, zbiegłem po schodach. Chciałem powitać ich przed blokiem.
    – Nie do wiary, Alfred po nas wyszedł! – pierwszy odezwał się Józek, a witając się dodał: – Czyżbyś stęsknił się za nami?
    – I to jeszcze jak… – odpowiedziałem szczerze, ściskając dłoń pozostałym.
    – Skąd wiedziałeś, że idziemy? – dociekał Zbyszek, gdy szliśmy po schodach.
    – Zauważyłem przez okno.
    Zaprosiłem ich do pokoju.
    – Widzę, że jakoś się trzymasz po śmierci rodziców, wyglądasz nieźle – rzekł Józek, gdy usiedliśmy.
    – Chyba przesadzasz… – odpowiedziałem z wahaniem. Byłem przekonany, że to była kurtuazja z jego strony. Mój wygląd był przecież odbiciem złego samopoczucia.
    – Masz jakieś szkło? – Pokazałem na szafkę i ucieszyłem się, że koledzy przynieśli butelkę. – Naleję po małym, od wczoraj mamy kaca… Ty też?
    – Trochę… 
    – Twoje zdrowie! – Wypiliśmy. – Aha, żebym nie zapomniał… – ciągnął Józek z lekko skrzywioną miną – ci, co zabili twoich rodziców, siedzą we więzieniu?
    – Mam nadzieję – odpowiedziałem zaskoczony. – Chociaż nic mi nie wiadomo na ten temat.
    – Siedzą, na pewno siedzą – wtrącił Tadek.
    Koledzy poprosili, abym opowiedział, jak mi się żyje samemu. Pytanie było trudne. Spojrzałem na stary ścienny zegar i zamyśliłem się.
    – Gdybym był na twoim miejscu, to chyba wykończyłbym się psychicznie – stwierdził Zbyszek.
    Zapadła cisza. Bandytarski napełnił kieliszki i rzekł: – Alfred, jak nie chcesz mówić, to nie mów…
    – Znacie trochę moje życie… nie bardzo jest co opowiadać…
    – E, bez przesady – wtrącił Tadek i poklepał mnie po plecach. – Ludzie wciąż o tobie mówią, znany jesteś coraz bardziej, z nazwiska oczywiście… Nie patrz na życie przez ciemne okulary.
    – Łatwo się mówi…
    – A ja w ciebie wierzę – Józek starał się podnieść mnie na duchu. – Czuję, że jeszcze do czegoś dojdziesz w życiu.
    – Też tak uważam – poparł go Janek i nieoczekiwanie dodał: – Wiesz, jakiś dziś jesteś inny niż zazwyczaj, jakbyś ukrywał coś przed nami?
    Spojrzałem na niego i uśmiechnąłem się. Miał rację, ale na razie nie chciałem się zdradzać.
    Rozmawiając o wszystkim po trochu, wypiliśmy następną kolejkę. Nagle wstałem i oznajmiłem:
    – Chłopaki, nie myślałem, że Janek to taki bystry gość… Dobrze wyczuł, że coś ukrywam… Zaraz wszystko wyjaśnię… – cedziłem słowa, bo zawahałem się, czy aby na pewno powinienem wyjawić mój sekret. Trudno, raz kozie śmierć. – Słuchajcie… wiedzieli o tym tylko moi rodzice… – odchrząknąłem. – Od poniedziałku zaczynam pisać książkę! – wyznałem w końcu i popatrzyłem wyczekująco po kolegach. Jakoś nie spieszyli się z gratulacjami. Siedzieli jak zahipnotyzowani. Kiedy już miałem zapytać, czemu tak zamarli, jak na komendę parsknęli śmiechem. – Co jest?!
    – A po kiego grzyba chcesz pisać książkę? Mało ich jest?! – spytał Janek.
    Co za dureń, pomyślałem. – Książki zawsze się pisze, ciągle ich przybywa – stwierdziłem pretensjonalnie. – A poza tym moja będzie inna… od wszystkich dotychczasowych… Nikt jeszcze takiej nie napisał! Będzie o bólu, prześladowaniu jednostki i… niesprawiedliwości społecznej… – poinformowałem śmiertelnie poważny i usiadłem.
    – Wybacz śmiech, ale czegoś takiego nie spodziewaliśmy się po tobie, prawda? – Janek spojrzał na kolegów.
    – Prawda! – odpowiedzieli jednocześnie.
    – Alfred, jesteś inżynierem. Wiesz, co robisz, na pewno sobie poradzisz… – wsparł mnie Józek. – Szkoda tylko, że też jesteś starym kawalerem, nie będziesz mógł napisać o małżeńskich sprawach, a to zawsze jest ciekawe. Szczególnie dla kobiet. Mam na myśli, żeby w książce był romans – zakończył niezbyt sensownie.
    – Takie coś mnie nie interesuje. Treścią książki będzie ogólny problem społeczny w oparciu o losy niesłusznie zniewolonej jednostki – wyrecytowałem i sięgnąłem po papierosy. Zapaliliśmy.
    – To chyba będzie to trudne do czytania… – wmieszał się Zbyszek. – Wcześniej gadałeś, że… to ma być o bólu… prześladowaniu… jeśli dobrze pamiętam…
    – I niesprawiedliwości społecznej – dorzucił Janek.
    – Właśnie, chłopaki, jak się to wszystko zbierze do kupy, to wychodzi problem społeczny… Poza tym – to moja odpowiedź na uwagę Józka – nie każda powieść musi być o tym… że się kochają albo nienawidzą. Jeśli chodzi o moją książkę, zapewniam was, że to będzie protest – zakończyłem i mrugnąłem do Janka, żeby rozlał resztę alkoholu.
    – Coś mi się zdaje, że to będzie… trudna do zrozumienia powieść – wystękał Zbyszek. – Czyli ty już dobrze wiesz, o czym napiszesz?
    – Zdrówko – wtrącił Janek.
    – Jak można myśleć o napisaniu książki… nie wiedząc, o czym się będzie pisało? Czy ty w ogóle rozumujesz? – odstawiłem pusty kieliszek. – Panowie, w tym szczególnym dniu… w związku z moimi planami literackimi… stawiam kolejną flaszkę. – Usłyszałem oklaski. Dałem pieniądze Tadkowi i poprosiłem, żeby skoczył do sklepu. Gdy tylko wyszedł, Janek zwrócił się do mnie:
    – To… powiedz coś jeszcze o tej twojej książce… 
    – Wolę nic nie mówić… bo znowu będziecie się śmiać… – odezwałem się nieufnie. – Jak napiszę parę stron… to powiem… Może nawet przeczytam…
    – Ale to by było… jakbyś dostał Nobla! – palnął Janek.
    – Nie żartuj sobie – warknął Bandytarski. – Alfred, powiedz, na wesoło w niej będzie… czy może na smutno?
    – Chyba już jesteście pijani. Widać, jak mnie słuchacie. Już mówiłem, że będzie o… bólu i niesprawiedliwości społecznej… To jak może być na wesoło? Czy wy pogłupieliście? Jak mając takie życie… mógłbym napisać coś wesołego? 
    – To prawda – zgodził się Józek.
    Zamilkliśmy na dłuższą chwilę. O czym ja z nimi rozmawiam, zastanawiałem się. Wyszedłem do kuchni przygotować coś do jedzenia.
     Wrócił Tadek i w momencie, gdy miałem odebrać od niego butelkę, poczułem straszny ból w lewej skroni. Złapałem się za głowę i chwilę jęczałem. Koledzy przybiegli do kuchni.
    – Co się dzieje? – zapytał przestraszony Józek. – Wezwać karetkę?
    – Oszalałeś… – wtrąciłem sycząc z bólu. – Już przechodzi… mam to od dawna… czasem tak mnie zakłuje… jakby ktoś wbijał gwóźdź…
    – Byłeś u lekarza? Prześwietliłeś głowę? – dociekał Zbyszek.
    – Nie gadaj mi o lekarzach… wypijcie sobie… muszę się położyć…
    – To my już pójdziemy – rzekł Józek. – Ruszajcie się!
    Koledzy opuścili mieszkanie. Zanim zamknąłem za nimi drzwi, usłyszałem kobiecy głos: – Milicję trzeba wezwać do tego pijaka! – Cholera, kiedyś się doigram – mamrotałem kładąc się na łóżku.

    Dopiero w poniedziałek w południe, po powrocie z niewielkich zakupów, zjedzeniu parówki na gorąco i wypiciu piwa poczułem się na tyle dobrze, że mogłem rozpocząć pisanie książki. Chodząc po pokoju i co rusz zerkając na zeszyt, szukałem pierwszego zdania. Postanowiłem, że debiut będzie miał najwyżej trzydzieści stron. Książka, a właściwie książeczka, miała być wiernym zapisem moich przeżyć w zakładzie psychiatrycznym.
    Mijały godziny, a ja wciąż nie miałem tej pierwszej, najważniejszej myśli. Byłem święcie przekonany, że jeśli ją znajdę, inne popłyną lawinowo. Denerwując się coraz bardziej, szukałem jak najprostszego początku. Wiedziałem, że pierwsze zdanie powinno zawierać w sobie coś takiego, co z miejsca przekona czytelnika, iż autor musiał długo nad nim myśleć.
    Czas płynął. Usiadłem przy stoliku i niczym posąg wpatrywałem się w leżącą przede mną, wciąż czystą kartkę zeszytu. Owszem, miałem już kilka gotowych zadań, jednak żadnego do końca nie akceptowałem. Zacząłem zdawać sobie sprawę, że napisanie książki nie będzie takie łatwe, jak mi się wydawało.
    Wreszcie, po wypiciu połowy drugiego piwa, ukonkretniłem zdanie, którego zalążek mniej więcej od godziny zawładnął moim umysłem. Wziąłem do ręki długopis i na pierwszej stronie napisałem: „Nie za górami, nie za lasami, ale w naszym kraju”. Następnie odczytałem na głos dziewiczy wers i pogratulowałem sobie.
    Prawie nie wychodząc z domu, wolno bo wolno, ale pisałem Dom wariatów przez całe dnie, a zdarzało się, że i w nocy, jeśli oczywiście czułem się na siłach. W porywach największego natchnienia, które – jak zauważyłem – rosło proporcjonalnie do wypitego piwa, musiałem mocno się uwijać, żeby zdążyć przelać na papier tłoczące się w mojej głowie myśli. By jak najmniej uronić z tego, co podpowiadała pamięć, pisałem tak, jak myślałem. Czasem żałowałem, że nie potrafię pisać oburącz, by lepiej i szybciej wszystko zanotować.
    Mimo iż literackiej pracy poświęcałem niemal wszystkie siły, to jednak – jakby podświadomie – niemal każdego dnia rezerwowałem trochę energii na koniec, kiedy to poddawałem surowej ocenie najnowszy fragment. Czułem, że tylko bardzo krytyczne podejście do tekstu może przynieść pożądany efekt. Cóż, niemal każdego wieczora, a właściwie nocy, zdarzało się, że czytając nowe wersy, zauważałem szereg potknięć. Gubiłem się w fabule, robiłem błędy ortograficzne, ale – przede wszystkim – często zupełnie nie rozumiałem tekstu! Nie miałem jednak czasu na nanoszenie poprawek, musiałem przeć do przodu. Chciałem, żeby moja książka jak najszybciej ujrzała światło dzienne.
    Oczywiście, nie obyło się bez innych niespodzianek. Ogromnym utrudnieniem, na które natrafiłem niemal od pierwszego akapitu, było to, że niektóre wspomnienia z Derborowa przeżywałem tak silnie, iż nie mogłem się powstrzymać od płaczu. Kapiące na papier łzy rozmywały słowa, czasem nawet zdania. Z odtworzeniem tych pierwszych było jeszcze pół biedy, gorzej wyglądała sprawa z utratą całej myśli. By ją odzyskać, nieraz musiałem wracać do poprzedniej, a czasem jeszcze do wcześniejszej, bywało nawet, że do początku pisania. Opóźniało to proces powstawania książki, ale nauczyło mnie jednego: pisarz w trakcie tworzenia nie może poddawać się emocjom.
    Od pierwszego dnia byłem tak przejęty pisaniem, że niewiele jadłem i prawie nie spałem. Czasem, co mnie śmieszyło, łapałem się na tym, że moja prawa dłoń sama wykonywała pisarskie ruchy, przeważnie gdy byłem już w łóżku i nie mogłem zasnąć.
    Po dwóch tygodniach literackich zmagań poszedłem do apteki i poprosiłem o krople walerianowe. Potrzebowałem czegoś na uspokojenie.
    Ani się spostrzegłem, jak minął trzeci tydzień pisania. Miałem gotowe trzy czwarte książki. Byłem z siebie zadowolony, że wykonałem kawał roboty! Fakt, że pozostało mi niewiele do końca, sprawił, iż robiłem coraz dłuższe przerwy. Zacząłem więcej jeść, lepiej też sypiałem. Nieustannie jednak targały mną wątpliwości, czy aby na pewno powinienem opisywać moją szpitalną gehennę? Szybko jednak się ich pozbywałem, tłumacząc sobie, że ludzie muszą wreszcie poznać prawdę o zakładach dla chorych psychicznie.
    Niestety, gdy już myślałem, że lada dzień skończę, któregoś wieczora postawiłem obok siebie ćwiartkę wódki i zdecydowałem się przeczytać to, co napisałem. Już po trzeciej stronie tak się zdenerwowałem, że pogniotłem zeszyt i rzuciłem w kąt! – Alfred, coś ty za pierdoły popisał? – pytałem siebie. Wściekły, wypiłem prawie całą butelkę i spaliłem niemal paczkę papierosów.
    Następnego popołudnia, wykorzystując jednak spore fragmenty, zacząłem Dom wariatów pisać od początku.
    W okresie mojej pracy literackiej niejednokrotnie odwiedzali mnie koledzy, najczęściej pojedynczo, co trochę mnie dziwiło, bo przecież dotąd przychodzili razem. Widząc jednak, że siedzę wściekły wśród porozrzucanych i porwanych kartek, wychodzili po kilku zdawkowych słowach. Tylko Józek raz posiedział dłużej. Żegnając się stwierdził, że chyba pracuję zbyt intensywnie. 
    Rękopis skończyłem dwudziestego drugiego listopada o godzinie osiemnastej. Był to tak szczególny moment w moim życiu, że zapisałem to pod ostatnim zdaniem.
   
    Niestety, nie udało mi się znaleźć wydawcy w Sarwerze. Przyparty do muru zdecydowałem się wydać książkę własnym sumptem, przy znacznej pomocy finansowej kolegów. Na początku grudnia zapukałem do niewielkiej drukarni na przedmieściu.
    Tydzień później odebrałem sto egzemplarzy mojego debiutu (taki był nakład) i jeszcze tego samego dnia wręczyłem po jednym kolegom. Chociaż wiedzieli, że rękopis ma trzydzieści dwie strony, bardzo się zdziwili, że Dom wariatów jest taki cienki. Zdenerwowało mnie to, więc odpowiedziałem, żeby sami napisali coś grubszego.
    Nazajutrz po południu nieoczekiwanie wszyscy zjawili się u mnie. Od razu wyczułem, że coś niedobrego wisi w powietrzu, bo przywitali się chłodno. Gdy tylko usiedliśmy, pierwszy odezwał się Tadek:
    – Alfred, jak zapewne zauważyłeś, przyszliśmy do ciebie razem i znienacka, poważni  i bez wódki. Jesteśmy, że tak powiem, oficjalnie – przerwał na moment. Pomyślałem, że pewnie są pod wrażeniem książki i zaraz rzucą się na mnie z uściskami, pogratulują. – Przeczytaliśmy Dom wariatów – dodał z naciskiem i wyciągnął papierosy. – W imieniu nas wszystkich chcę powiedzieć… – znowu się zatrzymał. Pot płynął mi po plecach. – Chcę powiedzieć, że książkę każdemu z nas czytało się bardzo ciężko. Twoja opowieść napisana jest jakimś dziwnym, ciężkim i mało przystępnym językiem. I, co martwi najbardziej, trudno z niej cokolwiek zrozumieć… 
    – Wynocha z mojego domu! – nie dałem mu nawet dokończyć. Zerwałem się z krzesła i pokazałem drzwi. – Wynocha, nieuki jedne!
    – Alfred, na głowę upadłeś?! – zawołał Józek.
    – Raczej wy! Do widzenia! Nie będziecie mnie obrażać! Krytycy się znaleźli!
    – Chłopaki, idziemy – rzekł spokojnie Bandytarski i wyszedł pierwszy. 
    – Przyszli się mądrzyć, przyszli się mądrzyć – powtarzałem w kółko, patrząc przez okno za oddalającą się czwórką. – Jak się wam nie podoba mój język, to trzeba było nie czytać, nikt was do tego nie zmuszał!
    Wróciłem do pokoju i postanowiłem niezwłocznie przeczytać Dom wariatów od nowa. – Zobaczymy, co też chcą od języka – szeptałem sięgając po piwo. Już po pierwszym zdaniu: „Nie za górami, nie za lasami, ale w naszym kraju” wstałem i zapaliłem z nerwów. Nie, to chyba niemożliwe, żebym tak zaczął… Czytałem dalej. „Przeżyłem piekło z winy partii znienawidzonej przez naród i podległych mi robotników w fabryce «Gleba» w Sarwerze, mieście położonym nad rzeką Kicią, gdzie pełno czerwonych sukinsynów, a także esbeków, czyhających na takich jak ja, którzy nie poddali się totalitaryzmowi. Oto wyznania moje, zatarte nieco przez czas i najróżniejsze choroby, z których lunatyzm i amnezja należą do najłagodniejszych, bo głównie prześladuje mnie schizofrenia, która to niewątpliwie przyczyni się do mojej tragicznej śmierci, przeczuwam to niemal każdego dnia. Boję się tej schizofrenii nie mniej niż partyjniaków z «Gleby» i z Sarwera, co to kazali esbekom wywieźć mnie do Derborowa, zamknąć tam, zniewolić, zniszczyć”. Uf, starczy. Faktycznie, mogłem zacząć lepiej, stwierdziłem w duchu. Cholera, może chłopaki mają rację? Trudno, nic już teraz nie poradzę, książka wyszła. Trzeba będzie wytrzymać krytykę i bronić się, jeśli zajdzie taka konieczność.

    Po kilku dniach, w sobotę po południu odwiedził mnie Bandytarski. Zaskoczony otworzyłem drzwi i sztucznie się uśmiechając, zaprosiłem go do środka. Byłem w podłym nastroju, ponieważ dziś w lokalnej gazecie bardzo brzydko napisano o moim debiucie. Józek od razu zauważył, że jestem nieswój i zapytał, czy stało się coś złego? Nie odpowiedziałem. Zapraszając go do pokoju, przeprosiłem za incydent sprzed paru dni.
    – Myśmy się też nie popisali – stwierdził i postawił reklamówkę przy szafce, usłyszałem brzęk szkła. – Mam nadzieję, że już nie żywisz urazy do mnie i chłopaków za to, co powiedzieliśmy o książce. Głupio wyszło... Jak wracaliśmy od ciebie, doszliśmy do wniosku, że przesadziliśmy. Nie nam oceniać twoje pisanie. Twój język ma prawo być dla nas za trudny. Nie znamy się na pisaniu, nie byliśmy w domu wariatów, nie znamy piekła, przez które ty przeszedłeś. Nie złość się na nas. – Wstałem i podszedłem do okna, żeby ukryć wzruszenie. – Wiesz, Alfred, myślałem, że mnie nie wpuścisz… a wiesz, że cię lubię… Idąc tu całą drogę myślałem tylko o jednym, żeby przez tamto zdarzenie nie urwała się nasza znajomość.
    – No wiesz? Jak coś takiego mogło przyjść ci do głowy. Ja też cię lubię... – odwróciłem się wolno. – Miałem cię odwiedzić, ale przyznam, że przez całą tę historię z książkę trochę się pogubiłem… Poza tym z moim zdrowiem znowu coś nie tak… – usiadłem.
     – Idź do lekarza.
    – Kto wie… – odezwałem się zamyślony. Zastanawiałem się, czy Józek czytał dzisiejszego brukowca. Nie miałem odwagi zapytać wprost.
    – Alfred, to dobrze, że się nie gniewasz… Daj kieliszki. – Sięgnąłem do szafki. – Za naszą znajomość! – Gdy wypiliśmy, dodał: – Wiem, że aby zrozumieć niektóre książki,  trzeba je przeczytać parę razy. Pamiętam, jak w technikum przerabialiśmy Dziady. Chyba tylko polonista i jedna dziewczyna wiedzieli, o co chodziło Mickiewiczowi. Kto wie, może podobnie będzie z twoim Domem wariatów. Mam ze sobą twoją książkę. Zanim podpiszesz mi swoje dzieło, wypijmy!
    – Nie żartuj sobie, jakie to tam dzieło… Ważne, że zapisałem to, co przeżyłem, już teraz to nie zginie. Wiesz… jak was wtedy… wyrzuciłem… to strasznie byłem na siebie zły. Lubię cię, więc powiem ci w zaufaniu, że od dawna zdarzają mi się sytuacje, w których zachowuję się nazbyt impulsywnie, żeby nie powiedzieć dziwnie. Martwi mnie, że im    jestem starszy, tym problem narasta. Józek, z moim zdrowiem jest niedobrze od dawna, ale po Derborowie w ogóle nie mogę się pozbierać.
    – I wcale ci się nie dziwię, już same doświadczenia w szpitalu mogły zniszczyć twoją psychikę – ze zrozumieniem odezwał się Bandytarski. – Nikt nie jest z żelaza. Najważniejsze, żebyś zaczął pracować i zarabiać, bo w końcu zabraknie ci na chleb. Pogadam z chłopakami, sam też się rozejrzę, może coś znajdziemy, w końcu jesteś inżynierem…
    – Inżynierem z żółtymi papierami...
    – E tam, komuna już prawie upadła, to i te papiery są niewiele warte. Uważam nawet, że niedługo mogą się stać twoim atutem, dowodem na to, że byłeś prześladowany przez czerwonych. – Uradowany wstałem, objąłem go. Cholera, że też sam na to nie wpadłem. – Tylko uzbrój się w cierpliwość, a przekonasz się, że mam rację. Nie na darmo mówi się o tobie w mieście.
    Wypiliśmy za naszą lepszą przyszłość, zapaliliśmy. Józek wyjął książkę z reklamówki. – Widzę, że dziś całkiem inaczej się z tobą rozmawia – zaczął uśmiechając się. – Mam prośbę, zanim machniesz autograf, objaśnij mi kawałek tekstu z drugiej, trzeciej i czwartej strony. Jakoś nie mogę zrozumieć.
    Zdziwiłem się. Co trudnego było w mojej prozie? Kolega widząc, że spoważniałem, znowu sięgnął po butelkę. Wypiliśmy. Po chwili, gdy wódka trochę mnie rozluźniła, powiedziałem: – Skoro tak ci na tym zależy… 
    – Alfred, kawałków, których nie rozumiem, jest dużo więcej, ale nie chcę cię męczyć – zaznaczył, a we mnie aż się zagotowało. – Może jak wyjaśnisz te na początku, to i inne staną się jasne. Wiesz, podczas czytania często myślałem, że albo piszesz dla mnie za mądrze, albo to wszystko nie trzyma się kupy – zakończył krytycznie.
    – Wypraszam sobie takie uwagi! – zareagowałem gburowato, ale zaraz się zreflektowałem. – Dobrze, zaraz to sobie wyjaśnimy... Nie pojmuję, z czym mogłeś mieć problem? – zacząłem nerwowo stukać palcami po stole. – Gdy tylko cię zobaczyłem, miałem przeczucie, że czepisz się książki… – wtrąciłem jakby od niechcenia.
    – Nie przesadzaj. Jako twój serdeczny kolega chyba mam prawo zapytać?  
    – Czytaj już te twoje niejasności... – zgasiłem niedopałek. 
    Bandytarski przez moment wpatrywał się w tekst. – Mam. „…W sali lekarze uderzali nas, czym popadło, co tylko mieli pod ręką, bamboszem albo ścierką, a raz dostałem nawet latarką, i to taką na trzy baterie er dwadzieścia, to chyba coś było nie w porządku z tą szpitalną obsługą? W papierach też mieli bałagan, mówili o tym nawet ci, co przyjeżdżali po śmieci w poniedziałki i czwartki” – przerwał. – Na moje, to powinno być ś m i e c i e – spojrzał mi w oczy.
    Odruchowo sięgnąłem po papierosa. – Czepiasz się. Śmieci czy śmiecie, co za różnica?! Chyba każdy wie, o co chodzi! Czytaj dalej, nie będziemy się spierać o takie pierdoły!
    Józek kontynuował: „I wtedy, po którymś uderzeniu, całkowicie zresztą niesłusznym, coś mnie rozbolała głowa, jak nigdy dotąd, i krew mi z nosa poleciała, a racji nie mieli, bo – w przeciwieństwie do innych pacjentów – ja byłem jak najbardziej zdrowy i posłuszny, schodziłem z drogi nie tylko ordynatorowi, ale wszystkim z personelu, nawet takiej drobnej pielęgniarce, co pieprzyła się nie tylko z lekarzami, wszyscy to wiedzieli…” – zamilkł. Zrobiło mi się gorąco. Czułem, że powie coś niemiłego. – Chcę zaznaczyć, że przeczytałem jedno zdanie, strasznie długie, nie można złapać oddechu.
    – A kto ci zabrania oddychać? – obruszyłem się, wstałem i zacząłem chodzić nerwowo wokół stołu.
    – Fakt… Usiądź. I dalej, z tej samej strony: „Tak, to właśnie akurat w tym momencie, po ciosie latarką, przyszło mi do głowy, że muszę napisać książkę. Nie tylko dlatego, że niesłusznie oberwałem, nie tylko przez to częste bicie mnie i innych, ale żeby zarejestrować prawdę o tym całym szpitalu i personelu, o tych sadystach i złodziejach, bo z kuchni wynosili, co tylko się dało, a my głodowaliśmy, co zauważyła cała jedna rodzina, jak przyjechała na widzenie. Chociaż, jak się później okazało, niepotrzebnie jechali z drugiej części Polski, bo Witek ich nie poznał, tak mu się pomieszało w głowie. Podobno żona go nerwowo wykończyła. Mieli wypadek samochodowy, Witkowi coś się stało wewnątrz głowy, ale jeszcze wtedy kontaktował, był do wyleczenia. Ale ona już do niego nie przyjeżdżała, a on, jak opowiadał mi jeden sanitariusz, codziennie na nią czekał, płakał za nią, nawet inni z nim płakali, ale jeszcze się trzymał, jeszcze była szansa, że dojdzie do siebie. I gdy był już blisko wyjścia z zakładu, na widzeniu usłyszał od matki, że żona zdradziła go z takim jednym, co przychodził regulować gaz w kuchni. Witek już tego nie wytrzymał i zwariował…”.
    – To na pewno jest z mojej książki? – przerwałem, bo to, co słyszałem, rzeczywiście było straszne.
    – Przecież nie z mojej.
    – Jeszcze chcesz coś przeczytać? – burknąłem.
    – Tak, teraz z kolejnej strony. Słuchaj… „Personel w tym szpitalu to najwięcej siedział i pił kawę, i palił papierosy, i nas wszystkich sztorcował i wyzywał od najgorszych! Z tego też wzięła się inspiracja na książkę. Chcę, żeby się świat dowiedział, jak to w naszym  państwie traktuje się umysłowo chorych, zarówno prawdziwych, jak i takich jak ja, co to wbrew własnej woli, niesłusznie i na siłę zostali tam przywiezieni, bo byli niebezpieczni! Nie mogę tu napisać dla kogo najbardziej, bo oni jeszcze są wśród nas i mogą mnie zniszczyć do końca! I żeby nas uspokoić, bo ciągle byliśmy głodni i zdenerwowani, głównie przez to nieustanne śledzenie oraz upokarzanie i odbieranie resztek człowieczeństwa, dawano nam pod przymusem, czyli na siłę, całe garście tabletek, po których robiliśmy się tak obojętni, że nawet jak jeden drugiemu wszedł w drogę, to żaden się nie zdenerwował, tak nas zneutralizowali, znaczy nasze nerwy” – Józek przerwał na chwilę. Matko Boska, to chyba nie ja napisałem coś takiego. – „A przecież wciąż byliśmy obywatelami tego kraju, w którym wbrew Konstytucji w tym konkretnym szpitalu do granic wytrzymałości niszczyło się jednostkę, wcześniej już i tak ubezwłasnowolnioną przez czerwony reżim. I co trzeba podkreślić, często niszczyli nas ludzie nie z przyjemności sadystycznej, tylko ze zwyczajnego ludzkiego strachu, oczywiście na polecenie odpowiednich funkcjonariuszy-zwyrodnialców działających z zewnątrz, którzy bezkarnie doprowadzali do upadku takich jak ja. Jak wcześniej napisałem, żeby nas zobojętnić, uspokoić, otumanić, dawali nam całe mnóstwo tabletek w różnych wielkościach i kolorach, na przykład imipraminę i klomipraminę, więcej nazw nie pamiętam…” – Uf, starczy. Alfred, nie uważasz, że to się źle czyta, że napisane jest byle jak, na łapu-capu? Piszesz o wszystkim naraz… Akcja jest niewyraźna, rwana. Trudno się połapać, o co ci tak naprawdę chodzi – znęcał się nade mną Bandytarski. Gdybym tylko mógł, zapadłbym się pod ziemię. – Styl, nawet dla kogoś takiego jak ja, pozostawia sporo do życzenia. Nie znam się na pisaniu, ale nie będę ci kadził, że jest dobrze, bo byłbym nieuczciwy wobec ciebie. Trochę ci się dziwię, w końcu jesteś inżynierem, to powinieneś był lepiej napisać. Sporo powiedziałem, ale szczerze. Mam nadzieję, że się nie obrazisz.
    Resztkami sił powstrzymałem łzy. Cóż, krytyka była słuszna. – Jaki tam ze mnie inżynier… – odezwałem się półgłosem i westchnąłem. – Daj mi chwilę pomyśleć… – obracając w palcach pusty kieliszek, doszedłem do wniosku, że przecież tak naprawdę Bandytarski nic o mnie nie wie. Gdyby nie ZMS, partia i ZSMP, nigdy nie skończyłbym technikum ani studiów. Raz, że nie miałem głowy do nauki, a dwa, kiedy niby miałem się edukować, skoro zarówno w szkole średniej, jak i na politechnice, gros czasu zabierała mi działalność polityczna.
    Wstałem, zacząłem chodzić. Nie wiedziałem, co powiedzieć, jak wytłumaczyć pisarską nieudolność? Spojrzałem na książkę, najchętniej porwałbym ją na strzępy! Zrozumiałem, jak dużym błędem było to, że przed drukiem nikomu nie dałem przeczytać maszynopisu. Mogłem poprosić o to chociażby Bandytarskiego, na pewno sporo by pomógł. Cóż, co się stało, to się nie odstanie. Patrząc przez okno, wróciłem myślami do lokalnego dziennika, w którym rano ukazała się druzgocąca recenzja. Wyszedłem do drugiego pokoju i raz jeszcze rzuciłem okiem na „Gazetę Sarwerowską”, a konkretnie na artykuł zatytułowany Debiut… analfabety. Dziennikarz w ostatnim wersie napisał: „Autora książki trzeba na gwałt poddać leczeniu, a po odzyskaniu przez niego pełni władz umysłowych – nauczyć poprawnie pisać”. Skurwysyn, pomyślałem i wzburzony wróciłem do Józka.
    – Wiesz, zawsze można napisać lepiej – odezwałem się wreszcie. – Wyszło jak wyszło, nie będę się zadręczał. Może faktycznie trzeba było jeszcze poczekać z drukiem, popracować nad tekstem… Jednak wątpię, czy przy moim złym samopoczuciu coś by to dało.
    – Trzeba było spróbować. Dlaczego tak nie zrobiłeś?
    – Hm, odpowiedź nie jest prosta… – usiadłem i zamyśliłem się. Mój pośpiech wynikał z kilku powodów. Pierwszy – chyba najważniejszy – był taki, że obiecałem rodzicom napisać książkę i chociaż umarli, chciałem jak najszybciej dotrzymać słowa. Po drugie, obawiałem się o moją pamięć, przecież z każdym dniem coś z niej ulatywało. Dręczył mnie niepokój, że jeśli szybko nie spiszę mojej historii, niewiele będę miał do przekazania. Trzecim powodem zaś był… nadmiar wolnego czasu. Nagle przypomniała mi się wczorajsza rozmowa w sklepie z kolegą z fabryki, który przeczytał Dom wariatów. Z wrażenia zapomniałem zapytać, skąd miał egzemplarz. – Józek, jednemu znajomemu książka się podobała! – wyskoczyłem jak  filip z konopi. – Nawet mi pogratulował. Nie rozumiem tylko jednego… dlaczego na koniec powiedział, że dawno nie czytał czegoś tak zabawnego? Przecież, do jasnej cholery, opisałem ludzkie nieszczęście, to co tam jest śmiesznego?
    – Może rozbawił go język? – podpowiedział Bandytarski.
    – Język? – spytałem zdumiony.
    – Tak…
    – Znowu zaczynasz.
    – Spokojnie. Nie mam zamiaru cię denerwować. Najważniejsze, żebyś wyciągnął wnioski z debiutu, zastanowił się nad tym, co zrobiłeś źle. Może ci się to przydać w dalszym pisaniu. Chyba nie wykluczasz, że jeszcze coś napiszesz?
    Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Zaskoczył mnie pytaniem.
    – Słuchaj, przeczytam jeszcze jeden fragment, moim zdaniem równie pokręcony jak poprzednie, a może nawet bardziej – rzekł niespodziewanie.
    – Czytaj, byle szybko!
    – Zaraz znajdę… O, już mam, strona szósta... „Za zakratowanym oknem świecił  księżyc, a ja smutny patrzyłem na niego, bo akurat uczepił się mojego lufcika. Ten z drugiego łóżka znowu zaczął wrzeszczeć, ale przycisk nie działał, pielęgniarz nie przyszedł, ale nawet jakby działał, to też by nie przyszedł, bo wszyscyśmy wiedzieli, że o tej porze jest z pielęgniarką. Burdel to był a nie szpital! Tamten krzyczał, a ja coraz bardziej nie wyrabiałem nerwowo, w końcu zatkałem uszy palcami i dopiero teraz mogłem w miarę normalnie rozmyślać nad niesprawiedliwością świata w ogóle i nad tą drugą, indywidualną  niesprawiedliwością, dotykająca mnie bezpośrednio” – przerwał, zrobił kwaśną minę. – „Tak rozmyślając, kolejny raz doszedłem do wniosku, że ta druga niesprawiedliwość wzięła się na pewno z tej pierwszej niesprawiedliwości i z tego, że stałem się opozycjonistą wobec partii, w rezultacie czego moi dawni towarzysze wsadzili mnie do Derborowa. Myśleli, że w ten sposób potrafią zatrzymać ruch wyzwoleńczy i pragnienie wolności przez robotników, ale nie tylko, bo inteligencja, do której sam, a jakże, należę, też miała już dość dyktatury! Towarzysze pomylili się, bo oto socjalizm skonał na ich zaślepionych, zapuchniętych od nienawiści i wódki oczach! Wierzę, że wraz z nim raz na zawsze przestaną istnieć przymusowe, niesprawiedliwe domy wariatów. Dziś, pisząc książkę od rana, kolejny raz rozmyślam o niesprawiedliwości społecznej, że się z nią nie godzę. I wciąż trzęsąc się ze złości, z wielkim trudem i bólem piszę swoją pierwszą powieść, żeby była ostrzeżeniem na wypadek, gdyby znowu pojawili się tacy, co zechcą wprowadzić totalizatoryzm…”
    – Chyba totalitaryzm – poprawił mnie Józek.
    – Oczywiście… Coś mi się pochrzaniło.
    – Przeczytałem prawie całą stronę, chyba się zgodzisz, że brakuje w tym wszystkim logiki, zdania są długie – podsumował i wyjął z reklamówki dwa piwa.
    – Jasny gwint, że też napisałem coś takiego. I jeszcze ten totalizatoryzm… Faktycznie, mogłem to zrobić lepiej – stwierdziłem samokrytycznie. – Nie wiem, czy się ze mną zgodzisz, ale wydaje mi się, że może jednak przy uważnym czytaniu co nieco da się zrozumieć – próbowałem się bronić. – Zauważ, że to moja pierwsza próba literacka, frycowe trzeba zapłacić. Na błędach się uczymy. Nie popełnia ich tylko ten, kto nic nie robi – stwierdziłem filozoficznie i otworzyłem podane mi piwo.
    – Powiem tak, najważniejsze, żebyś miał przekonanie do tego, co napisałeś i umiał się obronić w razie czyichś zarzutów – rozsądnie podpowiadał kolega. – Dasz sobie radę!
    – Też tak uważam.
    – W każdym razie życzę ci, aby twoje koszmarne przeżycia przeczytało jak najwięcej ludzi – przerwał. Zamyślił się chwilę i dodał: – Coś mi teraz przyszło do głowy… A może tego twojego bólu, dramatu, czy jakby tego nie określić, nie dało się opisać inaczej? Może trzeba było właśnie tak, szaleńczo i chaotycznie? Żeby aż czytelnik poczuł całe to szpitalne wariactwo? Na moje, to o bólu nie da się pisać pięknie. Boleść to boleść! – Józek podniósł głos. – Mnie też bolą różne rzeczy, może kiedyś ci o tym opowiem… – dodał ciszej. – Jak boli autora, to powinno też zaboleć czytającego. Tak myślę, dokładnie tak myślę…
    Spojrzałem na niego z szacunkiem.
    – Aleś pięknie powiedział… Masz rację, że mój ból, a właściwie ból tych wszystkich, którzy byli ze mną w Derborowie, powinni poczuć inni ludzie, znaczy czytelnicy. Pozostaje tylko pytanie, czy Dom wariatów niesie w sobie to wszystko, co przed chwilą tak pięknie ująłeś? Na pewno nie podlega dyskusji, że jest dokumentem na temat ludzkiego cierpienia… Powiem więcej, według mnie jest jednym wielkim, niekończącym się oskarżeniem totalitarnego systemu – czułem, że pieką mnie poliki. – Stąd, Józek, chwilami to wielkie uniesienie w pisaniu, niekontrolowany słowotok, który prawdopodobnie nie do końca opanowałem, ale czy mogłem okiełznać kawalkadę wspomnień? – Kolega patrzył na mnie i chyba nie oddychał. Szturchnąłem go, poruszył się. – Och, żebyś ty wiedział, jakże często w literackim zwidzie nie mogłem zapanować nad wzruszeniem… – mówiłem coraz wolniej, gdyż alkohol szumiał mi w głowie. – Gdybyś wiedział… jak od pisania bolał przegub dłoni, jak dokuczały odciski od ściskania długopisu… to inaczej spojrzałbyś na Dom wariatów – zapaliłem papierosa i dodałem: – Styl jest twardy, gdyż rzeczywistość w zakładzie też była twarda... Mój styl, to styl zrodzony z bólu – wyznałem wzruszony, bowiem w tym momencie przypomniałem sobie okratowaną izbę w Derborowie. – To styl-ból… a może ból-styl? Józek, być może w tym momencie, również dzięki tobie… stworzyłem nowe słowo… a może nawet kierunek literacki? – zakończyłem kompletnie wyczerpany.
    – Może i tak… Alfred, ta cała rozmowa jest już dla mnie zbyt trudna i… za męcząca – wyznał i zaczął wolno chodzić po mieszkaniu. – Masz strasznie brudne szyby, powinieneś je umyć – zauważył. Nie twoja sprawa, odpowiedziałem w duchu. – Już mi głowa pęka od tej naszej dyskusji – rzekł, siadając obok mnie. – Może i pięknie przedtem powiedziałem… Pojęcia nie mam, skąd coś takiego przyszło mi do głowy?
    Siedzieliśmy dłuższą chwilę w milczeniu, wreszcie mój gość odezwał się: – Słyszałem, że podobno piszesz coś nowego, to prawda?
    – Co? Kto naopowiadał ci takich głupot?! – zareagowałem impulsywnie.  
    – Spokojnie… przecież tylko najzwyczajniej w świecie zapytałem. Nie rozumiem twojego wzburzenia – zamilkł i wstał. – Chyba już pójdę, bo znowu się pokłócimy.
    – Proszę bardzo, droga wolna! Nikt cię nie trzyma! – krzyknąłem i podchodząc do drzwi otworzyłem je. – Żegnam pana!
    Józek przez moment spojrzał mi w oczy i bez słowa opuścił mieszkanie.
    Już po chwili żałowałem, że tak go potraktowałem. Przez przypadek wszedłem do pokoju rodziców, na szafce leżał zeszyt, na którym napisane było: Twarz bez twarzy. Poniżej, w nawiasie: Kryminał. Jakoś nie mogłem przypomnieć sobie momentu, w którym to zanotowałem. – A więc jednak chodzi mi coś po głowie – szepnąłem. – Zbieraj siły na nową książkę – powiedziałem sam do siebie. – Na pewno wyjdzie ci lepiej niż debiut.
     Popijając piwo w kuchni, klepnąłem się w czoło. – Przecież Józek był w tamtym pokoju i dlatego zapytał, czy piszę coś nowego – wymamrotałem i poszedłem po zeszyt, porwałem go i wyrzuciłem do kosza.


Stanisław Raginiak

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.

 Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.



komentarze (6) gres: Publikacja Ćwokowampirii na Łukta-City została zawieszona. Powodem było zbyt małe zainteresowanie opowiadaniem, co zauważył nawet sam autor. dodaj komentarz autor:gres

7 Listopada 2011, godz: 15:07

Zaproszenie na imprezę andrzejkową


 

W dniu 26.11.2011 zapraszamy wszystkich chętnych na imprezę andrzejkową do "Samsary", w Łukcie. Start, godz. 19.00

Impreza odbędzie się na dużej stylowej sali z kominkiem i przestronnym parkietem z lustrami.
 

W programie:
   - wróżby dla par i singli; 
   - szwedzki bufet z pysznym jedzeniem (danie obiadowe, przekąski, kawa i herbata);
   - muzyka od lat 60-tych po współczesne (prowadzenie przez DJ'a);
   - zabawy integracyjne i konkursy z pożytecznymi nagrodami;
   - losowanie głównej nagrody w postaci 2 darmowych zaproszeń na Bal Sylwestrowy!

Alkohol i napoje we własnym zakresie.

Zaproszenia, w cenie 60 zł/os prosimy wykupić do dnia 20 listopada, bezpośrednio w "Samsarze". Pierwszych 6 osób otrzymuje 10 % zniżki!
 

 

Kontakt: Alicja, 609 18 53 18.
Do zobaczenia!



komentarze (1) zuzia: Ej ludzie i co Wy na to ??? dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

7 Listopada 2011, godz: 13:58

Zaproszenie na wspólną kąpiel


 

Z A P R O S Z E N I E

W DNIU 11 LISTOPADA odbędzie się OFICJALNE ROZPOCZĘCIE SEZONU


KLUBU MORSA "PRZERĄBEL" Z ŁUKTY


ZAPRASZAMY NA WSPÓLNĄ KĄPIEL


GODZ. 13.00 , JEZIORO KORWIK ( "budka" w Łukcie )


Organizatorzy.



komentarze (2) malina: brzmi zachęcająco :D dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

2 Listopada 2011, godz: 12:02

II motoPIKNIK - poszukiwani wolontariusze oraz sponsorzy


 

ŁUKTA 2012

 

Nasza regionalna grupa moto-entuzjastów, ZAJECHANI.COM.PL, poszukuje wolontariuszy oraz sponsorów, którzy zechcą wziąć udział w przygotowaniach oraz organizacji II motoPIKNIKu w Łukcie. W ramach pikniku wstępnie przewidywane są konkursy z nagrodami, dyskoteka oraz oczywiśćie jazda na MAXa! Takiej imprezy w gminie Łukta jeszcze nie było!


Jeśli masz czachę pełną pomysłów, uwielbiasz ryk silników oraz zapach spalin skontaktuj się z Zajechanymi!


Adres e-mail: wybornawhisky@vip.onet.pl


Inną formą kontaktu jest shoutbox na stronie www.zajechani.com.pl. Uwaga, korzystanie z shoutboxa nie wymaga logowania!



komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gres

30 Października 2011, godz: 20:01

WOŚP


Wielka Orkiestra 

              Świątecznej Pomocy

 

                                      Chcesz pomóc w organizowaniu sztabu WOŚP w styczniu 2012 roku?

                                        A może dołączysz do nas jako wolontariusz pomagając zbierać pieniądze?

 

                             Koniecznie w poniedziałek 31.10.11 ( poniedziałek ) o godzinie 17.00

                             przyjdź na zebranie do Sali OSP w Łukcie!

 


komentarze (3) gosiaq: kolejne spotkanie 11ego o 17:00 :) dodaj komentarz autor:gosiaq edycja:gosiaq

30 Października 2011, godz: 17:12

Ćwokowampiria - fragment 6


VI

 
    Pod koniec maja odwiedził nas Ignacy Komarowski, sekretarz partii z „Gleby”. W drodze wyróżnienia – jak podkreślił na wstępie – zaproponował mi powrót do fabryki, ale na mniej ważne stanowisko. – Ze względu na te cholerne papiery – tłumaczył. W dodatku postawił warunek, że przeproszę towarzyszy oraz podejmę współpracę z… odpowiednimi służbami. – Takie teraz czasy, taka rzeczywistość – zakończył i wpatrzył się w jakiś punkt nad moją głową.
    Kategorycznie odmówiłem i kazałem mu się wynosić. Ojciec próbował załagodzić sytuację, ale widząc moją determinację, machnął ręką.
    – Wobec powyższego… wobec odrzucenia propozycji… niewłaściwego potraktowania mnie – Komarowski ze złości ledwo dobierał słowa – z tymi żółtymi papierami… bez naszej pomocy nie dostaniecie żadnej pracy w Sarwerze! – podniósł głos. – Nigdzie nie dostaniecie! Będziecie, Lejek, pasożytem… a my takich tępimy! – ostanie słowa wypowiedział już na korytarzu, ponieważ wypchnąłem go siłą za drzwi.
    – Won, czerwona świnio! – krzyknąłem i gdyby ojciec mnie nie przytrzymał, dopadłbym gnojka i dał mu w zęby.

    Dni mijały. Byłem bez pracy, pieniędzy też zostało mi niewiele. Wszystko to źle wpływało na moje samopoczucie. Nie bacząc na prośby i groźby rodziców, coraz częściej upijałem się z kolegami, którzy znając moją sytuację nie żądali, abym składał się na alkohol.
    Atmosfera w domu stawała się nie do zniesienia. Rodzice mieli już dość syna marnotrawnego – tak któregoś dnia nazwał mnie ojciec. Zawsze, gdy popiłem z kolegami, wracałem do domu z przekonaniem, że dziś już na pewno starzy nie otworzą mi drzwi. Ale otwierali i natychmiast zamykali się w pokoju.
    Ojciec jednego wieczora wykrzyczał: – Jak widzę cię pijanego, to ogarnia mnie taka złość, że najchętniej rozwaliłbym ci łeb!
    Pierwszy raz się przestraszyłem, bo aż trząsł się ze złości i był śmiertelnie blady.
    – Zamiast chlać i łazić z kąta w kąt, wziąłbyś się wreszcie za wyrabianie renty! – skoczył na mnie kilka dni później w niedzielne przedpołudnie. – Jak ci to zasrane, komunistyczne państwo zafundowało żółte papiery, to niech teraz cię utrzymuje!
    Sprzeciwiłem się. – Gdybym zrobił, jak mówisz… przyznałbym się, że jestem… wariatem. Nigdy na to nie pójdę…
    – To z czego będziesz żył?! Przecież do pracy nikt cię nie przyjmie! Wykończysz siebie i nas! Oboje z matką mamy już dość tego wszystkiego! Rozejrzyj się, może jednak coś znajdziesz! – nie spuszczał z tonu. – Zaczyna nam brakować pieniędzy, boję się o jutro! W mojej robocie wszystko zaczyna się walić! Weź się w garść, zrób coś, bo inaczej zginiemy… – zakończył ciszej i odwrócił się do mnie plecami.
    Widząc, że jest bliski załamania nerwowego, obiecałem, że od jutra zacznę chodzić po mieście i szukać pracy.
    Już po kilku dniach przekonałem się, że znalezienie jakiegokolwiek zajęcia graniczyło z cudem.
    Był chyba piątek, w wisielczym nastroju wracałem do domu, gdy nagle pomyślałem o Bandytarskim. Poszedłem do niego. Opowiedziałem o bezskutecznych poszukiwaniach. Kolega w ogóle się nie zdziwił.
    – Alfred, teraz nagminnie zwalnia się ludzi. Polska wali się na naszych oczach. – Zasugerował, że powinienem starać się o rentę.
    – Mówisz jak mój stary. Tego nie zrobię, przyznałbym się do choroby. Kim jak kim, ale czubem na pewno nie jestem!
    – My to wiemy. Rób jak uważasz, ale z czegoś żyć musisz.
    Powiedziałem, że się zastanowię.
    Tego popołudnia sporo wypiliśmy. Kiedy wracałem zygzakiem do domu, pierwszy  raz pomyślałem, że najlepszym dla mnie rozwiązaniem będzie samobójstwo.
   
    Niecały miesiąc od wizyty Komarowskiego ojciec wrócił wściekły z pracy i oznajmił, że został dyscyplinarnie zwolniony.
    – Jakaś szuja napisała na mnie donos do dyrektora, że dorabiam po godzinach używając narzędzi, które cichaczem wynoszę z zakładu – opowiadał, a matka i ja słuchaliśmy przerażeni. – Wszystko to jedno wielkie kłamstwo! Tylko głupi by się nie domyślił, że to sprawka tego twojego sekretarza Komarowskiego! Widziałem, jak kilka dni temu wchodził do naszego biurowca! Nie mam cienia wątpliwości, że w zemście za Alfreda, w porozumieniu z moim sekretarzem, załatwił mnie! 
    Matka, zanosząc się płaczem, zapytała: – Matko Boska, Józef, za co my teraz będziemy żyć?    
    – Jakoś sobie poradzimy...
   
    Ku radości mojej i rodziców kilka dni później, w piątek, znalazłem pracę w prywatnym warsztacie mechanicznym na peryferiach miasta. Właściciel w krótkiej rozmowie oznajmił, że potrzebuje kogoś do pomocy i kazał mi przyjść w poniedziałek na siódmą. Zastrzegł, że bierze mnie na miesiąc na próbę.
    Niedługo potem ojciec został portierem w zakładzie mleczarskim w pobliskiej wsi i powoli zaczęliśmy wiązać koniec z końcem.
    Niestety, po około dwóch tygodniach od rozpoczęcia pracy stan mojego zdrowia pogorszył się. Źle spałem, stałem się opryskliwy i nieprzyjemny nie tylko dla rodziców, ale również dla mojego szefa.
    Podejrzewałem, iż źródłem wszystkiego była… dość długa już abstynencja alkoholowa. Spędzając u prywaciarza minimum dziesięć godzin dziennie, w soboty niewiele mniej, nie miałem czasu na spotkania z kolegami, a więc i na wódkę. Taki stan rzeczy bardzo mnie męczył, tym bardziej, że w warsztacie byłem pracownikiem od przynieś-wynieś-pozamiataj. Bywało, że czasem któryś z kumpli nalegał, żebym chociaż w niedzielę zagrał z nimi w pokera, wypił kielicha. Odmawiałem. Bałem się, że jeśli przyjdę skacowany do pracy, to właściciel mnie wyrzuci.
    Któregoś lipcowego wieczora ojciec wszedł do mojego pokoju i powiedział, że tak dalej być nie może.
    – Alfred, musisz coś ze sobą zrobić, z tymi swoimi nerwami, bo inaczej wykończysz nie tylko siebie, ale i wszystkich dokoła – rzekł spokojnie. – Myśleliśmy z matką, że najgorsze za tobą i za nami, a tu masz, znowu jest źle.
    – Ojciec, a może jestem taki, bo nie mam kiedy się napić…
    – Już ty mi lepiej nie gadaj o piciu – przerwał mi natychmiast.
    – To niby co mam ze sobą zrobić? Powiesić się? Iść do tego głupka psychiatry? Najpierw niech on się wyleczy! – odezwałem się rozdrażniony i wstałem z krzesła. – Już tyle tabletek we mnie wpakował, że chyba koń by się przewrócił! Więcej już nic nie połknę! A ile forsy skasował! – wykrzykiwałem, chodząc od drzwi do okna i z powrotem. Oczywiście, zgadzałem się z ojcem, że tak dalej być nie może. Ale jak miałem temu zaradzić? Przystanąłem koło szafki. – Na tym świecie nie ma dla mnie miejsca… – odezwałem się, z trudem powstrzymując łzy.
    – Alfred, opanuj się. Jakoś damy radę. Tylko nie myśl o wódce. Oszczędzaj zdrowie, nerwy. Przecież wiesz, że pobyt w domu wariatów zniszczył cię… – poczęstował mnie papierosem. – Usiądź. Przypuszczalnie wiem, co cię gryzie… co jest twoją codzienną zmorą – oparł się o ścianę. – Myślisz, że nie widzę, jak męczysz się w tej swojej robocie? Ona nie dla ciebie... – W duchu przyznałem mu rację. – Jesteś inżynierem, a tam, jak sam nieraz mówisz, zrobiono cię fachowcem od wszystkiego. Tak czy nie?
    – Może i tak...
    – A widzisz… Powiem więcej, tylko się zaraz nie zdenerwuj, powinieneś się rozejrzeć za nową pracą i za kobietą, masz już swoje lata…
    – Teraz to dopiero ojciec palnął! – podniosłem głos. – Jak pamiętam, to nie kto inny tylko ty zniechęcałeś mnie do dziewczyn! – zerwałem się z łóżka. – Daruj więc sobie takie gadanie i najlepiej będzie, jak stąd wyjdziesz, bo… – urwałem i spojrzałem na niego złowrogo.
    – Bo co?! Może uderzyłbyś?!
    – Jak trzeba będzie, to uderzę! – zawołałem, ale jakby na przekór sobie, jakby jakaś wewnętrzna siła zrobiła to za mnie.
    – Uderzyłbyś własnego ojca? – spytał ponownie i chwycił się za głowę. – Dożyłem sądnego dnia… dożyłem sądnego dnia…
    – Jak mnie do końca wyprowadzisz z równowagi… Przecież to ty zniechęcałeś mnie do kobiet… a teraz każesz mi szukać – mówiłem drżącym głosem. Ojciec podszedł do okna, otworzył je, głęboko oddychał. Zrobiło mi się go żal. Wiedziałem, że nie powinienem mu grozić, a jednak zrobiłem to. Odwrócił się, spojrzał na mnie przez moment i opuścił pokój. Gdy tylko zamknął drzwi, zacząłem się głośno śmiać.
    Przez kilka dni rodzice nie odzywali się do mnie. Raz tylko matka wspomniała coś     o psychiatrze, ale powiedziałem jej, że jak chce iść do tego szarlatana, to niech idzie, ale beze mnie.
    Pewnego dnia poprosiłem matkę, aby odprawiała z kwitkiem każdego mojego kolegę, gdy przyjdzie do nas pod moją obecność i będzie chciał wyciągnąć mnie na karty. – Wtedy zawsze jest wódka, a ja chciałbym wreszcie posłuchać ojca, nie pić i nie denerwować go.
    – Mądrze mówisz – ucieszyła się.
    – Podoba mi się ten plan – z zadowoleniem rzekł ojciec, gdy powiedziałem mu o wszystkim. – Miejmy nadzieję, że wytrwasz. Pocieszające jest to, że twoi koledzy już od dłuższego czasu nie zaglądają do nas.
    Stawałem się coraz większym samotnikiem, żeby nie powiedzieć dziwakiem. Martwiło to rodziców. Byli przekonani, że jeśli będę zamykał się w pokoju i myślał nie wiadomo o czym, to, prędzej czy później źle się to dla mnie skończy. Oboje niemal codziennie namawiali mnie, abym posiedział z nimi, porozmawiał o czymkolwiek, popatrzył na telewizję, ale odmawiałem. – W samotności jest mi najlepiej – kwitowałem krótko.
    Nie przypuszczałem, że przewidywania rodziców tak szybko się urzeczywistnią.
    Wieczorem ostatniego dnia lipca, po kolejnej kłótni z pracodawcą, po cichu zastawiłem drzwi stołem i krzesłami. Nie widząc dalszego sensu życia, postanowiłem przeciąć sobie żyły. Nóż przyniosłem z pracy dzień wcześniej.
    Rodzice chyba coś przeczuwali, bo jak żadnego dnia nieustannie kręcili się pod moimi drzwiami.
    – Józef, zastukaj do niego. Takiej ciszy jeszcze nie było, nawet nie chrząknie – usłyszałem matkę. – Te jego kolegi też są ciekawe, żaden nawet nie zajrzy. No, zastukaj!
    – Siedział tak tydzień temu, siedział wczoraj, to i dziś niech siedzi. Widać tak mu dobrze – uspokajał ją ojciec.
    Po tych słowach nastała cisza. Przez dłuższą chwilę nic nie słyszałem. Pomarli czy co? A może stoją pod drzwiami? Ostrożnie wyjąłem nóż z szafy...
    – Zaraz podam kolację! – aż podskoczyłem, gdy nagle odezwała się matka.
    Spojrzałem na zegar, była dokładnie 19.38. Policzyłem, że zmagam się już ze śmiercią ponad trzy godziny. Uznałem, że poczekam do dwudziestej. Przez dwadzieścia dwie minuty wpatrywałem się w tarczę, w końcu ujrzałem 20.00. Podwinąłem rękaw koszuli, przyłożyłem nóż do nadgarstka i zamknąłem oczy…
    – A może robi sobie coś złego?! – zawołała mama i rozpłakała się. Zrobiło mi się jej żal. Zatrzymałem się na chwilę.
    – Jak ma się zabić, to niech się zabija! Im prędzej, tym lepiej! Pochowamy go i wreszcie będziemy żyć jak ludzie! – usłyszałem starego i aż mną zatrzęsło! Czegoś takiego absolutnie się nie spodziewałem! Żeby ojciec domagał się śmierci syna?! O ty wyrodny, niedoczekanie twoje! Odrzuciłem nóż, odsunąłem meble, wpadłem do kuchni i rzuciłem się na niego.
    – To taki z ciebie ojciec! Chcesz mojej śmierci?! – krzyczałem, przyciskając go do kredensu. Niestety, był ode mnie silniejszy. Oderwał moje ręce, jedną wykręcił tak mocno, że aż zawyłem z bólu.
    – Józef, nie połam mu kości! – zawołała matka.
    – Na ojca rękę podnosisz?! Musisz zjeść wagon kaszy, żeby dać mi radę! – odepchnął mnie. Zasapany usiadłem na taborecie. – Celowo tak powiedziałem… Wiedziałem, że jak to usłyszysz, to wyjdziesz… Podświadomie czułem, że dziś chcesz zrobić sobie krzywdę… Wiedziałem jednak, że jesteś zbyt tchórzliwy, by targnąć się na życie…
    – Przestań! – warknąłem.
    – Z ciebie taki samobójca, jak…
    – Zostaw go w spokoju! – zawołała mama. – Chodź synku, porozmawiamy w pokoju.
    – Jedno warte drugiego, oboje nadajecie się na leczenie! – złośliwie rzucił za nami stary i chwyciwszy marynarkę wyszedł z mieszkania.
    – Idź w diabły, dręczycielu! Synku, naprawdę chciałeś się zabić?     
    – Może tak, może nie… – odpowiedziałem z wahaniem i rozpłakałem się.
   
    Ku zdziwieniu rodziców, po kilku dniach celowego milczenia z mojej strony – ciągle byłem zły na ojca – w pierwszą sierpniową niedzielę ubrałem się w białą koszulę, garnitur i z tajemniczym uśmiechem na ustach usiadłem do obiadu.
    – Smacznego – powiedziałem. Rodzice przez chwilę patrzyli na mnie jak na zjawę. Oparłem ręce o blat, wypiąłem klatkę piersiową i oznajmiłem: – Mamo, tato… koniec mojego milczenia. Wybiła szczególna godzina, wasz syn od jutra zaczyna pisać książkę... – złączyłem dłonie, jakbym się modlił. – Może powstaną nawet dwie – dodałem sięgając po łyżkę.
    – O dzięki ci, Matko Przenajświętsza! Nie dość, że chłopak wreszcie przemówił, to jeszcze chce zostać pisarzem! – ucieszyła się mama i zerwawszy się z krzesła, objęła mnie, pocałowała.
    – Powiadasz, że chcesz napisać książkę, może nawet dwie… a niby o czym? – chłodno spytał ojciec.
    – Tego jeszcze nie wiem – odpowiedziałem i zachichotałem.
    Rodzice jakoś dziwnie popatrzyli na siebie, a matka dyskretnie się przeżegnała.


Stanisław Raginiak

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.

 Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.



komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

18 Października 2011, godz: 18:44

Ćwokowampiria - fragment 5


V

    Dni upływały. Nieustannie wracałem myślami do piekła przeżytego w Derborowie. Miałem ogromny żal do towarzyszy, że tak podle ze mną postąpili, że uznali za swojego wroga. Postanowiłem, że w najbliższych dniach pójdę do fabryki i porozmawiam z Komarowskim. Może przywróci mnie do pracy. O czym ja myślę, zreflektowałem się natychmiast, przecież nikt nie zatrudni w a r i a t a. 
    Gdy ojciec był w pracy, siadałem z matką w kuchni i, na jej prośbę, opowiadałem o tym, co mnie spotkało w zakładzie psychiatrycznym. Przerywałem jednak szybko, ponieważ już po kilku zdaniach wybuchała płaczem. W rozmowach z ojcem w ogóle nie wracaliśmy do tego nieszczęsnego okresu.
    Dzięki troskliwej opiece rodziców powoli wracałem do zdrowia. Kiedy jednak któregoś dnia uznałem, że czuję się na tyle dobrze, że mogę wreszcie wyjść z mieszkania, znienacka dostałem ataku szału. Poprzewracałem meble, potłukłem naczynia, chciałem się powiesić. Przerażona matka wezwała karetkę. Lekarz dał mi zastrzyk, po którym niemal natychmiast zasnąłem.
    Następnego dnia udałem się do przychodni, skąd skierowano mnie na cały szereg badań. Matka towarzyszyła mi na każdym kroku. Po kilku dniach wróciłem z wynikami do lekarza, obejrzał wszystko i stwierdził, że nie widzi nic zaskakującego. Po krótkiej  rozmowie, w której opowiedziałem mu o sobie, doradził, abym znalazł dobrego psychiatrę, ponieważ tylko on może poradzić coś na moje nerwy. Matka poinformowała go, że już od kilku lat  mam kogoś takiego.
    – To świetnie. Zatem proszę iść do specjalisty.
    W domu ustaliliśmy, że na razie poczekamy z wizytą u psychiatry.
    – Może ten atak był czymś zupełnie przypadkowym – wyraziłem nadzieję.
    – Oby… – dodała mama. – Po tym, co wyprawiałeś, ludzie wezmą nas na języki...
    – Nie mam zamiaru przejmować się nimi, ty też o nich nie myśl – wtrąciłem nerwowo.
    – Łatwo ci się mówi…
      
    Najgorsze były noce, nie mogłem spać. A jeśli już krańcowo zmęczony przysnąłem  na chwilę, to zaraz śniły mi się koszmary. Zlany potem budziłem się z krzykiem.
    Na początku maja, kiedy poczułem się nieco lepiej, późnym popołudniem pierwszy raz wybrałem się na miasto. Szczęśliwie nie spotkałem żadnego sąsiada ani w klatce, ani przed blokiem. Mimo iż miałem jedynie trochę pospacerować, przechodząc ulicą Dziambrodziewicza postanowiłem wejść do baru Kacaraba.
    Właśnie tam, między jednym a drugim piwem, poznałem Józka Bandytarskiego i trzech jego kolegów, Janka Taknackiego, Zbyszka Niedołęgę i Tadka Gezadłowicza. Gdy Józek usłyszał moje nazwisko, natychmiast skojarzył je z facetem z „Gleby”, o którym – jak mi powiedział – z największym szacunkiem mówiło się w mieście. Gdy nieskromnie potwierdziłem, że to właśnie ja jestem tym – jak nazwał mnie przed chwilą – „inżynierem-buntownikiem”, zrobił wielkie oczy i przez moment zaniemówił. W końcu wstał, objął mnie i wyściskał. W jego ślady natychmiast poszli trzej pozostali, co mnie zaskoczyło, ponieważ nie mogli usłyszeć, co powiedziałem ich koledze. Gdy Józek usiadł i rzekł, że autentycznie mnie podziwia, jego kompani powiedzieli dokładnie to samo. Gdy za chwilę Józek dodał, że bardzo mi współczuje, to i ci trzej też bardzo mi współczuli. Cała ta scena była tak oryginalna i tak dla mnie miła, że z miejsca zapałałem sympatią do całej czwórki. By uczcić wzniosły dla mnie moment, zamówiłem po dwa piwa dla każdego.
    Godziny mijały, piliśmy kolejne piwo, a ja – coraz bardziej podchmielony – opowiadałem o swych przeżyciach w Derborowie. Chyba przy siódmym kuflu koledzy tak  się wzruszyli moimi tragicznymi wspomnieniami, że najpierw – zasłaniając twarz rękoma i opierając je o stół – rozpłakał się Józek, a po nim to samo zrobił Janek, a następnie Zbyszek i Tadek. Nic dziwnego, że i ja nie wytrzymałem, z tą tylko różnicą, że roniłem łzy siedząc sztywno i patrząc przed siebie.
    – Panowie, czyście powariowali?! – wrzasnęła znienacka kelnerka. – Płacić i wynocha na dwór, tam sobie ryczcie dalej!
    Koledzy przestali płakać. Po uregulowaniu rachunku wspólnymi siłami jakoś wygramoliliśmy się z Kacaraby, zapaliliśmy na chodniku i zaczęliśmy się żegnać. Józek objął mnie i wybełkotał, że jestem dla niego kimś i dlatego jutro zaprasza wszystkich do siebie na karty. Powiedziałem, że umiem grać jedynie w tysiąca dobieranego, i to nie najlepiej. – Po…ker jest pro…sty, w mig cię… nauczę... – zachęcał kolega.
    Kiedy wreszcie z trudem dotarłem do domu, usłyszałem kilka niemiłych słów od ojca.
    – To my z matką zamartwiamy się o ciebie, a ty chyba byłeś w knajpie, bo śmierdzi od ciebie na kilometr! Alkoholu to ty nie ruszaj, on nie dla ciebie! Nie zadawaj się z przypadkowymi ludźmi, bo jeszcze kolejne nieszczęście na siebie i na nas sprowadzisz!  Masz trochę grosza, to oszczędzaj! Jak stracisz, ode mnie na pewno nie dostaniesz!
    Siedziałem jak mysz pod miotłą, wiedziałem, że miał rację.
    Leżąc już w łóżku, wróciłem myślami do spotkania w barze. Byłem rad, że poznałem nowych kolegów. Szczególnie do gustu przypadł mi Józek Bandytarski, może dlatego, że to on przede wszystkim podziwiał mnie za to, co zrobiłem w fabryce. „Odważny jesteś, bardzo odważny” – wciąż brzmiało mi w uszach. Zdecydowałem, że jutro pójdę pograć w karty.
    Rano opowiedziałem matce o spotkaniu w barze podkreślając, że bardzo się cieszę z tej znajomości.
    – Synu, to zrozumiałe, że powinieneś się z kimś spotykać, tylko dobrze by było, żeby nowi znajomi nie pili wódki. Chyba wiesz, że na twoje zdrowie źle ona działa. Ojciec przed wyjściem do roboty powiedział, żebym z tobą pogadała i przestrzegła przed popijaniem z nieznajomymi, bo to mogą być na przykład tajniaki. Powiesz coś niedobrego i znowu cię zamkną – zakończyła przygnębiona.
    – Nie martwcie się o mnie.
    – Swoje powiedziałam, rób, jak uważasz. Aha, już bym zapomniała, ojciec pytał, kiedy pójdziesz do tej swojej fabryki?
    – Nie wiem. Może wcale, bo i po co...
   
    U Bandytarskiego, w jego dwupokojowym mieszaniu w bloku, spotkaliśmy się około szóstej wieczorem. Zanim przygotował kieliszki i przekąskę, Janek, Zbyszek i Tadek nauczyli mnie podstawowych zasad gry w pokera. Pokazali, jak wygląda kolor, kareta, ful, strit, trójka, para i oczywiście poker.
    – Alfred, na wielkie pieniądze grać nie będziemy – uspokajał mnie Janek, chyba dostrzegł, że mam nietęgą minę. – Żaden z nas nie ma ich za wiele.
    Przed siódmą Józek napełnił kieliszki, poczęstował wszystkich papierosem i powiedział:
    – Cieszę się, że jesteście u mnie i że dołączył do nas inżynier...
    – Daj spokój z tym inżynierem – wtrąciłem natychmiast.
    – Przecież nic złego nie powiedziałem… – spojrzał na mnie lekko skonsternowany. – Proponuję toast za nowego kolegę. Zdrówko!
    Po pierwszym rozdaniu, gdy po dobraniu kart miałem ledwie parę króli, straciłem 2 tysiące, co przy ostatnim uposażeniu otrzymanym z fabryki – wynoszącym 150 tysięcy – nie było na szczęście zbyt wielką kwotą. Żal jednak pozostał. Po godzinie byłem już uboższy o dalsze 20 tysięcy. Karta w ogóle mi nie szła. Chyba tylko raz trafiła mi się trójka dam, ale Józek miał fula, króle na waletach. Zastrzegłem, że jak przegram jeszcze 20 tysięcy, to rezygnuję. – Nie mogę zostać bez forsy, z domu by mnie wygnano – broniłem się. Wreszcie jednak i mnie dopisało szczęście, dostałem z ręki „maksa” i zgarnąłem pulę, ponad 15 tysięcy! Moja radość trwała niestety bardzo krótko, bo już po kilku rozdaniach nie dość, że straciłem wygraną, to jeszcze musiałem wyjąć z kieszeni 10 tysięcy. Około wpół do jedenastej, podpity i wkurzony, poddałem się. Koledzy grali, a ja zacząłem opowiadać dowcipy. Chyba marnie mi to wychodziło, bo Tadek już przy trzecim machnął ręką i powiedział, żebym lepiej nalewał do kieliszków, bo zanudzę ich na śmierć. Zerknąłem na zegarek, dochodziła jedenasta. Nagle Janek, uderzając pięścią w stół, zawołał: – Wszystko przerżnąłem!
    Najlepszym pokerzystą okazał się Józek, który w ciągu kwadransa ograł Zbyszka i Tadka. By uczcić zwycięstwo, wzniósł toast. Przechyliłem kieliszek i… spadłem z krzesła.
    Nazajutrz nie tylko nie pamiętałem, jak skończył się mój pierwszy poker, ale w żaden sposób nie mogłem zrozumieć, jakim sposobem znalazłem się w… swoim łóżku. Gdy zapytałem o to matkę – ojca na szczęście nie było – wyjaśniła, że dwóch kolegów przywiozło mnie taksówką i z pomocą ojca i kierowcy wniosło do mieszkania. – Wstyd i hańba! – podała mi herbatę i wyszła.
    Siedząc na łóżku i trzymając się za pękającą z bólu głowę, próbowałem przypomnieć sobie cokolwiek. Na próżno. Napiłem się herbaty i zasnąłem. Zbudziło mnie stukanie do drzwi. – Wstaniesz wreszcie?! – usłyszałem głos matki.
    – Wstaję… wstaję…
    – Bój ty się Boga, jak ty wróciłeś? Taki wstyd! – narzekała, gdy już znalazłem się w kuchni.
    – Jak ja się teraz ludziom na oczy pokażę? Któryś z sąsiadów chciał wzywać milicję. Jak ojciec przyjdzie z roboty, to lepiej nie pokazuj mu się na oczy. Jest na ciebie wściekły!
    – Przestań już gadać – odezwałem się arogancko. – Jakoś mu wytłumaczę… – wybiegłem do łazienki, ponieważ zaczęło mnie mdlić. Po chwili wróciłem blady i roztrzęsiony.
    – Masz tu trochę kompotu… Jak patrzę na ciebie, to chce mi się płakać…
    – To niech mama płacze… O milicji mi nie gadaj… nic mi nie zrobią… przecież wiesz… że już przysłali… że już mam… te przeklęte papiery… – wystękałem wściekły i poczłapałem do pokoju. Podszedłem do okna i odsunąłem zasłony. Zamknąłem oczy, gdyż poraziło mnie słońce. Stałem tak chwilę i nagle coś zacząłem sobie przypominać z koszmarnego snu… Kilka wampirów dusiło mnie i próbowało wbić zęby w szyję. Wrzeszczały, że już niedługo zabiorą mnie do swojego miasta… – Wychodzę do sklepu! – głos matki wyrwał mnie z rozmyślań. Wróciłem do kuchni, zacząłem szukać butelki piwa, gdy nagle usłyszałem głuche stukanie do drzwi. Kto to może być? Zerknąłem przez wizjer, klatka była pusta. – Hm, chyba mi się zdawało – wymamrotałem. Piwa nie znalazłem, więc dopiłem kompot, wziąłem tabletkę od bólu głowy i wróciłem do łóżka. Usnąłem.
    Wstałem po drugiej, zjadłem zupę i poczułem się lepiej.
    Byłem u siebie, gdy wrócił ojciec.
    – Gdzie ten pijak? – krzyknął trzaskając drzwiami. Pomyślałem, że chyba przez całą powrotną drogę nie miał nic innego w głowie, tylko to jedno pytanie.
     – Daj mu spokój, i tak ledwie żyje.
    – Zaraz do niego pójdę, tylko się trochę umyję i zjem.
    – A przychodź sobie, przychodź – szeptałem pod nosem. Po chwili usłyszałem, jak siorbał zupę. Nie od dziś denerwowało mnie to jego siorbanie. Nieraz zwracałem mu uwagę, ale poirytowany odpowiadał, że będzie jadł tak, jak mu się podoba i żebym się nie czepiał. Nagle zrobiło się cicho i… tato stanął w drzwiach. Coś trzymał z tyłu w rękach. Podszedł do mnie i rzekł:
    – Masz, wypij – podał mi piwo i usiadł na skraju łóżka. Byłem tak zaskoczony, że nie wiedziałem, co powiedzieć. – Synu, dałem ci piwo pod jednym warunkiem, że to będzie ostatnie w twoim życiu. Jesteś dorosły, zatem nie będę cię bez przerwy pouczał, że nie powinieneś pić alkoholu – rzekł poważnie. – Nie psuj resztek zdrowia. Nie chcę, żeby ludzie oglądali cię pijanego. Dowiedziałem się niedawno, że niektórzy mieszkańcy osiedla, z naszego bloku też, znają twoją niedawną, smutną historię i szanują cię za to, że nie dałeś się komunie. Nie marnuj tego przez pijaństwo i niegodne zachowanie. – Słuchałem ojca z uwagą, chociaż nie bardzo wierzyłem, żeby ktoś miał dla mnie uznanie. Chociaż… Przypomniały mi się słowa Bandytarskiego, że w mieście z szacunkiem mówi się o inżynierze-buntowniku. Więc może rzeczywiście ktoś mnie ceni? – Alfred, pamiętaj o jednym, że jeśli dla porządnych ludzi jesteś kimś, to dla towarzyszy stanowisz zagrożenie. Dlatego mówię: nie pij, pilnuj się. Miałeś szczęście, że wczoraj nie zjawiła się milicja.
    – Nic by mi nie zrobili, mam te papiery…
    – Nie bądź śmieszny! Jeśli ktoś na ciebie doniesie z takiego bądź innego powodu, te dranie cię dopadną!
    Dopiłem piwo i przyrzekłem, że to ostatnie w moim życiu.
    Niestety, były to czcze słowa.

    Ponowie przesadziłem z alkoholem tydzień później, na urodzinach Józka.
    – Cieszę się, że do naszej paczki dołączył Alfred – zaczął szumnie solenizant, gdy zasiedliśmy do stołu. – I chociaż dziś są moje urodziny, to jednak na początek chciałbym powiedzieć dwa zdania właśnie o nim, bo to jego, a nie któregoś z nas, komunistyczna władza strasznie skrzywdziła. Dziś właśnie w moim zakładzie dowiedziałem się, że Lejek powoli urasta w mieście do rangi bohatera – spojrzał na mnie. Wytrzeszczyłem oczy. Ja – bohaterem? To jakieś nieporozumienie. – Koledzy – mówił dalej Bandytarski – Alfreda spotkała wielka krzywda, o czym zresztą opowiadał w barze… Partyjne świnie w krótkim czasie z Lejka-inżyniera zrobiły Lejka-wariata, ale on wszystko zniósł dzielnie i teraz jest z nami, z robotnikami, jak wtedy z tamtymi z „Gleby”. Dlatego w tym szczególnym dla mnie dniu wznoszę toast za naszego kolegę i z całego serca gratuluję mu odwagi – poprosił, abyśmy wstali i dodał: – Za naszego bohatera! – Wypiliśmy.
    Podziękowałem za miłe słowa. Podkreśliłem jednak, że mówienie o mnie jako bohaterze to gruba przesada. – Myślę, że gdybyście byli na moim miejscu, postąpilibyście dokładnie tak samo.
    – No, nie wiem… – odezwał się Tadeusz. – Trzeba mieć w sobie niemało odwagi, żeby przeciwstawić się władzy. Ja nie dałbym rady...
    – Opowiadasz głupoty – wtrącił się Zbyszek – znam cię dobrze i wiem, że nie stchórzyłbyś… Inna sprawa, że żaden z nas nie jest inżynierem, to i sytuacja, jaka przydarzyła się Alfredowi, nam nie groziła. Zresztą, żaden z nas nie kieruje tak dużą grupą ludzi jak on.
    – Dajcie spokój! – zdecydowanie zareagował solenizant. – Nie będziemy się teraz zastanawiać, kto by stchórzył, a kto nie? Zbychu, klepiesz od rzeczy. Żeby stanąć w obronie słusznej sprawy nie trzeba być inżynierem, masz przykład robotników z „Gleby”.
    Zaczęliśmy grać w urodzinowego pokera i rozmawiać na różne tematy. Dopiero teraz dowiedziałem się, gdzie pracują koledzy-kawalerowie. Tadek był mechanikiem w Państwowym Ośrodku Maszynowym, Zbyszek konserwatorem w Zakładach Graficznych, Janek piekarzem w PSS „Społem”, a Józek brygadzistą w Miejskim Przedsiębiorstwie Budownictwa Mieszkaniowego. W którymś momencie chciałem zapytać, dlaczego dotąd żaden z nich się nie ożenił, bo wszyscy byli już dobrze po trzydziestce, ale odpuściłem. Przecież, pomyślałem, mogą zapytać mnie o to samo.
    Karta szła mi nieźle, w krótkim czasie wygrałem prawie 30 tysięcy. Niestety, później wszystko straciłem. Przegrałem też przyniesioną gotówkę, ponad 20 tysięcy. Zły na cały świat znowu za dużo wypiłem i z największym trudem dotarłem do domu.
    – Tego już za wiele! Zamiast dbać o resztki zdrowia, zająć się swoimi sprawami, chociażby związanymi z rentą, skoro komuna dała mu te przeklęte papiery, to ten dalej pije! – przywitał mnie ojciec, gdy około północy resztkami sił przetoczyłem się przez próg i tracąc równowagę upadłem w przedpokoju. – Matka, chwyć za nogi, musimy go przenieść do pokoju. Jasna cholera, żeby tak się urżnąć…
    – Zostawcie… sam dojdę… nie od wódki padłem… ale ze zmęczenia…
    Ojciec pomógł mi wstać, wziął pod ramię, zaprowadził do pokoju i posadził na łóżku. – Masz może… piw…ko? – stękałem.
    – Ja ci dam piwko, pijaku!
    – Józef, nie drzyj się na cały blok i nie nazywaj go pijakiem… Chory jest… nie zawsze wie, co robi – broniła mnie matka. – To jego koledzy są pijakami, przez nich jest taki…
    – Dobrze… mama mówi… – wymamrotałem ziewając i próbowałem zdjąć marynarkę, ale nie dałem rady.
    – Poczekaj, pomogę ci. A ty wyjdź! – nakazała ojcu.
    – Wyjdę, kiedy będę chciał, nie będziesz mi rozkazywać! Zanim pijak zaśnie, muszę mu coś powiedzieć – stanął nade mną. – Jak jeszcze raz się upijesz, to będziesz spał pod drzwiami! Niech się wszyscy z ciebie śmieją! Mam już tego dość!
    – Mówiłam, żebyś się nie wydzierał, co ludzie pomyślą? – lamentowała matka, pomagając mi zdjąć marynarkę.
    – Chyba nie wiesz, co mówisz! To co mieli pomyśleć, już pomyśleli!
    – Cicho bądź… stary… nie podskakuj… – wycedziłem.
    – Józef, idziemy, niech śpi…
    Naciągnąłem pierzynę na głowę, chciałem jak najszybciej usnąć, ale nie było to łatwe. Męczyłem się z godzinę, może dłużej. Gdy wreszcie zasnąłem, od razu przyśniły mi się… wampiry. Były sto razy paskudniejsze i agresywniejsze od tych z poprzedniego snu! Atakowały całe moje ciało! Kiedy jeden z nich z bliska wpatrzył się we mnie czerwonymi ślepiami, obudziłem się! Przerażony i spocony usiadłem na łóżku, kręciło mi się w głowie. Uf, jak to dobrze, że to tylko sen, odetchnąłem z ulgą. Po chwili znów się położyłem… – Zabierzemy cię do naszego miasta, jesteś nam bardzo potrzebny! – usłyszałem chóralne wołanie, które wyrwało mnie ze snu. Z trudem zapaliłem lampkę, zacząłem szukać papierosów. Cholera, co za szkaradztwa mi się śnią? Grzebiąc w spodniach i marynarce, znalazłem tylko kilka banknotów i monet. Nagle usłyszałem szmery, dochodziły jakby z przedpokoju, postanowiłem sprawdzić, co to takiego. Przytrzymując się ściany, ostrożnie podszedłem do drzwi, uchyliłem je i… zamarłem z przerażenia! Na końcu korytarza, w słabym świetle dochodzącym z mojego pokoju ujrzałem koszmarną postać z czerwonymi ślepiami, jakby dopiero co wyszła z mojego snu! Sparaliżowany strachem nie mogłem nawet krzyknąć. Udało mi się jednak nacisnąć kontakt. Zjawa zniknęła! Ze strachu niemal zupełnie wytrzeźwiałem. Dygocąc wszedłem do łazienki, włączyłem światło, oparłem się plecami o drzwi i ciężko oddychałem. Chciałem zawołać ojca, ale obawiałem się, że gdy mu o wszystkim opowiem wyśmieje mnie.
    Podszedłem do lustra i zauważyłem, że mam podrapaną twarz! Nogi ugięły się pode mną. W ostatniej chwili chwyciłem się umywalki i wtedy znowu usłyszałem podejrzane szmery! Wyprostowałem się, złapałem butelkę z szamponem i na palcach ruszyłem do przedpokoju, gdzie, wiedziałem, zobaczę potwora… Ku mej uldze, nikogo tam nie było.
    Wróciłem do łazienki. Zanim odstawiłem szampon, trwożliwie spojrzałem w lustro. Zadrapania zniknęły!


Stanisław Raginiak

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.

 Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.



komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

11 Października 2011, godz: 23:50

Ćwokowampiria - fragment 4


IV

    Wróciłem na politechnikę i z marszu zabrałem się za sprawy zetesempowskie oraz egzaminy, bowiem kończyła się zimowa sesja.
    W ciągu tygodnia miałem przynajmniej cztery zebrania ze studentami zrzeszonymi w ZSMP, na których omawialiśmy tezy kolejnego zjazdu PZPR, a także oceny pierwszego semestru. Rektor wyznaczył mi do pomocy trzech magistrów i dwóch doktorów, którzy – o czym sami mi powiedzieli – podobnie jak ja wszystko, co do tej pory osiągnęli, zawdzięczali partii.
    Po którymś zebraniu ogarnęły mnie wątpliwości związane z działalnością polityczną. Być może stało się tak dlatego, że coraz częściej doznawałem przykrości ze strony koleżanek i kolegów niezrzeszonych w ZSMP. Przy każdej okazji przezywano mnie „przydupem władzy”, „ślepym pachołkiem peerelu”, „czerwonym psem”, „ślepym durniem”, „komunistycznym nieukiem” oraz „matołem-karierowiczem”. Starałem się ignorować zaczepki, ale znosiłem je coraz gorzej.
    Pewnego dnia, gdy znowu dopadła mnie depresja, postanowiłem pójść do rektora i oświadczyć, że mam już dość przewodniczenia. Byłem już kilka metrów od gabinetu, gdy raptem zawróciłem. Przestraszyłem się konsekwencji takiego kroku. Przecież, rozważałem naprędce, studiowałem dzięki partii, towarzysze zafundowali mi politechnikę, a ja miałbym teraz tak im się odpłacić. Skoro partia dała mi indeks, to prawdopodobnie może też i odebrać, doszedłem do przekonania. Jak wtedy spojrzałbym w oczy towarzyszom z Sarwera?
    Na początku trzeciego roku rektor, profesor Arkadiusz Biorący, przyznał mi nagrodę pieniężną za dotychczasową działalność polityczną i… wyniki w nauce! Tego samego dnia awansowano mnie też na starszego kaprala podchorążego, chociaż na zajęciach wojskowych byłem tylko raz. Wszystko to jednak przywróciło mi wiarę w sens mojej politycznej misji i zmobilizowało do nauki, chociaż wciąż miałem ogromne problemy z przyswajaniem wiadomości. Na szczęście egzaminatorzy nadal byli dla mnie łaskawi.
    Rektor od dnia, w którym otrzymałem nagrodę, przy każdej okazji stawiał mnie za wzór innym studentom. Mówił zawsze to samo: – Gdybym miał więcej takich Lejków, moja uczelnia byłaby najlepsza w kraju!
   
    Na czwartym roku, ku wielkiej radości mojej, towarzyszy z Sarwera i rodziców, Biorący wytypował mnie na zagraniczny wyjazd.
    – Alfredzie Lejku, to nagroda za waszą wzorową pracę na uczelni, postawę polityczno-patriotyczną oraz dobre wyniki w nauce – mówił z uśmiechem. – Pojedziecie na kilka dni na Kubę, na Międzynarodowy Zjazd Socjalistycznych Organizacji Młodzieżowych. Waszą kandydaturę zaakceptował już sekretarz wojewódzki. Gratuluję! Winszuję uczelni oraz twojej fabryce, że wydała takiego towarzysza!
    Tydzień później byłem już na Kubie.
    Zjazd rozpoczął się w niedzielę. Po zakończeniu ośmiogodzinnej akademii w Pałacu Partii w Hawanie, zobaczyłem z bliska Fidela Castro, przywódcę kraju, który zadziwił mnie siedmiogodzinnym przemówieniem inaugurującym zjazd. Wystąpienie nosiło tytuł Socjalizm jako lekarstwo na wszystkie bolączki świata. Tekst, przetłumaczony na język polski, wzbudził we mnie entuzjazm. Szczególnie, gdy wczytując się w treść, trafiłem na akapit: Socjalizm, Towarzysze z całego świata, sprawi na pewno jedno: niedługo wszystkie socjalistyczne społeczeństwa, a więc i każdą socjalistyczną jednostkę, stać będzie prawie na wszystko! A jak już to wspólnie osiągniemy, dzięki przywódczej roli Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego i Jej Wielkiego Wodza, Leonida Breżniewa, to pójdziemy jeszcze dalej! Najdalej, jak tylko to będzie możliwe! W świetlaną przyszłość, gdzie socjalistyczni ludzie  będą mieli tyle wszystkiego, że już więcej nie będą chcieli, bo nie będą mieli gdzie pomieścić dóbr materialnych!
    Po ośmiu dniach wróciłem z Hawany na uczelnię z jeszcze większym przeświadczeniem, że socjalizm jest najlepszym systemem politycznym ze wszystkich, jakie dotąd wymyśliła ludzkość.
    Do ustroju i partii nie zniechęcały mnie wciąż docierające do moich uszu obraźliwe epitety koleżanek i kolegów niezrzeszonych w ZSMP. Czasem jednak wyprowadzony z równowagi ostrzegałem, żeby liczyli się ze słowami, bo wystarczy jedno moje kiwnięcie palcem i przestaną być studentami. Śmiali mi się wtedy w twarz i mówili:
    – Lejek, czy ty jesteś ślepy i głuchy? Nie widzisz, że dni twojej organizacji i partii są policzone? Daj sobie spokój z tym wszystkim. Polska niedługo odzyska wolność, a ty wciąż wierzysz w jakieś tam komunistyczne brednie.
    To chyba przez te codzienne scysje któregoś dnia puściły mi nerwy i spoliczkowałem dwóch studentów trzeciego roku, którzy mijając mnie na korytarzu, splunęli mi pod nogi. Wieść o zdarzeniu błyskawicznie rozniosła się po politechnice. Pół godziny później siedziałem już u rektora, opowiedziałem dokładnie, jak było. – Towarzyszu profesorze, ci dwaj sprowokowali zajście – zakończyłem.
    Następnego dnia prowodyrzy zostali skreśleni z listy studentów, a ja w oczach Biorącego urosłem do rangi bohatera, ponieważ – jak podkreślił – „z determinacją przeciwstawiłem się przeciwnikom ustroju”.
    Niestety, bohaterem byłem tylko dla niego. Studenci, zarówno zrzeszeni jak i nie, coraz częściej unikali mojego towarzystwa. Wymyślono kilka kolejnych inwektyw pod moim adresem, z których „kabel” i „podpierdalacz” nie należały do najbardziej obraźliwych. Czułem się coraz gorzej w murach uczelni. Jednak na przekór wszystkim i wszystkiemu postanowiłem, że do ostatniego dnia mojej edukacji w Gdańsku będę bronił socjalistycznych idei.
   
    21 czerwca 1988 roku szczęśliwie skończyłem studia. Trzy dni później wyjechałem  do Moskwy. Władze uczelni w nagrodę za najlepszą pracę dyplomową wysłały mnie na czterotygodniowe wykłady w Komitecie Centralnym KPZR na temat marksizmu i leninizmu.
    Nie spodziewałem się takiego wyróżnienia, podobnie zresztą jak i wysokiej oceny pracy, ponieważ z braku czasu (często wyjeżdżałem na spotkania zetesempowskie do innych uczelni, przekazywałem sprawy organizacji następcy) dokonałem plagiatu, za cichym zresztą przyzwoleniem rektora i dwóch profesorów.
    Po powrocie z ZSRR wpadłem na politechnikę. Spotkałem się z towarzyszem Arkadiuszem Biorącym, by podzielić się refleksjami z wyjazdu, odebrałem też dyplom i pożegnaliśmy się.
    Gdy pełen optymizmu wyszedłem z budynku, usłyszałem gwizdy. Rozejrzałem się, w kilku oknach zobaczyłem studentów… Przyspieszyłem kroku, wsiadłem do pierwszego lepszego autobusu, byle tylko jak najszybciej uciec od przeklętego miejsca, siedliska przeciwników ustroju! Skurwysyny, odważni się zrobili – rozmyślałem zdenerwowany, spoglądając na oddalające się miasteczko uniwersyteckie. Lepiej mnie nie prowokujcie, bo jeszcze mogę tu wrócić, a wtedy wam pokażę!
    Nieprzyjemne rozstanie z uczelnią zrekompensowali mi rodzice, którzy powiadomieni dzień wcześniej o moim powrocie czekali z kwiatami i wyjątkowo obficie zastawionym stołem. W moim pokoju ojciec napisał kredą na szafie: Serdecznie witamy naszego syna-inżyniera! Wzruszyłem się.
    Oj, tego dnia tęgo popiliśmy z tatą. Matka, co trochę mnie męczyło, przez długi czas siedziała obok mnie i nieustannie powtarzała, że nigdy nie przypuszczała, iż doczeka dnia, w którym jej jedynak zostanie uczonym.
    – Mamo, nie jestem żadnym u c z o n y m, tylko inżynierem – prostowałem.
    – Daj spokój, niech się nacieszy… Ja też jestem z ciebie dumny, że taki mądry… taki wykształcony wróciłeś do domu. No, zdrówko – ojciec podniósł kieliszek.
    Mądry i wykształcony, powtórzyłem w duchu. Oj, tatku, dobrze, że nie znasz prawdy.
 
    Kilka dni później zameldowałem się w fabryce. Dyrektorowi Januaremu Koślewiczowi podziękowałam za to, że dzięki niemu, Patałachowi, Ciuliszkiewiczowi i Komarowskiemu mogłem skończyć studia. Szef wstał zza biurka, uścisnął mi prawicę i powiedział, że jest ze mnie dumny.
    – Inżynierze Lejek, jesteście wyjątkową jednostką socjalistyczną w naszej fabryce –  rzekł patetycznie i usiadł. – Proszę też spocząć – wskazał na krzesło. – Zawsze, jak sobie przypominam, byliście ponad przeciętność. Nie sposób zapomnieć waszych wniosków racjonalizatorskich, którymi zarzucaliście komisję. To jednak już przeszłość. Teraz jesteście fachowcem najwyższej klasy, który – co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości – zacznie przekuwać w czyn zdobytą wiedzę.
    – Oj, towarzyszu dyrektorze, z tą wiedzą to byłbym ostrożny. Za wiele to się nie nauczyłem – odpowiedziałem natychmiast. – Jak pan dyrektor…
    – Tylko nie pan. Panowie to byli przed wojną… – zwrócił mi uwagę.
    – Rozumiem. Jak towarzysz dyrektor zapewne wie, na politechnice zajmowałem się głównie działalnością polityczną.
    – No no, nie bądźcie tacy skromni, czegoś tam zawsze was nauczyli przez cztery lata.
    Nie bardzo wiedziałem, co powiedzieć. Po namyśle dodałem powściągliwie: – Naturalnie, czegoś się tam nauczyłem, na pewno przydam się fabryce.
    – A jak z waszym zdrowiem, nadal miewacie kryzysy?
    Nie spodziewałem się, że zapyta o to. Wbiłem w niego wzrok i rzekłem: – Dyrektorze, generalnie już od dłuższego czasu czuję się nieźle. Być może w Gdańsku sprzyjał mi klimat... Trudno jednak powiedzieć, jak będzie w Sarwerze.
    – Mówiąc o klimacie, macie na myśli polityczny?
    – Nie, miałem na myśli powietrze, jod… wilgoć.
    – Aaa… W ZSMP chyba ciężko nie było? – zapytał zmieniając temat.
    – Ze zrzeszoną młodzieżą dawałem sobie radę, gorzej było z tymi, którym nie podoba się socjalizm, zabrali mi sporo zdrowia – już świerzbił mnie język, żeby wspomnieć, jak zostałem pożegnany przez studentów, ale się powstrzymałem.
    – Cóż, nie wszyscy są z nami… Inżynierze, przez lipiec sobie odpocznijcie, poukładajcie swoje sprawy, a potem, od sierpnia, do dzieła! Muszę was jednak uprzedzić, że w fabryce i mieście sytuacja jest bardzo napięta… Nielekko nam, towarzyszom, ale  jeszcze jakoś się trzymamy.
    – Robotnicy, jak słyszałem od ojca, buntują się coraz bardziej – wtrąciłem.
    – To prawda. Wierzyć się nie chce, ale grożą nam, dyrekcji i partii, że niedługo wywiozą nas na taczkach i utopią w Kici! Do czego to dochodzi! – Koślewicz nie krył wzburzenia.
    – Nieprawdopodobne!
    – Sami się niedługo przekonacie.
    Po powrocie do domu nie mogłem się doczekać na ojca. Gdy wreszcie się zjawił, opowiedziałem o spotkaniu z dyrektorem i zapytałem, czy rzeczywiście sytuacja w Sarwerze  i zakładach pracy jest aż tak napięta. Nie od razu chciał rozmawiać, dopiero po obiedzie zawołał mnie do pokoju i powiedział, że brakuje tylko iskry, aby doszło do społecznych zamieszek.
    – Ludzie, robotnicy mają już dość tego przeklętego socjalizmu, co trzyma się już tylko dzięki armii i milicji – mówił cicho, jakby się czegoś bał. – Jednak każdy choć trochę myślący człowiek wie, że dni tego ustroju są policzone. Twojej partii zresztą też. Już prawie żaden robotnik nie wierzy towarzyszom.
    Patrzyłem na ojca i nie miałem najmniejszych wątpliwości, że mówi prawdę. Zdenerwowany wstałem i postanowiłem przejść się na miasto. Minąwszy blok, skręciłem jednak do pobliskiego lasu. Doszedłem do wniosku, że muszę w spokoju zastanowić się nad tym, co usłyszałem przed chwilą i wcześniej od dyrektora.
   
    W sierpniu wróciłem na dawne stanowisko, ale już po tygodniu awansowałem na zastępcę głównego inżyniera Wydziału Pługów. Zmieniono mi angaż, podniesiono pensję. Kilka dni później na zebraniu partyjnym zostałem drugim zastępcą sekretarza Komarowskiego. Na moją prośbę komisja zakładowa przydzieliła mi służbową kawalerkę w starym budownictwie. Uznałem, że najwyższy czas wyprowadzić się od rodziców. Słowem, miałem powody do satysfakcji. Jak na razie nic nie wskazywało na to, że w fabryce dzieje się źle. 
    Niestety, jak się wkrótce przekonałem, rzeczywistość w zakładzie nie napawała optymizmem. Produkcja na większości wydziałów niemal zupełnie stała. Każdego dnia dochodziło do kłótni między robotnikami a kierownictwem. Związkowcy z „Solidarności” strajkowali, domagając się podwyżek płac oraz – co mnie bardzo zaniepokoiło – usunięcia z fabryki wszystkich „towarzyszy-darmozjadów”, jak nas określali.
    Jeśli to jeszcze nie jest koniec świata, to naszej fabryki na pewno, myślałem przerażony. Gdzie ja wróciłem? O co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi? Byłem przekonany, że winę za cały bałagan w „Glebie” ponosili wrogowie socjalizmu – „wichrzyciele”, jak określił ich Ciuliszkiewicz.
    Po dwóch miesiącach zrozumiałem na dobre, że żyję i próbuję pracować w jakimś dziwnym, chorym świecie. Najchętniej wróciłbym do Gdańska, może znalazłbym tam pracę. Jednak gdy tylko przypomniałem sobie pożegnanie zgotowane przez studentów, odrzuciłem ten pomysł. Zresztą, jak słyszałem w telewizji i radiu, na Wybrzeżu sytuacja też była napięta. I to chyba bardziej niż w Sarwerze.
    Któregoś dnia jeden z tokarzy powiedział do mnie, że „cała ta partia to jedna wielka lipa”. – Nasz, towarzyszy czas dobiega końca – dodał i na moich oczach porwał legitymację.
    Zdenerwowałem się, ale szybko mi przeszło. Czułem, że miał rację.  
    Po tej krótkiej, ale jakże wymownej rozmowie z robotnikiem, wieczorem długo zastanawiałem się nad swoim życiem i doszedłem do wniosku, że dałem się omamić towarzyszom, zarówno tym w fabryce, jak i na uczelni.
    Kilkakrotnie próbowałem porozmawiać z ojcem na temat partii i mojej kariery polityczno-zawodowej, ale jakoś nie kwapił się do dyskusji. Jednak którejś soboty, po moim krótkim i smutnym monologu, odezwał się:
    – Cieszę się, że wreszcie zmądrzałeś, że patrzysz inaczej, głębiej i szerzej. Już dawno ci mówiłem, że komunizm to najgorsza zaraza, jaka mogła przytrafić się ludziom. Jestem święcie przekonany, że jego dni są policzone. Studiowałeś, to nie chciałem cię denerwować, nie mówiłem o tym, co towarzysze wyrabiają z narodem. Ty, jak zauważałem, całkiem oślepłeś w tym Gdańsku. Na szczęście przejrzałeś na oczy. Synu, tak dalej być nie może, wszystko się wali w tym kraju, a czerwoni wciąż nie chcą oddać władzy. Jeszcze na coś liczą, na jakiś cud, który już nie nastąpi – przerwał, zapalił, wpatrzył się we mnie i po namyśle dodał: – Dziś mam trochę żal do siebie, że podczas twoich przyjazdów przemilczałem wiele trudnych spraw, z którymi borykamy się tu, w Sarwerze, ale nie chciałem cię niepokoić… Studia były ważne, bardzo ważne, zatem może i dobrze robiłem. Boże kochany, żeby to w życiu choć jedna rzecz była prosta… – westchnął. – Jedno jest pewne, synu, jako naród dobijamy do brzegu. Na moje to w Polsce niedługo stanie się coś wielkiego. Jeszcze nie wiem, co to będzie, ale – słuchałem Wolnej Europy – niewykluczone, że socjalizm upadnie, że dojdzie do zmiany ustroju.
    – Co też ojciec opowiada, to niemożliwe!
    – „Solidarność” urosła w tak wielką siłę, że już nikt i nic jej nie zatrzyma – stwierdził   i opuścił pokój. 
    Do rozmowy powróciliśmy podczas niedzielnego obiadu.
    – Jakże byłem niedojrzały i naiwny, że dałem się tak otumanić – przyznałem. – Pojęcia nie mam, dlaczego dopiero teraz widzę, jakie to wszystko beznadziejne w tej partii, z sekretarzem zakładowym Komarowskim na czele, dyrektor zresztą nie lepszy. Jeden i drugi to tchórze, boją się wyjść ze swoich gabinetów, żeby porozmawiać z robotnikami, uspokoić ich, powiedzieć prawdę o fabryce.
    – Pociesz się, nie tylko ty byłeś ślepy i głuchy – usłyszałem od ojca. – Jak tylko zacząłeś studia, to, nie powiem, cieszyliśmy się z matką. Jednak wszystko, co działo się i  dzieje w kraju, z dnia na dzień coraz bardziej zniechęcało nas do twoich towarzyszy. Czasem, przyznaję, myślałem nawet, że lepiej było pozostać ci technikiem niż bratać się z czerwonymi. Ale łatwo się mówi po niewczasie… Przecież to mnie się marzyło, żebyś został inżynierem, pierwszym w naszej rodzinie… Niełatwe to wszystko… W końcu przestałem się zadręczać, że taka a nie inna droga zaprowadziła cię na studia…
    – Wstydu wam ani sobie nie przyniosłem… – wtrąciłem. – Chociaż czasami przesadzałem z tak zwaną miłością do ojczyzny, do ustroju.
    – Od początku, jak tylko zapisałeś się do partii, patrzyłam na to ze strachem. Pewnie dlatego, że nigdy nie dawałam wiary tym z PZPR-u – niespodziewanie włączyła się matka. – Synu, teraz już mogę powiedzieć ci jeszcze coś innego, że niektórzy z bloku i z osiedla często nam dokuczali, gdy skądś się dowiedzieli, że jesteś na studiach dzięki partii. Wiesz, Sarwer to małe miasto, wszystko się tu rozniesie. Ciężko było wytrzymać, jak się ludzie podśmiewali, że ktoś bez jednej klepki chce zostać inżynierem…
    – Co za dziadostwo! – poniosło mnie. – Trzeba było nie przejmować się durniami!
    – Matka, daj spokój, nie chcę już o tym słuchać! – ostro zareagował ojciec. – Alfred, czasami, żeby spokojnie zasnąć, myślałem sobie tak: a niech chłopak się pnie wyżej, przecież nie każdy partyjniak musi być zły... No, starczy... Coś mi dziś słabo, muszę się położyć.
    
    Nazajutrz poprosiłem Komarowskiego o rozmowę. Przyjął mnie na stojąco i nie pytając, po co przyszedłem, wrzasnął:
    – Jak nadal będziesz węszyć i buntować ludzi przeciwko partii, to gorzko tego pożałujesz! Na początek zabierzemy ci mieszkanie!
    Zbaraniałem. Nie pojmowałem, o co mu chodzi. Próbowałem wyjaśnić, że nikogo nie buntuję, ale na niewiele się to zdało. Sekretarz odwrócił się do mnie plecami i kazał wyjść.
    Co takiego zrobiłem, żeby tak się zachowywał? – zastanawiałem się idąc korytarzem. Fakt, przypomniało mi się, ostatnio w rozmowach z robotnikami skrytykowałem co ważniejszych towarzyszy z fabryki. Zrobiłem to, ponieważ już od dłuższego czasu słyszałem i widziałem, że los zwykłych pracowników obchodzi ich tyle, co zeszłoroczny śnieg. Przyglądając się w ostatnim okresie kierownictwu uznałem, że zupełnie przestało panować nad zakładem i źle nim zarządzało. Koślewicz, jego zastępcy, także Komarowski i niemal cały aktyw partyjny wciąż wierzyli w cud, który z dnia na dzień miałby uzdrowić „Glebę”. W ich rozumieniu, jak niechcący usłyszałem, miałaby to być interwencja milicji i aresztowanie przeciwników ustroju. Wiedziałem, że jest to najgorsze i najbardziej ryzykowne rozwiązanie, dlatego od kilku dni rozmawiałem z robotnikami i tłumaczyłem im, najlepiej jak potrafiłem, przynajmniej niektóre przyczyny naszych problemów. Wspominałem o złym centralnym zarządzaniu, o złej kooperacji, a także o zbyt kosztownej produkcji naszych maszyn i urządzeń. Nie zawsze rozumieli, o czym mówię, ale doceniali to, co robiłem.
    I chyba dlatego, gdy na początku lutego 1989 roku doszło w fabryce do generalnego strajku, załoga zwróciła się do mnie, abym stanął na jego czele. To był szok, nie tylko dla mnie, ale dla całego kierownictwa! Koślewicz i Komarowski natychmiast kazali mi odmówić, ale się sprzeciwiłem. Jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mi, że powinienem być z tymi, z którymi przecież kilka lat temu pracowałem ramię w ramię.
    Robotnicy z głównego wydziału zrobili prowizoryczne podium. „Niech mówi inżynier Lejek! Niech mówi inżynier Lejek!” – wołało kilkudziesięciu mężczyzn. Nie patrząc na konsekwencje wskoczyłem na podest i prosząc o spokój zacząłem mówić o złym zarządzaniu „Glebą”. Wypowiedziałem może kilkanaście zdań, gdy nie wiadomo skąd wyrosło koło mnie kilku drabów w ciemnych płaszczach i kapeluszach, a na salę wpadło kilkudziesięciu milicjantów… Wykręcono mi ręce, ktoś pięścią uderzył w twarz… 
    Gdy odzyskałem świadomość, byłem w samochodzie w towarzystwie dwóch trzymających mnie pod ręce typów. – Ruszaj! – krzyknął któryś do kierowcy. Straszliwie bolała mnie głowa. Przerażony bałem się zapytać o cokolwiek. Patrzyłem przez niemal całkowicie zasłoniętą szybę i zastanawiałem się, dokąd mnie wiozą? Po kilkunastu minutach samochód zatrzymał się przed niewielkim, starym budynkiem, którego nigdy dotąd nie widziałem. Chwilę później znalazłem się w zimnym, ciasnym, słabo oświetlonym pomieszczeniu.
    – Towarzyszu Lejek, posiedzicie tu trochę, to może nabierzecie rozumu – usłyszałem. Spojrzałem w lewo i zobaczyłem niskiego, otyłego faceta. Siedział okrakiem na krześle. – Może zmądrzejecie! – powtórzył głośniej, wstał i trzasnąwszy drzwiami wyszedł.
    Dopiero po kilku godzinach, wymarznięty i głodny, zostałem brutalnie wyciągnięty z izby i zaprowadzony do pokoju, gdzie za biurkiem siedział nieznany mi, starszy mężczyzna. Jego tępa i przekrwiona twarz oraz małe, chytre oczka nie wróżyły niczego dobrego.
    – A oto i nasz niepokorny towarzysz, rewolucjonista Lejek! – zaczął i wskazał na krzesło, a gdy trzęsąc się z zimna usiadłem, uśmiechnął się gapowato, podszedł do mnie i wrzasnął: – Towarzyszu! Mam nadzieję, że już coś zrozumieliście, że coś do was dotarło! Nie myślcie sobie, że partia pozwoli, aby jej członek buntował przeciwko niej klasę robotniczą i stając na jej czele, chciał zwalczać socjalizm! Zostaliście zastępcą sekretarza! Daliśmy wam wykształcenie! Mieszkanie! Podwyżkę! A wy tak szybko o tym wszystkim zapomnieliście?! Zachciewa się wam rewolucji?! – odszedł i uderzył pięścią w stół. – Gadajcie mi tu zaraz, że zrozumieliście swój błąd i głęboko żałujecie!
    – Pan wybaczy, ale nie bardzo rozumiem… – odezwałem się spokojnie, chociaż cały się trząsłem, bardziej z zimna niż ze strachu.
    – Nie róbcie wariata z siebie i ze mnie! Nie wkurwiajcie mnie, bo możecie tego gorzko pożałować! Pytam ostatni raz, zrozumieliście swój błąd?! Żałujecie, że buntowaliście załogę?!
    – Jaki błąd? Nikogo nie buntowałem... Stanąłem na czele strajku… żeby wreszcie głośno powiedzieć o tym… co jest złe w fabryce, a nie po to, by wzniecać bunt…
    – Widzę, że dalej jesteście hardzi... Trudno, skoro nie chcecie się przyznać do błędu…– urwał i usiadł za biurkiem, a zapaliwszy papierosa dorzucił: – Niech inżynier teraz dobrze słucha. Na jakiś czas odizolujemy was od roboli, zamkniemy w szpitaliku... Nie mamy wyjścia. Partia musi być zdecydowana w walce z jej przeciwnikami! – wykrzyczał ostatnie zdanie i jak oparzony zerwał się z miejsca. – Tak, właśnie tak z wami zrobimy! Wpakujemy do psychiatryka, rzucimy między świry! Informuje was o tym szef sarwerowskiej bezpieki! Nie chcecie popierać władzy ludowej, która tyle wam dała, to nauczymy was moresu! Możecie być pewni, że jak wyjdziecie z wariatkowa, to już nie będziecie tym samym Alfredem Lejkiem! Już tam zaopiekują się wami! Już my poprosimy towarzyszy lekarzy, aby inżynierem zajęli się szczególnie! Tak was nafaszerują prochami, że każdego dnia będziecie chodzić jak pijany! Zrobią wam taką wodę z mózgu, że zapomnicie, jak się nazywacie! Życiorys też, towarzyszu, będziecie mieli zasrany na zawsze! A na koniec wystawi się wam papiery… w odpowiednim kolorze… cha! cha! cha!  
    – Nie macie prawa zamykać mnie w zakładzie! – zaprotestowałem i uszczypnąłem się w policzek, by się przekonać, że nie śnię.
    – Co wy mi tu… wykolejony towarzyszu! My mamy prawo do wszystkiego! To my jesteśmy prawem! – bezczelnie rzucił mi w twarz szef bezpieki i aż się opluł ze złości. Po chwili jednak uśmiechnął się nienaturalnie i rzekł ciszej: – Żebyście jednak, Lejek, nie myśleli, że nie mam serca, to dam wam jeszcze jedną szansę... Po tym wszystkim, co wam powiedziałem, wrócicie do izolatki i zastanowicie się nad sobą, nad waszą antysocjalistyczną  postawą. Może w końcu pójdziecie po rozum do głowy… Szkoda waszego życia. Jeszcze wszystko możecie odmienić… Dam wam pół godziny. Ufam, że się opamiętacie i dalej będziecie iść z nami w jednym szeregu, w przeciwnym razie… będzie po was! – zakończył groźnie i wezwał funkcjonariuszy. – Zaprowadzić do izolatki!
    Jasny gwint, co ja takiego zrobiłem, żeby tak mnie traktować? Jak mogli mnie zamknąć i grozić psychiatrykiem? – rozmyślałem chodząc po izbie i wymachując rękoma, gdyż zimno dawało się we znaki. Czego chce ode mnie bezpieka? O nie, nie ich doczekanie, abym przyznał się do czegoś, czego nie zrobiłem, obiecałem sobie w duchu. Nie zastraszą mnie gnojki, nie zabronią mówić prawdy. Nagle pomyślałem o ojcu, że miał rację, gdy mówił źle o towarzyszach. Usiadłem na metalowej pryczy, spojrzałem na zegarek, został mi kwadrans. Po chwili podszedłem do drzwi i kopnąwszy w nie krzyknąłem: – Kanalie! Możecie ze mną zrobić, co chcecie! Zdania nie zmienię! Trzeba skończyć z okłamywaniem ludzi! – Za moment do pomieszczenia wpadło dwóch drabów. Chwycili mnie za ręce i włosy i wywlekli na korytarz. Kątem oka dostrzegłem szefa służby bezpieczeństwa. – Do samochodu z nim i wieźć do czubów! – krzyknął.
 
    W zakładzie psychiatrycznym w Derborowie trzymano mnie ponad dwa miesiące.
    Od pierwszej chwili, zanim jeszcze zostałem umieszczony w czteroosobowej sali bloku „C”, zrozumiałem, że czeka mnie piekło. Tuż po ostrzyżeniu i kąpieli, przebrany w przydużą piżamę, zostałem uderzony w twarz przez wysokiego i tęgiego pielęgniarza. – Pierwszy raz mam towarzysza, któremu nie podoba się Polska Ludowa! – zawołał i roześmiał się.
    Następnego dnia, po koszmarnej nocy (moi współtowarzysze chodzili po izbie, kłócili się, gadali sami do siebie), zaprowadzony zostałem do niewielkiej sali, gdzie przy długim stole siedziało dwóch mężczyzn w przedemerytalnym wieku. Ubrani byli na biało. Domyśliłem się, że to lekarze. Jeden z nich, łysy i krępej budowy, badał mnie przez kilkanaście minut. Następnie zajął się mną drugi, szczuplejszy, szpakowaty i z kozią bródką. Zaczął zarzucać mnie pytaniami, najczęściej tak idiotycznymi, że nie miałem wątpliwości, iż mam do czynienia z durniem najwyższego formatu. Pytał dosłownie o wszystko, od daty urodzin po… ilość kontaktów seksualnych. „Egzamin” dotyczył też Pisma Świętego (z ilu składa się Ewangelii, czy wiem, o czym jest Księga Hioba) oraz budowy… silnika odrzutowego. Padło także pytanie, w jakim czasie woda wypłynie ze zbiornika o pojemności jednego kilometra sześciennego, jeśli w ciągu sekundy ubywać będzie litr? Nie udzieliłem żadnej odpowiedzi, co rozwścieczyło lekarza. W końcu, gdy kazał podać datę i miejsce urodzenia Lenina, nie wytrzymałem i rzuciłem się na niego. Natychmiast jednak zostałem obezwładniony przez sanitariuszy. Przyodziany w kaftan bezpieczeństwa, znowu stanąłem przed typami.
    – Ty narwany chuju! – prosto w twarz krzyknął mi ten łysy. – To my do ciebie grzecznie, jak do każdego głupka, a ty z pięściami na psychiatrę?! Spróbuj teraz! Do izolatki  z nim!
    – Skurwysyny, jeszcze się spotkamy! – krzyknąłem ciągnięty do drzwi.
    – Takiego chuja! – krzyknął psychiatra i podbiegłszy uderzył mnie w brzuch. – Jebnięty jesteś od zawsze! Wszystko o tobie wiemy! Z Derborowa wyjdziesz nogami do przodu! Sanitariusz, wpakować gnoja na tydzień do izolatki!
    Z ciasnego i zimnego pomieszczenia wychodziłem jedynie na codzienny dziesięciominutowy spacer po niewielkim placu otoczonym wysokim murem. Przez całe dnie faszerowano mnie tabletkami, pojono na siłę jakimś śmierdzącym lekarstwem, a gdy próbowałem je wypluć, sanitariusz uderzał mnie pałką w plecy i groził, że jeśli jeszcze raz  tak zrobię, będę miał lodowaty prysznic. Przebywając w odosobnieniu, straciłem poczucie czasu, nie wiedziałem, jaki jest dzień ani jak długo jestem już w szpitalu. Raz i drugi w krótkiej rozmowie z dość miłym, młodym lekarzem dyżurującym poprosiłem go dyskretnie, aby umożliwił mi kontakt z rodzicami.
    – Na razie to niemożliwe. Nie wykluczam jednak, że może z czasem da się coś załatwić – szepnął mi na osobności.
    Byłem u kresu wytrzymałości. Zacząłem myśleć o samobójstwie, ale szybko doszedłem do wniosku, że to zły pomysł: byłby przecież na rękę moim przeciwnikom.
   
     – Towarzyszu Lejek, chyba jesteście urodzeni w czepku! – usłyszałem któregoś dnia na korytarzu i wstałem z podłogi (w izolatce była jedynie szeroka deska przymocowana do ściany, którą na noc opuszczano, to było moje łóżko). Otworzyły się drzwi. – Wychodzimy, przyjechali twoi rodzice! – poinformował pielęgniarz.
    – Moi… rodzice? – zdziwiłem się, z trudem powstrzymując wzruszenie.
    – Matka i ojciec.
    Za chwilę w towarzystwie łysego doktora i dwóch sanitariuszy podreptałem na drugą część bloku. Ze szczęścia, że ujrzę rodziców, łzy popłynęły mi po twarzy. Zatrzymaliśmy się. Jeden z drabów otworzył metalowe drzwi i wepchnął mnie do środka. Przed sobą zobaczyłem siedzących na taboretach dwoje golutkich staruszków. Widok był przerażający!
    – To nie moi rodzice! – zawołałem odwracając się do drzwi.
    – Patrzcie go, to nie jego mamusia i tatuś! – szydził lekarz. – Dobrze się przyjrzyj, może to jednak oni!
    – Wy skurwysyny, jak możecie robić coś tak podłego?! 
    – Widać możemy! Jak to nie twoi starzy, to czyi?! – drwił dalej łysy. 
    – Nie wiem… – odpowiedziałem patrząc przez moment na otępiałych, wystraszonych starców. – Bydlaki, Bóg was za to ukarze! – rzuciłem w stronę zwyrodnialców.
    – Ciebie już ukarał, bo zabrał ci rozum! – kpił medyk. – Chłopaki, skoro ten debil nie poznaje rodziców, to zabierzcie go do izolatki!
   
    Dni mijały. Mimo ponawianych próśb, nie udało mi się skontaktować z rodzicami.
    – Jeśli nic się nie zmieni, jutro was wypiszemy – usłyszałem któregoś popołudnia od ordynatora, od którego śmierdziało wódką. – Swoje odpokutowaliście, będziecie mogli wrócić do świata normalnych…  
    – Mnie już wszystko jedno… wyjdę czy nie wyjdę… – z trudem cedziłem słowa. – Zniszczyliście mi resztę zdrowia… jestem wrakiem… jak mogliście tak ze mną postępować? Przecież nie jestem wariatem.
    – To wy tak uważacie. Nie tragizujcie, inżynierze, wrócicie do domu i jakoś wszystko powoli się poukłada – pocieszał zapalając papierosa i ironicznie się uśmiechając. – Mieliśmy wypisać obywatela prędzej, ale gdzieś wyżej wstrzymano wcześniejszą decyzję. Wszelkie dokumenty prześlemy pocztą.
   
    Derborowo opuściłem w połowie kwietnia. Przyjechał po mnie ojciec z sąsiadem, który miał syrenkę. Gdy tylko wsiedliśmy do samochodu, tata objął mnie i powiedział:
    – Nie spocznę, dopóty ta czerwona, komunistyczna banda nie zostanie rozpierdolona! Nie spocznę, dopóty nie staną przed sądem ci, którzy zamknęli cię w domu wariatów!
    – Ojciec, sam sobie z nimi poradzę…
   
    Przez kilka dni leżałem w łóżku pod troskliwą opieką matki. Ojciec, gdy tylko zauważył, że odzyskałem nieco siły, opowiedział, co działo się w kraju. Na koniec dodał: – Coraz bardziej zanosi się na to, że towarzysze oddadzą władzę „Solidarności”. Zobaczysz, niedługo doczekamy wolnej Polski. Pomaga nam Ameryka, wiele dobrego dla ojczyzny robi nasz papież.
    Opowiadał również o swoich staraniach, aby jak najszybciej wyciągnąć mnie z zakładu psychiatrycznego. Niestety, Koślewicz i Komarowski zamykali przed nim drzwi. Nie pomagały interwencje w Komitecie Miejskim u Patałacha, który w kółko powtarzał, że ta sprawa przerasta jego kompetencje.
    Pobyt w Derborowie zniszczył moje zdrowie psychiczne i fizyczne. Schudłem prawie piętnaście kilogramów. Dodatkowym nieszczęściem było to, że dyscyplinarnie zwolniono mnie z pracy, w trybie natychmiastowym. Rodzice, z oczywistych powodów, przez ponad tydzień wahali się, czy mi o tym powiedzieć. Odebrano mi też mieszkanie służbowe, którego – na szczęście – nie zdążyłem urządzić. Pracodawca zapłacił mi jedynie za ostatni okres zatrudnienia oraz za czas pobytu w zakładzie. Pieniądze przesłano pocztą.
    Przygnębiony sytuacją, popadałem w coraz większą depresję. Jakby tego było mało, przypomniałem sobie o „żółtych papierach”, które miałem mieć wystawione.
    Gdy któregoś dnia poczułem się nieco lepiej, co było niewątpliwą zasługą matczynej opieki, do mojej świadomości dotarło, że przez bliżej nieokreślony czas zdany będę na łaskę rodziców, którzy – jak zdążyłem się zorientować – z coraz większym trudem wiązali koniec  z końcem. Niemal każdego dnia narzekali też na brak podstawowych artykułów w sklepach i na nieustannie rosnące ceny.
    – Nie dość, że pieniądze są coraz mniej warte, to ci zasrani towarzysze z gazowni każą się cieszyć takim jak ja, znaczy niepartyjnym, że mamy jeszcze pracę – któregoś wieczora w kuchni rzekł ojciec do matki.
    – Machnij ręką na tych szatanów, najważniejsze, żebyś nie stracił roboty. I mów trochę ciszej, nie chcę, żeby Alfred słyszał takie rzeczy.
   
    Przez kilkanaście kolejnych dni nadal nie wychodziłem z mieszkania. Wychudzony, wstydziłem się pokazać ludziom na oczy.
    – Alfred, nie uwierzysz, ale niektórzy z naszego i z sąsiednich bloków, szczególnie starsi, zaczepiają mnie i pytają, kiedy cię wreszcie zobaczą? – któregoś dnia odezwał się ojciec. Spojrzałem na niego zaskoczony. Uśmiechnął się i dodał: – Tylko przypadkiem nie myśl, że raptem stałeś się dla nich ważny, że martwią się o ciebie. Nic bardziej mylnego. Tym fałszywcom chodzi o coś zupełnie innego… Chcą na własne oczy zobaczyć prawdziwego w a r i a t a. I to jest jedyny powód, dla którego pytają o ciebie.
    – Tak też i myślałem...
    – Miałem ci czegoś nie mówić, ale skoro tak spokojnie przyjąłeś to, co powiedziałem przed chwilą… Synu, wczoraj ktoś złośliwie na parterze powiesił kartkę z napisem: „Serdecznie witamy inżyniera-wariata”. Żeby temu komuś ręka uschła. Chyba się domyślam, kto to zrobił… ten pijanica Drzyciwirski. Zawsze coś do nas miał...
    – Ojciec, daj spokój… Szkoda twoich i moich nerwów. Najważniejsze, żebym się jak najszybciej pozbierał... Nie mogę być wam kulą u nogi.
    – Nie jesteś. Jakoś sobie damy radę… – niemal szepnął i wyszedł z pokoju. 



Stanisław Raginiak

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.

 Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.



komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

10 Października 2011, godz: 16:49

Wybory parlamentarne 2011


Wyniki wyborów w Gmina Łukta:

 

frekwencja 31,39 %

PIS - 14,03 %
PJN - 1,89 %
SLD - 5,07 %
RP - 15,92 %
PSL - 16,12 %
"Sierpień 80" - 0,70 %
PO - 45,57 %
"
Nasz Dom" - 0,70 %

 

źród


komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

3 Października 2011, godz: 08:58

Ćwokowampiria - fragment 3


III

    Od września, pracując w zakładzie elektryczno-budowlanym, rozpocząłem naukę w trzyletnim technikum mechanicznym, kierunek: maszyny rolnicze. Szkołę ukończyłem w 1980 roku.
    Jako działacz Związku Młodzieży Socjalistycznej przez trzy lata zapracowałem sobie na dobrą opinię u towarzysza Damazego Ciuliszkiewicza, jednego z ważniejszych lokalnych partyjniaków, notabene zastępcy Ildefonsa Patałacha, sekretarza Komitetu Miejskiego.
    Zgodnie z sugestią Ciuliszkiewicza, zaraz po maturze zwolniłem się z zakładu i przy jego poparciu podjąłem pracę w Fabryce Maszyn Rolniczych „Gleba”, której dyrektorem był January Koślewicz.
    W zakładzie pojawiłem się w trudnym dla niego okresie. Kraj od kilku lat pogrążał  się w kryzysie gospodarczym i politycznym. Brakowało surowców do produkcji maszyn, załamał się eksport. Robotnikom zaczęto obniżać zarobki, wielu zwolniono w wyniku redukcji etatów.
     W domu, głównie z ojcem, zastanawialiśmy się, co dalej będzie z Polską? Jego zakład gazowniczy też miał problemy, może nie aż takie jak mój, ale – jak mówił – „załoga czuła się tak, jakby siedziała na beczce prochu”.
    Z dnia na dzień zacząłem baczniej przyglądać się sytuacji w kraju i szybko zrozumiałem, że socjalizm w obecnym wydaniu nie ma szans na przetrwanie.
    Z ojcem przegadaliśmy na ten temat niejeden wieczór, a czasem nawet jeszcze po północy w naszym pokoju paliło się światło. Mówił głównie on. Z wielu ważnych zdań, jakie wtedy wypowiedział, jedno szczególnie utkwiło mi w pamięci: – Na moje to ten ustrój niedługo upadnie. Stanie się coś, w co dziś jeszcze prawie nikt nie wierzy. Synu, zobaczysz, że doczekamy się prawdziwej wolności.

    Kilka tygodni później, w iście ekspresowym tempie zostałem w zakładzie członkiem Podstawowej Organizacji Partyjnej, której przewodził Ignacy Komarowski. Był lipiec 1980 roku, rząd wprowadził podwyżki cen wędlin i mięsa, w efekcie czego w kilku miastach wybuchły strajki załóg zakładów wędliniarskich. W sierpniu do strajkujących dołączyli pracownicy Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Nie trzeba było długo czekać na dalsze protesty w całej Polsce.
    Wszystko to mnie przerażało. Po długim okresie w miarę normalnego samopoczucia znowu źle spałem, nieustannie bolała mnie głowa, wróciło lunatykowanie. Wyczuwałem, że moja choroba wynika z narastającego, bliżej nieokreślonego lęku. Widząc, co dzieje się w fabryce, zdecydowałem się pójść do leczącego mnie od lat psychiatry i poprosić o zwolnienie. Dostałem trzy tygodnie.
    Ojciec niemal codziennie przemycał do domu nielegalnie wydawane gazetki i broszury. Nigdy nie powiedział, skąd je ma. To z nich dowiadywałem się o tym, co dzieje się w kraju. Jedną z pierwszych informacji była ta, że w Gdańsku powstał Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. Na jego czele stanął Lech Wałęsa. Podobne komitety zostały utworzone w Jastrzębiu i Szczecinie.
    31 sierpnia, gdy byłem już w pracy, wicepremier Mieczysław Jagielski podpisał z Lechem Wałęsą porozumienie dotyczące przedstawionych postulatów. Na jego mocy Międzyzakładowy Komitet Strajkowy przekształcił się w Międzyzakładowe Komitety Założycielskie. Utworzyły one 17 września 1980 roku w Gdańsku Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność”. W ciągu roku liczba jego członków sięgnęła ponad 8 milionów. Możliwa stała się zmiana systemu politycznego w drodze demokratycznych przemian. Odwołano z zajmowanego stanowiska Edwarda Gierka. Na pierwszego sekretarza Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej mianowano Stanisława Kanię, zaś premierem nowego rządu i ministrem obrony narodowej został generał Wojciech Jaruzelski. Kierownictwo partii miało nadzieje, że przez zmianę sekretarza i wprowadzenie pozornych reform w aparacie władzy opanuje sytuację w kraju. W Komitecie Centralnym – jak wyczytałem w przemycanych przez ojca broszurach – istniał jednak podział na tych, którzy chcieli likwidacji „Solidarności” i tych, którzy stawiali na współpracę z tym związkiem. Ogromy wpływ na działania partii wywarł ZSRR. Jego przywódca Leonid Breżniew oraz szefowie pozostałych krajów socjalistycznych skłaniali się do użycia siły w Polsce. Chciano przeprowadzić nad granicą manewr wojskowy „Sojusz 81”.
    I Zjazd „Solidarności” odbył się we wrześniu 1981 roku w Gdańsku. Uczestnicy podzielili się na dążących do współpracy z władzą i radykalnych – tych, którzy nie wierzyli już partii. Uchwalono apel do robotników innych krajów „demokracji ludowej”, co spowodowało silny sprzeciw rządów tych państw, wzmogło presję PZPR i ograniczyło działalność „Solidarności”.
    W październiku zwołano nadzwyczajne plenum Komitetu Centralnego PZPR, na którym generał Jaruzelski został mianowany pierwszym sekretarzem partii. Od tego momentu miał w swych rękach całą władzę w kraju.
    W tym czasie również Kościół polski przeżywał bardzo trudny okres po zamachu na papieża i śmierci kardynała Wyszyńskiego.
    W sklepach brakowało towarów pierwszej potrzeby, ale rządzących niewiele to obchodziło.
    Władze komunistyczne, nie mogąc sobie poradzić z narastającymi protestami i ogromem problemów, dla obrony swych interesów zdecydowały się w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku wprowadzić stan wojenny. Tej nocy nastąpiły aresztowania przywódców „Solidarności”, a także osób związanych z opozycją. Wojsko zablokowało drogi do miast, przerwano wszystkie połączenia telefoniczne i teleksowe. Zamknięto przejścia graniczne, porty i lotniska.
    Władzę w Polsce przejęła Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego. Wszystkie kluczowe punkty w kraju obsadzone zostały przez ZOMO, Milicję Obywatelską, wojsko i funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. Na ulice wyjechały czołgi i transportery opancerzone. Obowiązywała godzina policyjna od 22.00 do 6.00 rano. Na opuszczenie swojej miejscowości trzeba było mieć zgodę (wydawano specjalne przepustki), zamknięto szkoły i uniwersytety, wprowadzono cenzurę w mass mediach, zdelegalizowano związki zawodowe, zawieszono działanie wszystkich organizacji społecznych i politycznych, oprócz PZPR, ZSL, SD i Pax.
    Po ogłoszeniu stanu wojennego w zakładach pracy rozpoczęły się strajki okupacyjne. Do stłumienia buntów władza użyła siły. Na ulice miast wyszły oddziały milicyjne z ostrą amunicją.
    16 grudnia w kopalni „Wujek” w Katowicach pluton specjalny ZOMO zabił dziewięciu strajkujących, a wielu ranił.
    NSZZ „Solidarność” została rozbita.

    Czas biegł szybko. Jako młodemu partyjniakowi było mi wstyd, że stałem po tej stronie barykady, gdzie coraz częściej leciały kamienie rzucane rękami robotników.
    Żyjąc w nieustannym napięciu, niemal każdego dnia rozmawialiśmy z ojcem o tym, co dalej będzie z naszą ojczyzną? Tata był pewien, że dojdzie do narodowego nieszczęścia. Nie bardzo rozumiałem, co miał na myśli.
    – Powiem krótko – odezwał się kiedyś wieczorem – jak w nasze sprawy wmiesza się Związek Radziecki, to będzie tragiczna powtórka tego, co działo się na Węgrzech i w  Czechosłowacji – widząc moją zdziwioną minę dodał: – Nie wiesz, o czym mówię, tak? Chłopaku, czego oni was uczyli w tej szkole?! Kłamstw was uczyli, komuniści przeklęci! – krzyknął, ale zaraz ucichł. Spojrzał na drzwi. – Ruskie napadli na jednych i drugich, kiedyś ci o tym opowiem. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że jak ruszą i na nas, to my ruszymy na nich i krew się poleje. A Ameryka wypnie się na Polskę. Alfred, dla własnego bezpieczeństwa, oddaj czerwoną legitymację! – znowu podniósł głos, aż matka musiała go uciszyć.
    – Józef, opanuj się. Chyba nie chcesz, żeby cię zamknęli? – przestrzegła.
    – A niech przychodzą i zamykają, mam to w nosie – mówił zaciągając się papierosem. – Robotnicy i beze mnie zrobią porządek w kraju. Na początek powieszą paru zatwardziałych partyjniaków… Dalej tak być nie może!
     Przerażało mnie to, co usłyszałem. Może i oddałbym legitymację, ale nie do końca podzielałem zdanie ojca. Żeby jednak niepotrzebnie go nie denerwować, powiedziałem, że zastanowię się nad dalszą przynależnością do partii. Pojęcia nie miałem dlaczego, ale wciąż jeszcze wierzyłem w uczciwość, patriotyzm i słuszne intencje towarzyszy z Warszawy.
   
    Nie mogłem jednak nazajutrz porozmawiać z towarzyszami w fabryce, ponieważ po dłuższym okresie nie najgorszego samopoczucia znowu zaczął się problem z moją psychiką. Z rana wybrałem się do psychiatry. Ciągle miałem mu za złe, że nie potrafił wytłumaczyć przyczyny moich okresowych depresji. Za każdym razem, gdy opuszczałem gabinet, zadawałem mu to samo pytanie:
    – Kiedy pan mnie wreszcie wyleczy?
    – Z taką chorobą niełatwo sobie poradzić, to nie wyrostek robaczkowy – odpowiadał nerwowo. – Psychozy wciąż są zagadką dla medycyny. Twoje zaburzenia, wahania charakteru albo mówiąc ogólnie osobowości, mają niewątpliwie swe źródło w dzieciństwie. Nie mogę nie wspomnieć o twoich młodzieńczych zabawach seksualnych, o których wielokrotnie opowiadałeś. Na dobre ci to nie wyszło. Możliwe, że nadal to robisz. – Aż się wzdrygnąłem, bo miał rację. – Lejek, jeśli tak jest, to weź się ostro za siebie, popracuj nad sobą. Seksualne imaginacje mogą całkowicie rozregulować twoją psychikę. Robię, co mogę, ale w tym wszystkim dużo zależy od ciebie. – Łatwo ci się mówi, fachowcu zakichany, pomyślałem. Lekarz tradycyjnie na koniec poczęstował mnie papierosem i wyrecytował znaną mi na pamięć formułkę: – Nie niszcz bardziej psychiki, pomyśl o uprawianiu sportu, graj w piłkę, kładź się do łóżka zmęczony. Nie bierz do rąk zdjęć nagich babek, w telewizji nie oglądaj scen miłosnych i jak najszybciej rozejrzyj się za dziewczyną…
    – … ona wyleczy cię ze wszystkiego – dokończyłem za niego.
    – Dokładnie tak. Skąd to wiesz? – udawał głupiego, zawsze parskając przy tym śmiechem i podając mi wcześniej wypisane zwolnienie.
    Podczas kolejnej wizyty, gdy wręczył mi druk L-4 i zaczął mnie żegnać wyświechtaną radą, nie wytrzymałem. Chwyciłem za popielniczkę i już miałem rzucić w konowała, gdy zniknął mi z oczu. – Gdzieś się schował, nieudaczniku?! – zawołałem.
    – A kuku, tu jestem!
    Spojrzałem w prawo, stał za szafą i celował we mnie z… pistoletu!
    – Wynocha albo zastrzelę!
    Przerażony rzuciłem się do ucieczki.
    Nazajutrz specjalista odwiedził mnie w domu, przeprosił za głupie zachowanie, później otworzył torbę, wyjął pistolet.
    – To zwykły korkowiec, noszę go już z dziesięć lat, sam nie wiem po co? – wyznał i położył na stole kilka banknotów. – Weź, kup sobie coś. Proszę jednak, abyś nikomu nie mówił o tym, co wczoraj zaszło w gabinecie.
    Sięgnąłem po pieniądze. – Ma się rozumieć... 

    Do pracy wróciłem w połowie stycznia 1982 roku. W kraju i mojej fabryce działo się coraz gorzej. W domu też panowała wisielcza atmosfera, gdyż ojcu groziło zwolnienie z pracy. Jakby tego było mało, na początku lutego pojawiły się u mnie początki paranoi.
    – Miejmy nadzieję, że to chwilowe – pocieszył mnie psychiatra i przepisał całą masę tabletek.
    Mój stan psychiczny powodował, że w pracy i w domu wymyślałem najróżniejsze historie i opowiadałem je z takim przekonaniem, iż często brano je za prawdziwe. Najoryginalniejsza dotyczyła wyjazdu na… Kubę.
    – Mamo, tato, wasz syn wyjeżdża za granicę, na Kubę! Wysyła mnie tam partia – oświadczyłem któregoś popołudnia i dla podkreślenia wagi moich słów wyjąłem legitymację i głośno ją pocałowałem.
    – Synu, już nam opowiadałeś różne dziwne rzeczy, ale ta przerasta wszystkie. Coraz gorzej z tobą… – pierwsza odezwała się matka. – Tyle pieniędzy wydaliśmy już na twoje leczenie, ten psychiatra złupił nas do cna, a poprawy jak nie było, tak nie ma – utyskiwała.
    Ojciec chwilę mi się przyglądał, w końcu rzekł: – A ja myślałem, że już się wypisałeś z tej czerwonej bandy.
    – Uważaj, co mówisz, za takie słowa możesz zostać aresztowany! – odparłem zdecydowanie.
    – Matko Boska, własnemu ojcu grozi! Całkiem mu rozum odebrało! – rozpaczała mama.
    Jej łzy wyrwały mnie z jakiegoś dziwnego otępienia. Powiedziałem pospiesznie: – Jak partia każe, to muszę jechać – kontynuowałem nie pojmując, dlaczego mówię takie rzeczy. – Niedługo wyjadę, będziecie mieli święty spokój… W Hawanie czekają na mnie kubańscy towarzysze, razem będziemy budować socjalizm.
    Matka przeżegnała się kilka razy, ojciec natomiast nalał sobie pół szklanki wódki i wypił jednym haustem. – Trzeba będzie… porozmawiać z tym twoim znachorem… przecież ty już nie wiesz… co mówisz – wycedził z trudem i jak zwykle sięgnął po papierosa.
    Nagle jakby coś dotarło do mojej świadomości. – Mamo, tato… tak mi przykro, że czasami nie wiem, co się ze mną dzieje… Bywają chwile, że wszystko mi się plącze… – zakończyłem i pobiegłem do pokoju.
    Następnego dnia, kiedy wróciłem z pracy, w której – jak zresztą większość zatrudnionych – spędzałem czas na chodzeniu z kąta w kąt, ponieważ produkcja stała, ojciec niespodziewanie zapytał:
    – Synu, jak to możliwe, że wciąż trzymają cię w fabryce, zamiast skierować na komisję lekarską, która – moim zdaniem – na pewno przyzna ci rentę?
    Odpowiedziałem, że też jestem zdziwiony tym faktem, tym bardziej, że właściwie nie ma dnia, żebym się czymś nie p o p i s a ł.
    Na szczęście po paru dniach stan mojej psychiki poprawił się. Stało się tak na pewno dlatego, że sytuacja w fabryce polepszyła się, dostaliśmy surowce do produkcji. Wróciłem do domu spokojniejszy, co od razu zauważyli rodzice. Przy obiedzie wyjaśniłem im przyczynę dobrego samopoczucia.
    Nazajutrz nie omieszkałem powiadomić o tym psychiatrę, który kazał o połowę zmniejszyć dzienną dawkę leków.
    Rodzice wreszcie odetchnęli, w domu zapanowała lepsza atmosfera. Wszystkim nam sił dodał też fakt, że ojca – przynajmniej na razie – nie zwolnią z zakładu. Czułem się lepiej i powoli zacząłem sobie też radzić z moim wstydliwym nałogiem. Za radą psychiatry unikałem gazet, w których mogłem natrafić na roznegliżowane zdjęcie kobiety. Jeśli natomiast chodzi o telewizję, to tu akurat nie musiałem specjalnie mieć się na baczności, bowiem wieczorny program wypełniały głównie filmy radzieckie, a w nich nigdy nie pokazywano rozebranej aktorki.
    Jednak po kilkunastu dniach, w sobotę, znowu nie wytrzymałem. Wszystko przez przypadkowe wspomnienie, w którym po długim czasie pojawiła się Iga. Oczywiście ta ze snu.
    W niedzielę od samego rana czułem do siebie taką nienawiść i wstręt, że postanowiłem, po latach przerwy, pójść do spowiedzi. Gdy na koniec wyznałem najcięższy grzech, ksiądz tak energicznie odwrócił głowę w moją stronę, że aż się wystraszyłem. Mało tego, przykleił twarz do podziurkowanej ścianki, niewątpliwie chciał mnie rozpoznać. Natychmiast lekko się odsunąłem, spuściłem głowę. Czekając na słowa wielebnego, słyszałem bicie własnego serca. Przeciągająca się cisza działała mi na nerwy. Czemu nic nie mówi? Już miałem wstać i odejść, gdy usłyszałem:
    – Ile masz lat?
    – Prawie dwadzieścia trzy... – ostrożnie uniosłem głowę. 
    – W tym wieku… to jakby normalne… ale bardzo grzeszne – mówił z przerwami, ale za to głośno i oderwał twarz od ścianki, patrzył przed siebie. Obawiając się, że ktoś stojący przed konfesjonałem usłyszy, z czego się spowiadam, poprosiłem, by mówił ciszej. – Ja ci dam ciszej, grzeszniku! – zirytował się. – Powinienem wyciągnąć cię na środek kościoła i pokazać wszystkim, jaki to z ciebie chrześcijanin. Zostawmy to… Żebyś mi tego od dziś nie robił! Pan Bóg przecież wszystko widzi. Nie wstyd ci?
    – Wstyd… i to nawet bardzo… – wyznałem ze skruchą. – Przyszedłem do spowiedzi, bo nie chcę już więcej tego robić…
    – To dobrze, że tak mówisz. Widać, że jeszcze do końca szatan cię nie opętał, że twoja dusza nie całkiem stracona. Młodzieńcze, musisz żarliwie się modlić. Tylko wówczas opuści cię nie tylko sam grzech, ale nawet grzeszne myśli. Te rzeczy można robić tylko po ślubie, z żoną – urwał i chrząknął. – Może czas się ożenić? Pamiętaj, że Pan Bóg błogosławi każdemu małżeństwu, które przepełnione miłością miłuje się w łóżku. I zawsze będzie błogosławił owoc ich miłości. W twoim wieku już wypada mieć żonę…
    – Jakoś dotąd żadna mnie nie chce… – wtrąciłem z zażenowaniem. – Brzydki jestem, nieśmiały, ze zdrowiem też nie najlepiej…
    – Posłuchaj, grzeszniku, a jak robisz to pod pierzyną albo w innym miejscu, to śmiałości ci nie brakuje? – spytał arogancko.
     – Jakoś nie…
    – Powiedziałem, módl się gorliwie, a Opatrzność ci pomoże. I szukaj kobiety, która zostanie twoją żoną.
    – Proszę księdza, będę się starał, ale co mam zrobić, jak znowu mnie… 
    – Odrzucaj od siebie szatańską pokusę. Gdy cię weźmie, módl się wtedy, proś Pana Boga o pomoc… – wtrącił spowiednik.
    – A jak to nie pomoże?
    – Jest jeden stary, wypróbowany sposób… Posłuchaj uważnie – odwrócił głowę w moją stronę, poczułem jego oddech – jak cię znowu najdzie ta pokusa, zwiąż sobie ręce, najlepiej  z tyłu… – przerwał nieoczekiwanie, chrząknął raz i drugi. Nie wierzyłem własnym uszom. Chyba sobie kpi ze mnie. – Wiem, że to trudne, ale może sobie poradzisz. A jak nie, to poproś kogoś, komu możesz zaufać, bo ktoś przypadkowy może cię wziąć za… no wiesz…
    – Za wariata – dodałem.
    – Można to i tak określić. Za pokutę, przez miesiąc odmawiaj Litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Teraz bij się w piersi…
    Co za osioł z tego księdza, powtarzałem w kółko w drodze do domu, mam sobie wiązać ręce! Chyba jego o to poproszę!
    Wieczorem odmówiłem pokutę. Ale na niewiele to się zdało, ponieważ jakieś pół godziny przed snem ogarnęła mnie pokusa. Przyczyna była zgoła prozaiczna.
    Przechodziłem akurat z łazienki do swego pokoju, gdy usłyszałem jak ojciec powiedział do matki: – Zapamiętaj, prawda jest naga.
    Słowo naga wystarczyło, żebym puścił wodze wyobraźni. Przed oczyma stanęło mi zdjęcie rozebranej babki, które wczoraj zauważyłem na stoliku kierownika. Siedząc na łóżku wiedziałem, że już się nie uwolnię od pokusy. Raptem przypomniałem sobie wielebnego i jego radę, wyciągnąłem pasek ze spodni, wpadałem do kuchni i prostując ręce zawołałem:
    – Tato, wiąż, wiąż mi ręce!
    – Alfred, znowu cię napadło?! – krzyknął. – Dlaczego mam to robić?!
    Widząc, że nic z nim nie wskóram, podszedłem do matki.
    – Natychmiast zwiąż mi ręce!
    Wbiła we mnie wzrok i załamawszy ręce przyklęknęła. – Jezuniu kochany, stało się! Już po Alfredzie! – i rozpłakała tak głośno, że na pewno było ją słychać na całej klatce schodowej.
    Przerażony chwyciłem kurtkę, włożyłem buty i wybiegłem z bloku, a stąd do pobliskiego lasku. Wycieńczony, usiadłem pod drzewem i zacząłem szlochać. Gdy się wreszcie uspokoiłem, pomyślałem o moim zachowaniu. Nie miałem najmniejszych wątpliwości, że moja choroba pogłębiała się.
    Wróciłem do domu, rodzice nadal siedzieli w kuchni. Przeprosiłem ich. Obiecałem, że jutro pójdę do psychiatry i opowiem o wszystkim. 
    Będąc już w łóżku, długo wpatrywałem się w sufit rozjaśniony słabym światłem przyblokowej latarni. Myślałem o jednym, że nie na darmo kiedyś w szkole, a teraz w „Glebie” mówiło się za moimi plecami, że ze mną coś nie tak. Wszyscy na pewno mają mnie za durnia, tylko nikt nie mówi mi tego w oczy. Nagle zacząłem się zastanawiać, dlaczego przy tylu zwolnieniach lekarskich i moim konfliktowym charakterze dotąd mnie nie zwolniono? Hm, pewnie dlatego, wykoncypowałem, że w ciągu kilku ostatnich miesięcy zgłosiłem najwięcej wniosków racjonalizatorskich, które – według mnie – były interesujące.
    Ot, chociażby dziesięcioskibowy pług, dodatkowo wyposażony w zbieracz określonej wielkości kamieni zalegających na polu, z wykorzystaniem ich jako budulca, czy zdalnie kierowany rozsiewacz nawozów mineralnych najbardziej szkodliwych dla zdrowia. Oczywiście, nie wszystkie wnioski się podobały, absolutnie zdecydowaną większość komisja odrzuciła, nazywając je „Lejkowym szczytem głupoty”. Nie rozumiałem, dlaczego ponad dziewięćdziesiąt procent moich pomysłów nie jest akceptowanych? Po wielu przemyśleniach znalazłem odpowiedź: inżynierów zasiadających w komisji najzwyczajniej w świecie zżerała zawodowa zazdrość. Większość z nich, jak zdążyłem się zorientować, nigdy nie wymyśliła nawet jednej najprostszej rzeczy, która usprawniłaby produkowane u nas maszyny czy urządzenia.
    Patrzyłem w sufit i dumałem dalej. Niewiele było we mnie rzeczy, które w pełni akceptowałem, mogłem je policzyć na palcach jednej ręki. Bez wątpienia jednak najbardziej ceniłem w sobie upór i odporność na wszelką krytykę. Myślę, że właśnie dzięki temu nie zrażałem się negatywnymi opiniami inżynierów. Po odrzuceniu mojego wniosku racjonalizatorskiego niemal natychmiast szukałem kolejnego, nowego rozwiązania. Na szczęście pomysłów mi nie brakowało. W pewnym okresie miałem ich tyle, że gdy komisja odrzuciła jeszcze ciepły projekt, już następnego dnia przynosiłem kolejny.
    Apogeum wynalazczości osiągnąłem na przełomie 1982 i 1983 roku, w ciągu kilku miesięcy przedłożyłem ponad pięćdziesiąt wniosków. Do dziś nie mogłem pojąć, dlaczego wszystkie zostały zignorowane? Tak, bez wątpienia w grę wchodziła zazdrość. Inżynierowie przecież nie mogli dopuścić do tego, aby wyszło na jaw, że przy ich indolencji zawodowej jakiś tam technik co rusz zasypuje komisję ciekawymi pomysłami.
    Kilka razy poszedłem na skargę do sekretarza zakładowego PZPR, ale nic to nie dało. Przyciśnięty do muru towarzysz Komarowski odpowiadał, że w kwestii wynalazczości i racjonalizacji niewiele może zrobić. Po pierwsze dlatego, że jest od spraw partyjnych, a po wtóre, skończył tylko zawodową szkołę i nie czuje się na siłach, by dyskutować z komisją. Podpowiedział, żebym udał się z tym do dyrektora Januarego Koślewicza. Tak też zrobiłem. Niestety, on też rozłożył ręce twierdząc, że komisja składa się z samych autorytetów i jest suwerenna. Opuszczając gabinet, usłyszałem: – Któryś z inżynierów mówił mi, że w tym, co towarzysz wymyśla, jest za dużo abstrakcji!
    Fakt, czasem sam w duchu przyznawałem, że niektóre moje propozycje nie zostały do końca przemyślane. Tak chociażby było ostatnio, kiedy to zaproponowałem kultywator na poduszkach powietrznych, chcąc w ten sposób – używając energii elektrycznej jako głównego napędu – zmniejszyć zużycie paliwa, którego deficyt był coraz bardziej odczuwany nie tylko w fabryce. Już po kilku minutach rozmowy usłyszałem, że to co przyniosłem, to „science fiction”. Takiego określenia użył szef opiniującego, nieprzychylnego mi zespołu.
    Dlaczego więc, będąc niezbyt przydatnym pracownikiem, wciąż pozostawałem na etacie? Być może sekretarz zakładowy PZPR wciąż wierzył, że wyrosnę na rasowego działacza. Wielokrotnie napomykał o tym w rozmowie ze mną. Nie bez znaczenia było też  to, co na jednym z ostatnich zebrań partyjnych powiedział dyrektor January Koślewicz:
    – Towarzysze, wiem, że młody towarzysz Alfred Lejek wzbudza wiele kontrowersji, szczególnie jako, tak to określę, notoryczny wynalazca. Byłbym jednak ostrożny w ferowaniu pospiesznych, często krzywdzących go opinii. Tacy jak on szaleńcy, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, są potrzebni fabryce! Wiem, towarzysz Lejek często wymyśla rzeczy, które irytują komisję odpowiedzialną za wdrażanie wszelkich technicznych nowości. Zgoda, przy tak licznych innowacjach na pewno zdarzają się nieporozumienia. Ale, proszę szanownych towarzyszy, nie można wykluczyć, że któregoś dnia nasz technik wpadnie na genialny  pomysł i przedstawi wniosek racjonalizatorski, który zrewolucjonizuje nie tylko nasz zakład, naszą produkcję, ale wstrząśnie całą polską gospodarką rolną! Towarzysze, chciałbym zakończyć mocnym akcentem – uważnie rozejrzał się po sali – nie od dziś wiadomo, że tylko tacy nietuzinkowi ludzie pchają świat do przodu!
         
    – Alfredzie Lejek, jesteście pracowici, ambitni, na wskroś przesiąknięci patriotyzmem i, na swój sposób, zdolni – usłyszałem w połowie 1984 roku od Ignacego Komarowskiego, sekretarza zakładowego. – Zatem informuję was, że po długich rozmowach, najpierw z towarzyszem Patałachem, później z towarzyszami Ciuliszkiewiczem i Koślewiczem, uznaliśmy, że trzeba was wykształcić na inżyniera. – Niewiele brakowało, a spadłbym z krzesła. Nigdy nie spodziewałbym się, że może spotkać mnie coś takiego! – Widzę, że  bardzo was zaskoczyłem...
    – Towarzyszu sekretarzu… w życiu nie pomyślałbym, że mogę zostać studentem… – odezwałem się wzruszony.
    – Dla partii nie ma rzeczy niemożliwych – stwierdził Komarowski i podszedł do okna, skłonił się komuś, a odwracając się do mnie rzekł: – Od razu zaznaczę, że nie będziecie się uczyć na studiach zaocznych, tylko na normalnych, dziennych. Roboty w fabryce nie ma, to dajemy wam szansę. W trójkę… we czwórkę, bo przecież nie mogę zapominać o towarzyszu Patałachu, doszliśmy do wniosku, że pomimo najróżniejszych zawiei w „Glebie”, wy – przy nękających was chorobach – daliście robotnikom przykład zawodowej determinacji i odpowiedzialności za zakład, czyli również za ojczyznę. – Otworzyłem szeroko oczy, gdyż nie bardzo rozumiałem, o czym sekretarz mówi. – Mimo iż często sami potrzebowaliście wsparcia w fabryce, którego z najróżniejszych, przeważnie obiektywnych powodów nie otrzymaliście, was to nie zrażało. Obserwowaliśmy towarzysza, ocenialiśmy – Komarowski usiadł. – Niejednokrotnie kiwaliśmy głowami ze zdumienia, że mimo młodego wieku i niedługiego stażu w partii tak dobrze sobie radzicie. Częstokroć wyśmiewani przez wyższe kadry techniczne, szczególnie przez inżynierów z komisji racjonalizatorskiej, znajdowaliście siły, by nieść pomoc innym, od fachowych podpowiedzi aż po dzielenie się śniadaniem, wszak i taki przypadek został odnotowany. I, co bardzo istotne, nie odtrącaliście robotników niezrzeszonych w PZPR-ze. Pewnie o tym nie wiecie, ale te koleżeńskie gesty, jak najbardziej wynikające z filozofii partii, zostały dostrzeżone i wysoko ocenione zwłaszcza przez tych, którzy wahali się z wstąpieniem w nasze szeregi. – Coraz bardziej gubiłem się w monologu sekretarza, ale patrząc mu w oczy, udawałem, że wszystko jest dla mnie jasne. – To na pewno dzięki wam, towarzyszu Lejek, dzięki waszemu właściwemu oddziaływaniu na załogę, nie dalej jak wczoraj usłyszałem, że kilkunastu młodych robotników poprosiło o deklarację, a to oznacza, że lada dzień powiększą się szeregi naszej organizacji – Komarowski przerwał wreszcie i pierwszy raz poczęstował mnie carmenem. Ostatnio rzadko sięgałem po papierosa, ale podniecony sytuacją zapaliłem z przyjemnością. – Postanowiliśmy, że mimo problemów osaczających fabrykę – kontynuował partyjny zwierzchnik – zapłacimy za akademik, kupimy też podręczniki. Istotne w tym wszystkim jest także i to, że na wniosek towarzysza Ciuliszkiewicza poparcia udzielił wam towarzysz Ildefons Patałach. Miejski sekretarz   obiecał dać ze swojej puli część pieniędzy na waszą edukację. Obaj towarzysze, również dyrektor i ja uznaliśmy, że należy w was zainwestować! Alfred – niespodziewanie przeszedł na ty – musisz tylko dobrze się uczyć, by nas nie zawieść – wstał, położył mi rękę na ramieniu. – Mój niezawodny partyjny instynkt mówi mi, że za cztery lata wrócisz do nas jako inżynier. Aha, jeszcze jedno, dość ważne: o egzaminy się nie martw. Towarzysz Ciuliszkiewicz ma świetne kontakty z towarzyszem rektorem, który zresztą pochodzi z Sarwera.
    Byłem tak szczęśliwy, że przez chwilę nie mogłem wypowiedzieć słowa. W końcu jednak ochłonąłem i serdecznie podziękowałem Komarowskiemu. Obiecałem też, że nie omieszkam przy najbliższej okazji zrobić to samo w stosunku do towarzyszy Patałacha i Ciuliszkiewicza. Gdy opuszczałem gabinet, sekretarz poprosił, abym naszą rozmowę zachował dla siebie. – Tak będzie najrozsądniej. Im mniej pracowników będzie o tym wiedziało, tym lepiej dla ciebie i dla partii.
    Rodzicom odjęło mowę, gdy po powrocie z pracy oznajmiłem, że będę studiował i prawdopodobnie za kilka lat zostanę inżynierem. Stałem koło kredensu i bębniąc palcami po blacie czekałem, aż dojdą do siebie. Pierwsza, zalewając się łzami, uściskała mnie mama.
    – Przejdziesz do rodzinnej historii jako pierwszy inżynier Lejek. Szkoda tylko, że idziesz na studia przez partię, a nie normalnie, jak to się idzie po maturze – oschle powiedział ojciec, ale też mnie objął i, ku memu największemu zaskoczeniu, pocałował w czoło. – Będziesz kimś, synu.
     
    Na początku września 1984 roku złożyłem dokumenty na Politechnikę Gdańską i po zdaniu egzaminów – pytania dzięki Ciuliszkiewiczowi dostałem kilka tygodni wcześniej – od października rozpocząłem studia.
    Na uczelni, mimo że niewiele się uczyłem, szło mi nieźle. Niemal po każdym egzaminie, podczas którego tradycyjnie niewiele miałem do powiedzenia, z niedowierzaniem wpatrywałem się w indeks na korytarzu, jakimś c u d e m zaliczałem przedmiot za przedmiotem!
    Tajemnica moich pozytywnych ocen wydała się podczas pierwszych wakacji. Żeby wspomóc rodziców finansowo, podjąłem pracę na pół etatu w „Glebie”. Któregoś dnia  Ignacy Komarowski wezwał mnie do siebie i zapytał o studia. Odpowiedziałem uczciwie, że radzę sobie kiepsko, że nauka przychodzi mi z trudem. – Towarzyszu sekretarzu, nie będę ukrywał, że bardzo mnie zaskakują pozytywne wpisy do indeksu – dodałem jednym tchem.
    – Studencie Alfredzie, pozytywne oceny same z nieba nie spadają, załatwia to Ciuliszkiewicz – wyjaśnił gładząc dłońmi włosy. – Damazy i ja dobrze wiemy, że masz kłopoty na uczelni. Musimy trzymać rękę na pulsie, żebyś jakoś przebrnął przez następne  lata. Na pewno dobrze zrobiłeś, zapisując się w drugim semestrze do ZSMP. Wiem, że Ciuliszkiewicz wybiera się w październiku służbowo do Gdańska, znajdzie też czas na spotkanie z rektorem, pomówią o tobie. Nie zmienia to jednak faktu, że od nowego roku musisz wziąć się w karby, przyłożyć do nauki. Partia będzie ci pomagać, jednak czegoś musisz się nauczyć jako przyszły inżynier mechanik. Jeśli wrócisz do nas niedoedukowany, pewni inżynierowie, którzy nie darzą cię sympatią, szybko się na tym połapią i będą śmiać się z ciebie – postraszył Komarowski. Zapewniłem, że dołożę wszelkich starań, by nie zawieść pokładanych we mnie nadziei.
 
    Nie wiem, jak to się stało, ale na drugim roku, w grudniu, gdy wróciłem na politechnikę po dwutygodniowej kuracji w szpitalu (znowu wróciły problemy ze zdrowiem), ku memu przeogromnemu zaskoczeniu wybrany zostałem… przewodniczącym uczelnianego koła Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej. Domyślałem się, że na pewno w tym wszystkim maczali palce Ciuliszkiewicz i rektor.
    Niemal z dnia na dzień zaczęto o mnie pisać w gazecie studenckiej i lokalnej prasie, zapraszano do radia i telewizji, gdzie przedstawiany byłem jako „zdolny i ambitny działacz zetesempowski”. Nie zapominano dodać, że mimo młodego wieku byłem już kilkuletnim członkiem PZPR w sarwerowskiej fabryce.
    Wszystko to było bardzo miłe, ale cały ten szum wokół mojej osoby szybko zaczął mnie męczyć. Tym bardziej, że – jak zauważyłem – większość członków organizacji niemal od pierwszej chwili, gdy zostałem przewodniczącym, patrzyła na mnie nieufnie. Hm, ciekawe z jakiego powodu? Postanowiłem trochę odpocząć od uczelnianej atmosfery. Pod koniec stycznia poszedłem na zwolnienie lekarskie i na tydzień opuściłem Gdańsk.
    Rodzice ucieszyli się z niespodziewanych odwiedzin. Już od progu zasypali mnie pytaniami, najczęściej powtarzane brzmiało: czy radzę sobie z nauką? Odpowiadałem zdawkowo, że nie jest źle. Kłamałem, ale nie widziałem najmniejszego sensu w tym, by powiedzieć prawdę: że studentem jestem wyłącznie dzięki partii i znajomości Ciuliszkiewicza z rektorem.    
    Gdy po jakimś czasie usiedliśmy do stołu, postanowiłem uprzedzić kolejne pytania rodziców i oznajmiłem, że teraz jestem kimś na politechnice, bo niedawno wybrano mnie przewodniczącym Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej. Prawie w ogóle ich to nie zainteresowało. Jedząc zrobione przez matkę gołąbki, stwierdziłem w duchu, że nie powinienem być zaskoczony brakiem reakcji. Mamę przecież te sprawy nigdy specjalnie nie obchodziły, a znając stosunek ojca do komunistów, trudno było spodziewać się u niego entuzjazmu dla mojej politycznej kariery.   
    Podczas każdego pobytu w Sarwerze odwiedzałem towarzyszy Komarowskiego i Ciuliszkiewicza, dyrektora zdecydowanie rzadziej, sam nie wiem dlaczego. 
    Tym razem obu partyjniaków spotkałem późnym popołudniem w Komitecie Miejskim. Patałach poszedł na urlop i sprawy miejskiej organizacji prowadził właśnie Ciuliszkiewicz. Po krótkim, ale miłym powitaniu zapytałem towarzyszy o zdrowie i o nastroje w partii dodając, że w mojej organizacji są one nie najlepsze. – Studentom marzy się zachodnia demokracja… cha! cha! cha! – roześmiałem się trochę sztucznie.
    – Widzę, że studentowi wesoło… – zaczął Damazy Ciuliszkiewicz i spojrzał na mnie uważnie. –Partia, towarzyszu, ma się dobrze, może nawet bardzo dobrze – zerknął na Komarowskiego. – Z pomocą wojska i milicji rządzimy na całym froncie. Chociaż, nie będę ukrywał, niepartyjni są do nas wrogo nastawieni. Gdyby tylko było to możliwe, ta część mieszkańców Sarwera skoczyłaby nam do gardła. Nie ich doczekanie…
    – Trzeba przyznać, że sytuacja w kraju jest kiepska – wtrąciłem nieopatrznie i zaraz tego pożałowałem.
    – Takie uwagi schowaj dla siebie! – wrzasnął Ciuliszkiewicz zrywając się z fotela.
    Przeprosiłem, ale jego reakcja mnie zaskoczyła. Komarowski, by ratować sytuację, zaczął się głośno zastanawiać, czy nie powinienem na okres studiów zawiesić członkostwa w PZPR? – Mówię o tym dlatego, ponieważ niektórzy zakładowi działacze mają mi za złe, że jesteś tak zwanym martwym członkiem.
    – A co fabrycznym towarzyszom do tego?! – niespodziewanie w mojej obronie stanął Ciuliszkiewicz. – Niech chłopak trzyma legitymację, nigdy nic nie wiadomo!
    Nie wiedziałem, co miał na myśli mówiąc: nigdy nic nie wiadomo. Dopiero chwilę później, gdy na stoliku pojawiła się wódka, dowiedziałem się, że w razie interwencji ZSRR „ten dokumencik może się bardzo przydać”.
    Chyba przy trzeciej kolejce Komarowski niespodzianie zapytał mnie o zdrowie.
    – Jest zdecydowanie lepiej – odpowiedziałem szczerze. – Czasem, owszem, dopada mnie kryzys, wtedy biorę tabletki i jakoś daję radę.
    – Świetnie. Wiesz przecież, że postawiliśmy na ciebie, nie możesz zawieść Patałacha, Ciuliszkiewicza, dyrektora, mnie, partii i załogi. Na ucho ci powiem, że odkąd poszedłeś na studia, ciągle dostaję anonimy, wszystkie o podobnej treści… Jakiś drań ciągle pyta, jak to się stało, że na uczelnię posłaliśmy chorego psychicznie?
    – Kanalie zawsze się znajdą! Za naszego przyszłego inżyniera! – zaproponował towarzysz Damazy.
    Gdy wypiliśmy, postanowiłem poruszyć temat egzaminów. – Jeśli mogę, to w tej chwili chciałbym z całego serca podziękować towarzyszowi Ciuliszkiewiczowi za pomoc… Za to, że mimo kłopotów z nauką otrzymuję pozytywne oceny – wstałem i mocno uścisnąłem dłoń zastępcy sekretarza Komitetu Miejskiego.
    – Co za wzruszający moment… Podziękowanie przyjmuję, miło mi je słyszeć, ale nie zawracaj sobie głowy takimi pierdołami, Lejek. W twoim przypadku nie profesor stawia stopnie, lecz partia.
       
    Po tęgiej popijawie, gdy wracałem do domu zygzakiem, nie mogłem sobie darować, że nie powiedziałem towarzyszom o czymś, co było moim niewątpliwym sukcesem, nie mniejszym niż studiowanie i przynależność do PZPR i ZMS. Chodziło o wstydliwą rzecz, z którą chyba ostatecznie się uporałem.
    Niestety, wciąż nie chodziłem z żadną dziewczyną. Jeśli nawet któraś namawiała mnie na randkę, a z chwilą, gdy zostałem przewodniczącym, stało się to nagminne, pod byle pretekstem odmawiałem. Być może dlatego, że chyba wciąż kochałem Igę. Ale może nie tylko…




Stanisław Raginiak

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.

 Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.



komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

                                      
                                      
                             

 


copyright © lukta-city.pl
autor: Grzegorz Malinowski