login:

hasło:

zaloguj   |   rejestracja


Dostępna jest retransmisja z XXXV Sesji Rady Gminy Łukta z 28 kwietnia link

7 Listopada 2011, godz: 13:58

Zaproszenie na wspólną kąpiel


 

Z A P R O S Z E N I E

W DNIU 11 LISTOPADA odbędzie się OFICJALNE ROZPOCZĘCIE SEZONU


KLUBU MORSA "PRZERĄBEL" Z ŁUKTY


ZAPRASZAMY NA WSPÓLNĄ KĄPIEL


GODZ. 13.00 , JEZIORO KORWIK ( "budka" w Łukcie )


Organizatorzy.



komentarze (2) malina: brzmi zachęcająco :D dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

2 Listopada 2011, godz: 12:02

II motoPIKNIK - poszukiwani wolontariusze oraz sponsorzy


 

ŁUKTA 2012

 

Nasza regionalna grupa moto-entuzjastów, ZAJECHANI.COM.PL, poszukuje wolontariuszy oraz sponsorów, którzy zechcą wziąć udział w przygotowaniach oraz organizacji II motoPIKNIKu w Łukcie. W ramach pikniku wstępnie przewidywane są konkursy z nagrodami, dyskoteka oraz oczywiśćie jazda na MAXa! Takiej imprezy w gminie Łukta jeszcze nie było!


Jeśli masz czachę pełną pomysłów, uwielbiasz ryk silników oraz zapach spalin skontaktuj się z Zajechanymi!


Adres e-mail: wybornawhisky@vip.onet.pl


Inną formą kontaktu jest shoutbox na stronie www.zajechani.com.pl. Uwaga, korzystanie z shoutboxa nie wymaga logowania!



komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gres

30 Października 2011, godz: 20:01

WOŚP


Wielka Orkiestra 

              Świątecznej Pomocy

 

                                      Chcesz pomóc w organizowaniu sztabu WOŚP w styczniu 2012 roku?

                                        A może dołączysz do nas jako wolontariusz pomagając zbierać pieniądze?

 

                             Koniecznie w poniedziałek 31.10.11 ( poniedziałek ) o godzinie 17.00

                             przyjdź na zebranie do Sali OSP w Łukcie!

 


komentarze (3) gosiaq: kolejne spotkanie 11ego o 17:00 :) dodaj komentarz autor:gosiaq edycja:gosiaq

30 Października 2011, godz: 17:12

Ćwokowampiria - fragment 6


VI

 
    Pod koniec maja odwiedził nas Ignacy Komarowski, sekretarz partii z „Gleby”. W drodze wyróżnienia – jak podkreślił na wstępie – zaproponował mi powrót do fabryki, ale na mniej ważne stanowisko. – Ze względu na te cholerne papiery – tłumaczył. W dodatku postawił warunek, że przeproszę towarzyszy oraz podejmę współpracę z… odpowiednimi służbami. – Takie teraz czasy, taka rzeczywistość – zakończył i wpatrzył się w jakiś punkt nad moją głową.
    Kategorycznie odmówiłem i kazałem mu się wynosić. Ojciec próbował załagodzić sytuację, ale widząc moją determinację, machnął ręką.
    – Wobec powyższego… wobec odrzucenia propozycji… niewłaściwego potraktowania mnie – Komarowski ze złości ledwo dobierał słowa – z tymi żółtymi papierami… bez naszej pomocy nie dostaniecie żadnej pracy w Sarwerze! – podniósł głos. – Nigdzie nie dostaniecie! Będziecie, Lejek, pasożytem… a my takich tępimy! – ostanie słowa wypowiedział już na korytarzu, ponieważ wypchnąłem go siłą za drzwi.
    – Won, czerwona świnio! – krzyknąłem i gdyby ojciec mnie nie przytrzymał, dopadłbym gnojka i dał mu w zęby.

    Dni mijały. Byłem bez pracy, pieniędzy też zostało mi niewiele. Wszystko to źle wpływało na moje samopoczucie. Nie bacząc na prośby i groźby rodziców, coraz częściej upijałem się z kolegami, którzy znając moją sytuację nie żądali, abym składał się na alkohol.
    Atmosfera w domu stawała się nie do zniesienia. Rodzice mieli już dość syna marnotrawnego – tak któregoś dnia nazwał mnie ojciec. Zawsze, gdy popiłem z kolegami, wracałem do domu z przekonaniem, że dziś już na pewno starzy nie otworzą mi drzwi. Ale otwierali i natychmiast zamykali się w pokoju.
    Ojciec jednego wieczora wykrzyczał: – Jak widzę cię pijanego, to ogarnia mnie taka złość, że najchętniej rozwaliłbym ci łeb!
    Pierwszy raz się przestraszyłem, bo aż trząsł się ze złości i był śmiertelnie blady.
    – Zamiast chlać i łazić z kąta w kąt, wziąłbyś się wreszcie za wyrabianie renty! – skoczył na mnie kilka dni później w niedzielne przedpołudnie. – Jak ci to zasrane, komunistyczne państwo zafundowało żółte papiery, to niech teraz cię utrzymuje!
    Sprzeciwiłem się. – Gdybym zrobił, jak mówisz… przyznałbym się, że jestem… wariatem. Nigdy na to nie pójdę…
    – To z czego będziesz żył?! Przecież do pracy nikt cię nie przyjmie! Wykończysz siebie i nas! Oboje z matką mamy już dość tego wszystkiego! Rozejrzyj się, może jednak coś znajdziesz! – nie spuszczał z tonu. – Zaczyna nam brakować pieniędzy, boję się o jutro! W mojej robocie wszystko zaczyna się walić! Weź się w garść, zrób coś, bo inaczej zginiemy… – zakończył ciszej i odwrócił się do mnie plecami.
    Widząc, że jest bliski załamania nerwowego, obiecałem, że od jutra zacznę chodzić po mieście i szukać pracy.
    Już po kilku dniach przekonałem się, że znalezienie jakiegokolwiek zajęcia graniczyło z cudem.
    Był chyba piątek, w wisielczym nastroju wracałem do domu, gdy nagle pomyślałem o Bandytarskim. Poszedłem do niego. Opowiedziałem o bezskutecznych poszukiwaniach. Kolega w ogóle się nie zdziwił.
    – Alfred, teraz nagminnie zwalnia się ludzi. Polska wali się na naszych oczach. – Zasugerował, że powinienem starać się o rentę.
    – Mówisz jak mój stary. Tego nie zrobię, przyznałbym się do choroby. Kim jak kim, ale czubem na pewno nie jestem!
    – My to wiemy. Rób jak uważasz, ale z czegoś żyć musisz.
    Powiedziałem, że się zastanowię.
    Tego popołudnia sporo wypiliśmy. Kiedy wracałem zygzakiem do domu, pierwszy  raz pomyślałem, że najlepszym dla mnie rozwiązaniem będzie samobójstwo.
   
    Niecały miesiąc od wizyty Komarowskiego ojciec wrócił wściekły z pracy i oznajmił, że został dyscyplinarnie zwolniony.
    – Jakaś szuja napisała na mnie donos do dyrektora, że dorabiam po godzinach używając narzędzi, które cichaczem wynoszę z zakładu – opowiadał, a matka i ja słuchaliśmy przerażeni. – Wszystko to jedno wielkie kłamstwo! Tylko głupi by się nie domyślił, że to sprawka tego twojego sekretarza Komarowskiego! Widziałem, jak kilka dni temu wchodził do naszego biurowca! Nie mam cienia wątpliwości, że w zemście za Alfreda, w porozumieniu z moim sekretarzem, załatwił mnie! 
    Matka, zanosząc się płaczem, zapytała: – Matko Boska, Józef, za co my teraz będziemy żyć?    
    – Jakoś sobie poradzimy...
   
    Ku radości mojej i rodziców kilka dni później, w piątek, znalazłem pracę w prywatnym warsztacie mechanicznym na peryferiach miasta. Właściciel w krótkiej rozmowie oznajmił, że potrzebuje kogoś do pomocy i kazał mi przyjść w poniedziałek na siódmą. Zastrzegł, że bierze mnie na miesiąc na próbę.
    Niedługo potem ojciec został portierem w zakładzie mleczarskim w pobliskiej wsi i powoli zaczęliśmy wiązać koniec z końcem.
    Niestety, po około dwóch tygodniach od rozpoczęcia pracy stan mojego zdrowia pogorszył się. Źle spałem, stałem się opryskliwy i nieprzyjemny nie tylko dla rodziców, ale również dla mojego szefa.
    Podejrzewałem, iż źródłem wszystkiego była… dość długa już abstynencja alkoholowa. Spędzając u prywaciarza minimum dziesięć godzin dziennie, w soboty niewiele mniej, nie miałem czasu na spotkania z kolegami, a więc i na wódkę. Taki stan rzeczy bardzo mnie męczył, tym bardziej, że w warsztacie byłem pracownikiem od przynieś-wynieś-pozamiataj. Bywało, że czasem któryś z kumpli nalegał, żebym chociaż w niedzielę zagrał z nimi w pokera, wypił kielicha. Odmawiałem. Bałem się, że jeśli przyjdę skacowany do pracy, to właściciel mnie wyrzuci.
    Któregoś lipcowego wieczora ojciec wszedł do mojego pokoju i powiedział, że tak dalej być nie może.
    – Alfred, musisz coś ze sobą zrobić, z tymi swoimi nerwami, bo inaczej wykończysz nie tylko siebie, ale i wszystkich dokoła – rzekł spokojnie. – Myśleliśmy z matką, że najgorsze za tobą i za nami, a tu masz, znowu jest źle.
    – Ojciec, a może jestem taki, bo nie mam kiedy się napić…
    – Już ty mi lepiej nie gadaj o piciu – przerwał mi natychmiast.
    – To niby co mam ze sobą zrobić? Powiesić się? Iść do tego głupka psychiatry? Najpierw niech on się wyleczy! – odezwałem się rozdrażniony i wstałem z krzesła. – Już tyle tabletek we mnie wpakował, że chyba koń by się przewrócił! Więcej już nic nie połknę! A ile forsy skasował! – wykrzykiwałem, chodząc od drzwi do okna i z powrotem. Oczywiście, zgadzałem się z ojcem, że tak dalej być nie może. Ale jak miałem temu zaradzić? Przystanąłem koło szafki. – Na tym świecie nie ma dla mnie miejsca… – odezwałem się, z trudem powstrzymując łzy.
    – Alfred, opanuj się. Jakoś damy radę. Tylko nie myśl o wódce. Oszczędzaj zdrowie, nerwy. Przecież wiesz, że pobyt w domu wariatów zniszczył cię… – poczęstował mnie papierosem. – Usiądź. Przypuszczalnie wiem, co cię gryzie… co jest twoją codzienną zmorą – oparł się o ścianę. – Myślisz, że nie widzę, jak męczysz się w tej swojej robocie? Ona nie dla ciebie... – W duchu przyznałem mu rację. – Jesteś inżynierem, a tam, jak sam nieraz mówisz, zrobiono cię fachowcem od wszystkiego. Tak czy nie?
    – Może i tak...
    – A widzisz… Powiem więcej, tylko się zaraz nie zdenerwuj, powinieneś się rozejrzeć za nową pracą i za kobietą, masz już swoje lata…
    – Teraz to dopiero ojciec palnął! – podniosłem głos. – Jak pamiętam, to nie kto inny tylko ty zniechęcałeś mnie do dziewczyn! – zerwałem się z łóżka. – Daruj więc sobie takie gadanie i najlepiej będzie, jak stąd wyjdziesz, bo… – urwałem i spojrzałem na niego złowrogo.
    – Bo co?! Może uderzyłbyś?!
    – Jak trzeba będzie, to uderzę! – zawołałem, ale jakby na przekór sobie, jakby jakaś wewnętrzna siła zrobiła to za mnie.
    – Uderzyłbyś własnego ojca? – spytał ponownie i chwycił się za głowę. – Dożyłem sądnego dnia… dożyłem sądnego dnia…
    – Jak mnie do końca wyprowadzisz z równowagi… Przecież to ty zniechęcałeś mnie do kobiet… a teraz każesz mi szukać – mówiłem drżącym głosem. Ojciec podszedł do okna, otworzył je, głęboko oddychał. Zrobiło mi się go żal. Wiedziałem, że nie powinienem mu grozić, a jednak zrobiłem to. Odwrócił się, spojrzał na mnie przez moment i opuścił pokój. Gdy tylko zamknął drzwi, zacząłem się głośno śmiać.
    Przez kilka dni rodzice nie odzywali się do mnie. Raz tylko matka wspomniała coś     o psychiatrze, ale powiedziałem jej, że jak chce iść do tego szarlatana, to niech idzie, ale beze mnie.
    Pewnego dnia poprosiłem matkę, aby odprawiała z kwitkiem każdego mojego kolegę, gdy przyjdzie do nas pod moją obecność i będzie chciał wyciągnąć mnie na karty. – Wtedy zawsze jest wódka, a ja chciałbym wreszcie posłuchać ojca, nie pić i nie denerwować go.
    – Mądrze mówisz – ucieszyła się.
    – Podoba mi się ten plan – z zadowoleniem rzekł ojciec, gdy powiedziałem mu o wszystkim. – Miejmy nadzieję, że wytrwasz. Pocieszające jest to, że twoi koledzy już od dłuższego czasu nie zaglądają do nas.
    Stawałem się coraz większym samotnikiem, żeby nie powiedzieć dziwakiem. Martwiło to rodziców. Byli przekonani, że jeśli będę zamykał się w pokoju i myślał nie wiadomo o czym, to, prędzej czy później źle się to dla mnie skończy. Oboje niemal codziennie namawiali mnie, abym posiedział z nimi, porozmawiał o czymkolwiek, popatrzył na telewizję, ale odmawiałem. – W samotności jest mi najlepiej – kwitowałem krótko.
    Nie przypuszczałem, że przewidywania rodziców tak szybko się urzeczywistnią.
    Wieczorem ostatniego dnia lipca, po kolejnej kłótni z pracodawcą, po cichu zastawiłem drzwi stołem i krzesłami. Nie widząc dalszego sensu życia, postanowiłem przeciąć sobie żyły. Nóż przyniosłem z pracy dzień wcześniej.
    Rodzice chyba coś przeczuwali, bo jak żadnego dnia nieustannie kręcili się pod moimi drzwiami.
    – Józef, zastukaj do niego. Takiej ciszy jeszcze nie było, nawet nie chrząknie – usłyszałem matkę. – Te jego kolegi też są ciekawe, żaden nawet nie zajrzy. No, zastukaj!
    – Siedział tak tydzień temu, siedział wczoraj, to i dziś niech siedzi. Widać tak mu dobrze – uspokajał ją ojciec.
    Po tych słowach nastała cisza. Przez dłuższą chwilę nic nie słyszałem. Pomarli czy co? A może stoją pod drzwiami? Ostrożnie wyjąłem nóż z szafy...
    – Zaraz podam kolację! – aż podskoczyłem, gdy nagle odezwała się matka.
    Spojrzałem na zegar, była dokładnie 19.38. Policzyłem, że zmagam się już ze śmiercią ponad trzy godziny. Uznałem, że poczekam do dwudziestej. Przez dwadzieścia dwie minuty wpatrywałem się w tarczę, w końcu ujrzałem 20.00. Podwinąłem rękaw koszuli, przyłożyłem nóż do nadgarstka i zamknąłem oczy…
    – A może robi sobie coś złego?! – zawołała mama i rozpłakała się. Zrobiło mi się jej żal. Zatrzymałem się na chwilę.
    – Jak ma się zabić, to niech się zabija! Im prędzej, tym lepiej! Pochowamy go i wreszcie będziemy żyć jak ludzie! – usłyszałem starego i aż mną zatrzęsło! Czegoś takiego absolutnie się nie spodziewałem! Żeby ojciec domagał się śmierci syna?! O ty wyrodny, niedoczekanie twoje! Odrzuciłem nóż, odsunąłem meble, wpadłem do kuchni i rzuciłem się na niego.
    – To taki z ciebie ojciec! Chcesz mojej śmierci?! – krzyczałem, przyciskając go do kredensu. Niestety, był ode mnie silniejszy. Oderwał moje ręce, jedną wykręcił tak mocno, że aż zawyłem z bólu.
    – Józef, nie połam mu kości! – zawołała matka.
    – Na ojca rękę podnosisz?! Musisz zjeść wagon kaszy, żeby dać mi radę! – odepchnął mnie. Zasapany usiadłem na taborecie. – Celowo tak powiedziałem… Wiedziałem, że jak to usłyszysz, to wyjdziesz… Podświadomie czułem, że dziś chcesz zrobić sobie krzywdę… Wiedziałem jednak, że jesteś zbyt tchórzliwy, by targnąć się na życie…
    – Przestań! – warknąłem.
    – Z ciebie taki samobójca, jak…
    – Zostaw go w spokoju! – zawołała mama. – Chodź synku, porozmawiamy w pokoju.
    – Jedno warte drugiego, oboje nadajecie się na leczenie! – złośliwie rzucił za nami stary i chwyciwszy marynarkę wyszedł z mieszkania.
    – Idź w diabły, dręczycielu! Synku, naprawdę chciałeś się zabić?     
    – Może tak, może nie… – odpowiedziałem z wahaniem i rozpłakałem się.
   
    Ku zdziwieniu rodziców, po kilku dniach celowego milczenia z mojej strony – ciągle byłem zły na ojca – w pierwszą sierpniową niedzielę ubrałem się w białą koszulę, garnitur i z tajemniczym uśmiechem na ustach usiadłem do obiadu.
    – Smacznego – powiedziałem. Rodzice przez chwilę patrzyli na mnie jak na zjawę. Oparłem ręce o blat, wypiąłem klatkę piersiową i oznajmiłem: – Mamo, tato… koniec mojego milczenia. Wybiła szczególna godzina, wasz syn od jutra zaczyna pisać książkę... – złączyłem dłonie, jakbym się modlił. – Może powstaną nawet dwie – dodałem sięgając po łyżkę.
    – O dzięki ci, Matko Przenajświętsza! Nie dość, że chłopak wreszcie przemówił, to jeszcze chce zostać pisarzem! – ucieszyła się mama i zerwawszy się z krzesła, objęła mnie, pocałowała.
    – Powiadasz, że chcesz napisać książkę, może nawet dwie… a niby o czym? – chłodno spytał ojciec.
    – Tego jeszcze nie wiem – odpowiedziałem i zachichotałem.
    Rodzice jakoś dziwnie popatrzyli na siebie, a matka dyskretnie się przeżegnała.


Stanisław Raginiak

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.

 Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.



komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

18 Października 2011, godz: 18:44

Ćwokowampiria - fragment 5


V

    Dni upływały. Nieustannie wracałem myślami do piekła przeżytego w Derborowie. Miałem ogromny żal do towarzyszy, że tak podle ze mną postąpili, że uznali za swojego wroga. Postanowiłem, że w najbliższych dniach pójdę do fabryki i porozmawiam z Komarowskim. Może przywróci mnie do pracy. O czym ja myślę, zreflektowałem się natychmiast, przecież nikt nie zatrudni w a r i a t a. 
    Gdy ojciec był w pracy, siadałem z matką w kuchni i, na jej prośbę, opowiadałem o tym, co mnie spotkało w zakładzie psychiatrycznym. Przerywałem jednak szybko, ponieważ już po kilku zdaniach wybuchała płaczem. W rozmowach z ojcem w ogóle nie wracaliśmy do tego nieszczęsnego okresu.
    Dzięki troskliwej opiece rodziców powoli wracałem do zdrowia. Kiedy jednak któregoś dnia uznałem, że czuję się na tyle dobrze, że mogę wreszcie wyjść z mieszkania, znienacka dostałem ataku szału. Poprzewracałem meble, potłukłem naczynia, chciałem się powiesić. Przerażona matka wezwała karetkę. Lekarz dał mi zastrzyk, po którym niemal natychmiast zasnąłem.
    Następnego dnia udałem się do przychodni, skąd skierowano mnie na cały szereg badań. Matka towarzyszyła mi na każdym kroku. Po kilku dniach wróciłem z wynikami do lekarza, obejrzał wszystko i stwierdził, że nie widzi nic zaskakującego. Po krótkiej  rozmowie, w której opowiedziałem mu o sobie, doradził, abym znalazł dobrego psychiatrę, ponieważ tylko on może poradzić coś na moje nerwy. Matka poinformowała go, że już od kilku lat  mam kogoś takiego.
    – To świetnie. Zatem proszę iść do specjalisty.
    W domu ustaliliśmy, że na razie poczekamy z wizytą u psychiatry.
    – Może ten atak był czymś zupełnie przypadkowym – wyraziłem nadzieję.
    – Oby… – dodała mama. – Po tym, co wyprawiałeś, ludzie wezmą nas na języki...
    – Nie mam zamiaru przejmować się nimi, ty też o nich nie myśl – wtrąciłem nerwowo.
    – Łatwo ci się mówi…
      
    Najgorsze były noce, nie mogłem spać. A jeśli już krańcowo zmęczony przysnąłem  na chwilę, to zaraz śniły mi się koszmary. Zlany potem budziłem się z krzykiem.
    Na początku maja, kiedy poczułem się nieco lepiej, późnym popołudniem pierwszy raz wybrałem się na miasto. Szczęśliwie nie spotkałem żadnego sąsiada ani w klatce, ani przed blokiem. Mimo iż miałem jedynie trochę pospacerować, przechodząc ulicą Dziambrodziewicza postanowiłem wejść do baru Kacaraba.
    Właśnie tam, między jednym a drugim piwem, poznałem Józka Bandytarskiego i trzech jego kolegów, Janka Taknackiego, Zbyszka Niedołęgę i Tadka Gezadłowicza. Gdy Józek usłyszał moje nazwisko, natychmiast skojarzył je z facetem z „Gleby”, o którym – jak mi powiedział – z największym szacunkiem mówiło się w mieście. Gdy nieskromnie potwierdziłem, że to właśnie ja jestem tym – jak nazwał mnie przed chwilą – „inżynierem-buntownikiem”, zrobił wielkie oczy i przez moment zaniemówił. W końcu wstał, objął mnie i wyściskał. W jego ślady natychmiast poszli trzej pozostali, co mnie zaskoczyło, ponieważ nie mogli usłyszeć, co powiedziałem ich koledze. Gdy Józek usiadł i rzekł, że autentycznie mnie podziwia, jego kompani powiedzieli dokładnie to samo. Gdy za chwilę Józek dodał, że bardzo mi współczuje, to i ci trzej też bardzo mi współczuli. Cała ta scena była tak oryginalna i tak dla mnie miła, że z miejsca zapałałem sympatią do całej czwórki. By uczcić wzniosły dla mnie moment, zamówiłem po dwa piwa dla każdego.
    Godziny mijały, piliśmy kolejne piwo, a ja – coraz bardziej podchmielony – opowiadałem o swych przeżyciach w Derborowie. Chyba przy siódmym kuflu koledzy tak  się wzruszyli moimi tragicznymi wspomnieniami, że najpierw – zasłaniając twarz rękoma i opierając je o stół – rozpłakał się Józek, a po nim to samo zrobił Janek, a następnie Zbyszek i Tadek. Nic dziwnego, że i ja nie wytrzymałem, z tą tylko różnicą, że roniłem łzy siedząc sztywno i patrząc przed siebie.
    – Panowie, czyście powariowali?! – wrzasnęła znienacka kelnerka. – Płacić i wynocha na dwór, tam sobie ryczcie dalej!
    Koledzy przestali płakać. Po uregulowaniu rachunku wspólnymi siłami jakoś wygramoliliśmy się z Kacaraby, zapaliliśmy na chodniku i zaczęliśmy się żegnać. Józek objął mnie i wybełkotał, że jestem dla niego kimś i dlatego jutro zaprasza wszystkich do siebie na karty. Powiedziałem, że umiem grać jedynie w tysiąca dobieranego, i to nie najlepiej. – Po…ker jest pro…sty, w mig cię… nauczę... – zachęcał kolega.
    Kiedy wreszcie z trudem dotarłem do domu, usłyszałem kilka niemiłych słów od ojca.
    – To my z matką zamartwiamy się o ciebie, a ty chyba byłeś w knajpie, bo śmierdzi od ciebie na kilometr! Alkoholu to ty nie ruszaj, on nie dla ciebie! Nie zadawaj się z przypadkowymi ludźmi, bo jeszcze kolejne nieszczęście na siebie i na nas sprowadzisz!  Masz trochę grosza, to oszczędzaj! Jak stracisz, ode mnie na pewno nie dostaniesz!
    Siedziałem jak mysz pod miotłą, wiedziałem, że miał rację.
    Leżąc już w łóżku, wróciłem myślami do spotkania w barze. Byłem rad, że poznałem nowych kolegów. Szczególnie do gustu przypadł mi Józek Bandytarski, może dlatego, że to on przede wszystkim podziwiał mnie za to, co zrobiłem w fabryce. „Odważny jesteś, bardzo odważny” – wciąż brzmiało mi w uszach. Zdecydowałem, że jutro pójdę pograć w karty.
    Rano opowiedziałem matce o spotkaniu w barze podkreślając, że bardzo się cieszę z tej znajomości.
    – Synu, to zrozumiałe, że powinieneś się z kimś spotykać, tylko dobrze by było, żeby nowi znajomi nie pili wódki. Chyba wiesz, że na twoje zdrowie źle ona działa. Ojciec przed wyjściem do roboty powiedział, żebym z tobą pogadała i przestrzegła przed popijaniem z nieznajomymi, bo to mogą być na przykład tajniaki. Powiesz coś niedobrego i znowu cię zamkną – zakończyła przygnębiona.
    – Nie martwcie się o mnie.
    – Swoje powiedziałam, rób, jak uważasz. Aha, już bym zapomniała, ojciec pytał, kiedy pójdziesz do tej swojej fabryki?
    – Nie wiem. Może wcale, bo i po co...
   
    U Bandytarskiego, w jego dwupokojowym mieszaniu w bloku, spotkaliśmy się około szóstej wieczorem. Zanim przygotował kieliszki i przekąskę, Janek, Zbyszek i Tadek nauczyli mnie podstawowych zasad gry w pokera. Pokazali, jak wygląda kolor, kareta, ful, strit, trójka, para i oczywiście poker.
    – Alfred, na wielkie pieniądze grać nie będziemy – uspokajał mnie Janek, chyba dostrzegł, że mam nietęgą minę. – Żaden z nas nie ma ich za wiele.
    Przed siódmą Józek napełnił kieliszki, poczęstował wszystkich papierosem i powiedział:
    – Cieszę się, że jesteście u mnie i że dołączył do nas inżynier...
    – Daj spokój z tym inżynierem – wtrąciłem natychmiast.
    – Przecież nic złego nie powiedziałem… – spojrzał na mnie lekko skonsternowany. – Proponuję toast za nowego kolegę. Zdrówko!
    Po pierwszym rozdaniu, gdy po dobraniu kart miałem ledwie parę króli, straciłem 2 tysiące, co przy ostatnim uposażeniu otrzymanym z fabryki – wynoszącym 150 tysięcy – nie było na szczęście zbyt wielką kwotą. Żal jednak pozostał. Po godzinie byłem już uboższy o dalsze 20 tysięcy. Karta w ogóle mi nie szła. Chyba tylko raz trafiła mi się trójka dam, ale Józek miał fula, króle na waletach. Zastrzegłem, że jak przegram jeszcze 20 tysięcy, to rezygnuję. – Nie mogę zostać bez forsy, z domu by mnie wygnano – broniłem się. Wreszcie jednak i mnie dopisało szczęście, dostałem z ręki „maksa” i zgarnąłem pulę, ponad 15 tysięcy! Moja radość trwała niestety bardzo krótko, bo już po kilku rozdaniach nie dość, że straciłem wygraną, to jeszcze musiałem wyjąć z kieszeni 10 tysięcy. Około wpół do jedenastej, podpity i wkurzony, poddałem się. Koledzy grali, a ja zacząłem opowiadać dowcipy. Chyba marnie mi to wychodziło, bo Tadek już przy trzecim machnął ręką i powiedział, żebym lepiej nalewał do kieliszków, bo zanudzę ich na śmierć. Zerknąłem na zegarek, dochodziła jedenasta. Nagle Janek, uderzając pięścią w stół, zawołał: – Wszystko przerżnąłem!
    Najlepszym pokerzystą okazał się Józek, który w ciągu kwadransa ograł Zbyszka i Tadka. By uczcić zwycięstwo, wzniósł toast. Przechyliłem kieliszek i… spadłem z krzesła.
    Nazajutrz nie tylko nie pamiętałem, jak skończył się mój pierwszy poker, ale w żaden sposób nie mogłem zrozumieć, jakim sposobem znalazłem się w… swoim łóżku. Gdy zapytałem o to matkę – ojca na szczęście nie było – wyjaśniła, że dwóch kolegów przywiozło mnie taksówką i z pomocą ojca i kierowcy wniosło do mieszkania. – Wstyd i hańba! – podała mi herbatę i wyszła.
    Siedząc na łóżku i trzymając się za pękającą z bólu głowę, próbowałem przypomnieć sobie cokolwiek. Na próżno. Napiłem się herbaty i zasnąłem. Zbudziło mnie stukanie do drzwi. – Wstaniesz wreszcie?! – usłyszałem głos matki.
    – Wstaję… wstaję…
    – Bój ty się Boga, jak ty wróciłeś? Taki wstyd! – narzekała, gdy już znalazłem się w kuchni.
    – Jak ja się teraz ludziom na oczy pokażę? Któryś z sąsiadów chciał wzywać milicję. Jak ojciec przyjdzie z roboty, to lepiej nie pokazuj mu się na oczy. Jest na ciebie wściekły!
    – Przestań już gadać – odezwałem się arogancko. – Jakoś mu wytłumaczę… – wybiegłem do łazienki, ponieważ zaczęło mnie mdlić. Po chwili wróciłem blady i roztrzęsiony.
    – Masz tu trochę kompotu… Jak patrzę na ciebie, to chce mi się płakać…
    – To niech mama płacze… O milicji mi nie gadaj… nic mi nie zrobią… przecież wiesz… że już przysłali… że już mam… te przeklęte papiery… – wystękałem wściekły i poczłapałem do pokoju. Podszedłem do okna i odsunąłem zasłony. Zamknąłem oczy, gdyż poraziło mnie słońce. Stałem tak chwilę i nagle coś zacząłem sobie przypominać z koszmarnego snu… Kilka wampirów dusiło mnie i próbowało wbić zęby w szyję. Wrzeszczały, że już niedługo zabiorą mnie do swojego miasta… – Wychodzę do sklepu! – głos matki wyrwał mnie z rozmyślań. Wróciłem do kuchni, zacząłem szukać butelki piwa, gdy nagle usłyszałem głuche stukanie do drzwi. Kto to może być? Zerknąłem przez wizjer, klatka była pusta. – Hm, chyba mi się zdawało – wymamrotałem. Piwa nie znalazłem, więc dopiłem kompot, wziąłem tabletkę od bólu głowy i wróciłem do łóżka. Usnąłem.
    Wstałem po drugiej, zjadłem zupę i poczułem się lepiej.
    Byłem u siebie, gdy wrócił ojciec.
    – Gdzie ten pijak? – krzyknął trzaskając drzwiami. Pomyślałem, że chyba przez całą powrotną drogę nie miał nic innego w głowie, tylko to jedno pytanie.
     – Daj mu spokój, i tak ledwie żyje.
    – Zaraz do niego pójdę, tylko się trochę umyję i zjem.
    – A przychodź sobie, przychodź – szeptałem pod nosem. Po chwili usłyszałem, jak siorbał zupę. Nie od dziś denerwowało mnie to jego siorbanie. Nieraz zwracałem mu uwagę, ale poirytowany odpowiadał, że będzie jadł tak, jak mu się podoba i żebym się nie czepiał. Nagle zrobiło się cicho i… tato stanął w drzwiach. Coś trzymał z tyłu w rękach. Podszedł do mnie i rzekł:
    – Masz, wypij – podał mi piwo i usiadł na skraju łóżka. Byłem tak zaskoczony, że nie wiedziałem, co powiedzieć. – Synu, dałem ci piwo pod jednym warunkiem, że to będzie ostatnie w twoim życiu. Jesteś dorosły, zatem nie będę cię bez przerwy pouczał, że nie powinieneś pić alkoholu – rzekł poważnie. – Nie psuj resztek zdrowia. Nie chcę, żeby ludzie oglądali cię pijanego. Dowiedziałem się niedawno, że niektórzy mieszkańcy osiedla, z naszego bloku też, znają twoją niedawną, smutną historię i szanują cię za to, że nie dałeś się komunie. Nie marnuj tego przez pijaństwo i niegodne zachowanie. – Słuchałem ojca z uwagą, chociaż nie bardzo wierzyłem, żeby ktoś miał dla mnie uznanie. Chociaż… Przypomniały mi się słowa Bandytarskiego, że w mieście z szacunkiem mówi się o inżynierze-buntowniku. Więc może rzeczywiście ktoś mnie ceni? – Alfred, pamiętaj o jednym, że jeśli dla porządnych ludzi jesteś kimś, to dla towarzyszy stanowisz zagrożenie. Dlatego mówię: nie pij, pilnuj się. Miałeś szczęście, że wczoraj nie zjawiła się milicja.
    – Nic by mi nie zrobili, mam te papiery…
    – Nie bądź śmieszny! Jeśli ktoś na ciebie doniesie z takiego bądź innego powodu, te dranie cię dopadną!
    Dopiłem piwo i przyrzekłem, że to ostatnie w moim życiu.
    Niestety, były to czcze słowa.

    Ponowie przesadziłem z alkoholem tydzień później, na urodzinach Józka.
    – Cieszę się, że do naszej paczki dołączył Alfred – zaczął szumnie solenizant, gdy zasiedliśmy do stołu. – I chociaż dziś są moje urodziny, to jednak na początek chciałbym powiedzieć dwa zdania właśnie o nim, bo to jego, a nie któregoś z nas, komunistyczna władza strasznie skrzywdziła. Dziś właśnie w moim zakładzie dowiedziałem się, że Lejek powoli urasta w mieście do rangi bohatera – spojrzał na mnie. Wytrzeszczyłem oczy. Ja – bohaterem? To jakieś nieporozumienie. – Koledzy – mówił dalej Bandytarski – Alfreda spotkała wielka krzywda, o czym zresztą opowiadał w barze… Partyjne świnie w krótkim czasie z Lejka-inżyniera zrobiły Lejka-wariata, ale on wszystko zniósł dzielnie i teraz jest z nami, z robotnikami, jak wtedy z tamtymi z „Gleby”. Dlatego w tym szczególnym dla mnie dniu wznoszę toast za naszego kolegę i z całego serca gratuluję mu odwagi – poprosił, abyśmy wstali i dodał: – Za naszego bohatera! – Wypiliśmy.
    Podziękowałem za miłe słowa. Podkreśliłem jednak, że mówienie o mnie jako bohaterze to gruba przesada. – Myślę, że gdybyście byli na moim miejscu, postąpilibyście dokładnie tak samo.
    – No, nie wiem… – odezwał się Tadeusz. – Trzeba mieć w sobie niemało odwagi, żeby przeciwstawić się władzy. Ja nie dałbym rady...
    – Opowiadasz głupoty – wtrącił się Zbyszek – znam cię dobrze i wiem, że nie stchórzyłbyś… Inna sprawa, że żaden z nas nie jest inżynierem, to i sytuacja, jaka przydarzyła się Alfredowi, nam nie groziła. Zresztą, żaden z nas nie kieruje tak dużą grupą ludzi jak on.
    – Dajcie spokój! – zdecydowanie zareagował solenizant. – Nie będziemy się teraz zastanawiać, kto by stchórzył, a kto nie? Zbychu, klepiesz od rzeczy. Żeby stanąć w obronie słusznej sprawy nie trzeba być inżynierem, masz przykład robotników z „Gleby”.
    Zaczęliśmy grać w urodzinowego pokera i rozmawiać na różne tematy. Dopiero teraz dowiedziałem się, gdzie pracują koledzy-kawalerowie. Tadek był mechanikiem w Państwowym Ośrodku Maszynowym, Zbyszek konserwatorem w Zakładach Graficznych, Janek piekarzem w PSS „Społem”, a Józek brygadzistą w Miejskim Przedsiębiorstwie Budownictwa Mieszkaniowego. W którymś momencie chciałem zapytać, dlaczego dotąd żaden z nich się nie ożenił, bo wszyscy byli już dobrze po trzydziestce, ale odpuściłem. Przecież, pomyślałem, mogą zapytać mnie o to samo.
    Karta szła mi nieźle, w krótkim czasie wygrałem prawie 30 tysięcy. Niestety, później wszystko straciłem. Przegrałem też przyniesioną gotówkę, ponad 20 tysięcy. Zły na cały świat znowu za dużo wypiłem i z największym trudem dotarłem do domu.
    – Tego już za wiele! Zamiast dbać o resztki zdrowia, zająć się swoimi sprawami, chociażby związanymi z rentą, skoro komuna dała mu te przeklęte papiery, to ten dalej pije! – przywitał mnie ojciec, gdy około północy resztkami sił przetoczyłem się przez próg i tracąc równowagę upadłem w przedpokoju. – Matka, chwyć za nogi, musimy go przenieść do pokoju. Jasna cholera, żeby tak się urżnąć…
    – Zostawcie… sam dojdę… nie od wódki padłem… ale ze zmęczenia…
    Ojciec pomógł mi wstać, wziął pod ramię, zaprowadził do pokoju i posadził na łóżku. – Masz może… piw…ko? – stękałem.
    – Ja ci dam piwko, pijaku!
    – Józef, nie drzyj się na cały blok i nie nazywaj go pijakiem… Chory jest… nie zawsze wie, co robi – broniła mnie matka. – To jego koledzy są pijakami, przez nich jest taki…
    – Dobrze… mama mówi… – wymamrotałem ziewając i próbowałem zdjąć marynarkę, ale nie dałem rady.
    – Poczekaj, pomogę ci. A ty wyjdź! – nakazała ojcu.
    – Wyjdę, kiedy będę chciał, nie będziesz mi rozkazywać! Zanim pijak zaśnie, muszę mu coś powiedzieć – stanął nade mną. – Jak jeszcze raz się upijesz, to będziesz spał pod drzwiami! Niech się wszyscy z ciebie śmieją! Mam już tego dość!
    – Mówiłam, żebyś się nie wydzierał, co ludzie pomyślą? – lamentowała matka, pomagając mi zdjąć marynarkę.
    – Chyba nie wiesz, co mówisz! To co mieli pomyśleć, już pomyśleli!
    – Cicho bądź… stary… nie podskakuj… – wycedziłem.
    – Józef, idziemy, niech śpi…
    Naciągnąłem pierzynę na głowę, chciałem jak najszybciej usnąć, ale nie było to łatwe. Męczyłem się z godzinę, może dłużej. Gdy wreszcie zasnąłem, od razu przyśniły mi się… wampiry. Były sto razy paskudniejsze i agresywniejsze od tych z poprzedniego snu! Atakowały całe moje ciało! Kiedy jeden z nich z bliska wpatrzył się we mnie czerwonymi ślepiami, obudziłem się! Przerażony i spocony usiadłem na łóżku, kręciło mi się w głowie. Uf, jak to dobrze, że to tylko sen, odetchnąłem z ulgą. Po chwili znów się położyłem… – Zabierzemy cię do naszego miasta, jesteś nam bardzo potrzebny! – usłyszałem chóralne wołanie, które wyrwało mnie ze snu. Z trudem zapaliłem lampkę, zacząłem szukać papierosów. Cholera, co za szkaradztwa mi się śnią? Grzebiąc w spodniach i marynarce, znalazłem tylko kilka banknotów i monet. Nagle usłyszałem szmery, dochodziły jakby z przedpokoju, postanowiłem sprawdzić, co to takiego. Przytrzymując się ściany, ostrożnie podszedłem do drzwi, uchyliłem je i… zamarłem z przerażenia! Na końcu korytarza, w słabym świetle dochodzącym z mojego pokoju ujrzałem koszmarną postać z czerwonymi ślepiami, jakby dopiero co wyszła z mojego snu! Sparaliżowany strachem nie mogłem nawet krzyknąć. Udało mi się jednak nacisnąć kontakt. Zjawa zniknęła! Ze strachu niemal zupełnie wytrzeźwiałem. Dygocąc wszedłem do łazienki, włączyłem światło, oparłem się plecami o drzwi i ciężko oddychałem. Chciałem zawołać ojca, ale obawiałem się, że gdy mu o wszystkim opowiem wyśmieje mnie.
    Podszedłem do lustra i zauważyłem, że mam podrapaną twarz! Nogi ugięły się pode mną. W ostatniej chwili chwyciłem się umywalki i wtedy znowu usłyszałem podejrzane szmery! Wyprostowałem się, złapałem butelkę z szamponem i na palcach ruszyłem do przedpokoju, gdzie, wiedziałem, zobaczę potwora… Ku mej uldze, nikogo tam nie było.
    Wróciłem do łazienki. Zanim odstawiłem szampon, trwożliwie spojrzałem w lustro. Zadrapania zniknęły!


Stanisław Raginiak

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.

 Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.



komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

11 Października 2011, godz: 23:50

Ćwokowampiria - fragment 4


IV

    Wróciłem na politechnikę i z marszu zabrałem się za sprawy zetesempowskie oraz egzaminy, bowiem kończyła się zimowa sesja.
    W ciągu tygodnia miałem przynajmniej cztery zebrania ze studentami zrzeszonymi w ZSMP, na których omawialiśmy tezy kolejnego zjazdu PZPR, a także oceny pierwszego semestru. Rektor wyznaczył mi do pomocy trzech magistrów i dwóch doktorów, którzy – o czym sami mi powiedzieli – podobnie jak ja wszystko, co do tej pory osiągnęli, zawdzięczali partii.
    Po którymś zebraniu ogarnęły mnie wątpliwości związane z działalnością polityczną. Być może stało się tak dlatego, że coraz częściej doznawałem przykrości ze strony koleżanek i kolegów niezrzeszonych w ZSMP. Przy każdej okazji przezywano mnie „przydupem władzy”, „ślepym pachołkiem peerelu”, „czerwonym psem”, „ślepym durniem”, „komunistycznym nieukiem” oraz „matołem-karierowiczem”. Starałem się ignorować zaczepki, ale znosiłem je coraz gorzej.
    Pewnego dnia, gdy znowu dopadła mnie depresja, postanowiłem pójść do rektora i oświadczyć, że mam już dość przewodniczenia. Byłem już kilka metrów od gabinetu, gdy raptem zawróciłem. Przestraszyłem się konsekwencji takiego kroku. Przecież, rozważałem naprędce, studiowałem dzięki partii, towarzysze zafundowali mi politechnikę, a ja miałbym teraz tak im się odpłacić. Skoro partia dała mi indeks, to prawdopodobnie może też i odebrać, doszedłem do przekonania. Jak wtedy spojrzałbym w oczy towarzyszom z Sarwera?
    Na początku trzeciego roku rektor, profesor Arkadiusz Biorący, przyznał mi nagrodę pieniężną za dotychczasową działalność polityczną i… wyniki w nauce! Tego samego dnia awansowano mnie też na starszego kaprala podchorążego, chociaż na zajęciach wojskowych byłem tylko raz. Wszystko to jednak przywróciło mi wiarę w sens mojej politycznej misji i zmobilizowało do nauki, chociaż wciąż miałem ogromne problemy z przyswajaniem wiadomości. Na szczęście egzaminatorzy nadal byli dla mnie łaskawi.
    Rektor od dnia, w którym otrzymałem nagrodę, przy każdej okazji stawiał mnie za wzór innym studentom. Mówił zawsze to samo: – Gdybym miał więcej takich Lejków, moja uczelnia byłaby najlepsza w kraju!
   
    Na czwartym roku, ku wielkiej radości mojej, towarzyszy z Sarwera i rodziców, Biorący wytypował mnie na zagraniczny wyjazd.
    – Alfredzie Lejku, to nagroda za waszą wzorową pracę na uczelni, postawę polityczno-patriotyczną oraz dobre wyniki w nauce – mówił z uśmiechem. – Pojedziecie na kilka dni na Kubę, na Międzynarodowy Zjazd Socjalistycznych Organizacji Młodzieżowych. Waszą kandydaturę zaakceptował już sekretarz wojewódzki. Gratuluję! Winszuję uczelni oraz twojej fabryce, że wydała takiego towarzysza!
    Tydzień później byłem już na Kubie.
    Zjazd rozpoczął się w niedzielę. Po zakończeniu ośmiogodzinnej akademii w Pałacu Partii w Hawanie, zobaczyłem z bliska Fidela Castro, przywódcę kraju, który zadziwił mnie siedmiogodzinnym przemówieniem inaugurującym zjazd. Wystąpienie nosiło tytuł Socjalizm jako lekarstwo na wszystkie bolączki świata. Tekst, przetłumaczony na język polski, wzbudził we mnie entuzjazm. Szczególnie, gdy wczytując się w treść, trafiłem na akapit: Socjalizm, Towarzysze z całego świata, sprawi na pewno jedno: niedługo wszystkie socjalistyczne społeczeństwa, a więc i każdą socjalistyczną jednostkę, stać będzie prawie na wszystko! A jak już to wspólnie osiągniemy, dzięki przywódczej roli Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego i Jej Wielkiego Wodza, Leonida Breżniewa, to pójdziemy jeszcze dalej! Najdalej, jak tylko to będzie możliwe! W świetlaną przyszłość, gdzie socjalistyczni ludzie  będą mieli tyle wszystkiego, że już więcej nie będą chcieli, bo nie będą mieli gdzie pomieścić dóbr materialnych!
    Po ośmiu dniach wróciłem z Hawany na uczelnię z jeszcze większym przeświadczeniem, że socjalizm jest najlepszym systemem politycznym ze wszystkich, jakie dotąd wymyśliła ludzkość.
    Do ustroju i partii nie zniechęcały mnie wciąż docierające do moich uszu obraźliwe epitety koleżanek i kolegów niezrzeszonych w ZSMP. Czasem jednak wyprowadzony z równowagi ostrzegałem, żeby liczyli się ze słowami, bo wystarczy jedno moje kiwnięcie palcem i przestaną być studentami. Śmiali mi się wtedy w twarz i mówili:
    – Lejek, czy ty jesteś ślepy i głuchy? Nie widzisz, że dni twojej organizacji i partii są policzone? Daj sobie spokój z tym wszystkim. Polska niedługo odzyska wolność, a ty wciąż wierzysz w jakieś tam komunistyczne brednie.
    To chyba przez te codzienne scysje któregoś dnia puściły mi nerwy i spoliczkowałem dwóch studentów trzeciego roku, którzy mijając mnie na korytarzu, splunęli mi pod nogi. Wieść o zdarzeniu błyskawicznie rozniosła się po politechnice. Pół godziny później siedziałem już u rektora, opowiedziałem dokładnie, jak było. – Towarzyszu profesorze, ci dwaj sprowokowali zajście – zakończyłem.
    Następnego dnia prowodyrzy zostali skreśleni z listy studentów, a ja w oczach Biorącego urosłem do rangi bohatera, ponieważ – jak podkreślił – „z determinacją przeciwstawiłem się przeciwnikom ustroju”.
    Niestety, bohaterem byłem tylko dla niego. Studenci, zarówno zrzeszeni jak i nie, coraz częściej unikali mojego towarzystwa. Wymyślono kilka kolejnych inwektyw pod moim adresem, z których „kabel” i „podpierdalacz” nie należały do najbardziej obraźliwych. Czułem się coraz gorzej w murach uczelni. Jednak na przekór wszystkim i wszystkiemu postanowiłem, że do ostatniego dnia mojej edukacji w Gdańsku będę bronił socjalistycznych idei.
   
    21 czerwca 1988 roku szczęśliwie skończyłem studia. Trzy dni później wyjechałem  do Moskwy. Władze uczelni w nagrodę za najlepszą pracę dyplomową wysłały mnie na czterotygodniowe wykłady w Komitecie Centralnym KPZR na temat marksizmu i leninizmu.
    Nie spodziewałem się takiego wyróżnienia, podobnie zresztą jak i wysokiej oceny pracy, ponieważ z braku czasu (często wyjeżdżałem na spotkania zetesempowskie do innych uczelni, przekazywałem sprawy organizacji następcy) dokonałem plagiatu, za cichym zresztą przyzwoleniem rektora i dwóch profesorów.
    Po powrocie z ZSRR wpadłem na politechnikę. Spotkałem się z towarzyszem Arkadiuszem Biorącym, by podzielić się refleksjami z wyjazdu, odebrałem też dyplom i pożegnaliśmy się.
    Gdy pełen optymizmu wyszedłem z budynku, usłyszałem gwizdy. Rozejrzałem się, w kilku oknach zobaczyłem studentów… Przyspieszyłem kroku, wsiadłem do pierwszego lepszego autobusu, byle tylko jak najszybciej uciec od przeklętego miejsca, siedliska przeciwników ustroju! Skurwysyny, odważni się zrobili – rozmyślałem zdenerwowany, spoglądając na oddalające się miasteczko uniwersyteckie. Lepiej mnie nie prowokujcie, bo jeszcze mogę tu wrócić, a wtedy wam pokażę!
    Nieprzyjemne rozstanie z uczelnią zrekompensowali mi rodzice, którzy powiadomieni dzień wcześniej o moim powrocie czekali z kwiatami i wyjątkowo obficie zastawionym stołem. W moim pokoju ojciec napisał kredą na szafie: Serdecznie witamy naszego syna-inżyniera! Wzruszyłem się.
    Oj, tego dnia tęgo popiliśmy z tatą. Matka, co trochę mnie męczyło, przez długi czas siedziała obok mnie i nieustannie powtarzała, że nigdy nie przypuszczała, iż doczeka dnia, w którym jej jedynak zostanie uczonym.
    – Mamo, nie jestem żadnym u c z o n y m, tylko inżynierem – prostowałem.
    – Daj spokój, niech się nacieszy… Ja też jestem z ciebie dumny, że taki mądry… taki wykształcony wróciłeś do domu. No, zdrówko – ojciec podniósł kieliszek.
    Mądry i wykształcony, powtórzyłem w duchu. Oj, tatku, dobrze, że nie znasz prawdy.
 
    Kilka dni później zameldowałem się w fabryce. Dyrektorowi Januaremu Koślewiczowi podziękowałam za to, że dzięki niemu, Patałachowi, Ciuliszkiewiczowi i Komarowskiemu mogłem skończyć studia. Szef wstał zza biurka, uścisnął mi prawicę i powiedział, że jest ze mnie dumny.
    – Inżynierze Lejek, jesteście wyjątkową jednostką socjalistyczną w naszej fabryce –  rzekł patetycznie i usiadł. – Proszę też spocząć – wskazał na krzesło. – Zawsze, jak sobie przypominam, byliście ponad przeciętność. Nie sposób zapomnieć waszych wniosków racjonalizatorskich, którymi zarzucaliście komisję. To jednak już przeszłość. Teraz jesteście fachowcem najwyższej klasy, który – co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości – zacznie przekuwać w czyn zdobytą wiedzę.
    – Oj, towarzyszu dyrektorze, z tą wiedzą to byłbym ostrożny. Za wiele to się nie nauczyłem – odpowiedziałem natychmiast. – Jak pan dyrektor…
    – Tylko nie pan. Panowie to byli przed wojną… – zwrócił mi uwagę.
    – Rozumiem. Jak towarzysz dyrektor zapewne wie, na politechnice zajmowałem się głównie działalnością polityczną.
    – No no, nie bądźcie tacy skromni, czegoś tam zawsze was nauczyli przez cztery lata.
    Nie bardzo wiedziałem, co powiedzieć. Po namyśle dodałem powściągliwie: – Naturalnie, czegoś się tam nauczyłem, na pewno przydam się fabryce.
    – A jak z waszym zdrowiem, nadal miewacie kryzysy?
    Nie spodziewałem się, że zapyta o to. Wbiłem w niego wzrok i rzekłem: – Dyrektorze, generalnie już od dłuższego czasu czuję się nieźle. Być może w Gdańsku sprzyjał mi klimat... Trudno jednak powiedzieć, jak będzie w Sarwerze.
    – Mówiąc o klimacie, macie na myśli polityczny?
    – Nie, miałem na myśli powietrze, jod… wilgoć.
    – Aaa… W ZSMP chyba ciężko nie było? – zapytał zmieniając temat.
    – Ze zrzeszoną młodzieżą dawałem sobie radę, gorzej było z tymi, którym nie podoba się socjalizm, zabrali mi sporo zdrowia – już świerzbił mnie język, żeby wspomnieć, jak zostałem pożegnany przez studentów, ale się powstrzymałem.
    – Cóż, nie wszyscy są z nami… Inżynierze, przez lipiec sobie odpocznijcie, poukładajcie swoje sprawy, a potem, od sierpnia, do dzieła! Muszę was jednak uprzedzić, że w fabryce i mieście sytuacja jest bardzo napięta… Nielekko nam, towarzyszom, ale  jeszcze jakoś się trzymamy.
    – Robotnicy, jak słyszałem od ojca, buntują się coraz bardziej – wtrąciłem.
    – To prawda. Wierzyć się nie chce, ale grożą nam, dyrekcji i partii, że niedługo wywiozą nas na taczkach i utopią w Kici! Do czego to dochodzi! – Koślewicz nie krył wzburzenia.
    – Nieprawdopodobne!
    – Sami się niedługo przekonacie.
    Po powrocie do domu nie mogłem się doczekać na ojca. Gdy wreszcie się zjawił, opowiedziałem o spotkaniu z dyrektorem i zapytałem, czy rzeczywiście sytuacja w Sarwerze  i zakładach pracy jest aż tak napięta. Nie od razu chciał rozmawiać, dopiero po obiedzie zawołał mnie do pokoju i powiedział, że brakuje tylko iskry, aby doszło do społecznych zamieszek.
    – Ludzie, robotnicy mają już dość tego przeklętego socjalizmu, co trzyma się już tylko dzięki armii i milicji – mówił cicho, jakby się czegoś bał. – Jednak każdy choć trochę myślący człowiek wie, że dni tego ustroju są policzone. Twojej partii zresztą też. Już prawie żaden robotnik nie wierzy towarzyszom.
    Patrzyłem na ojca i nie miałem najmniejszych wątpliwości, że mówi prawdę. Zdenerwowany wstałem i postanowiłem przejść się na miasto. Minąwszy blok, skręciłem jednak do pobliskiego lasu. Doszedłem do wniosku, że muszę w spokoju zastanowić się nad tym, co usłyszałem przed chwilą i wcześniej od dyrektora.
   
    W sierpniu wróciłem na dawne stanowisko, ale już po tygodniu awansowałem na zastępcę głównego inżyniera Wydziału Pługów. Zmieniono mi angaż, podniesiono pensję. Kilka dni później na zebraniu partyjnym zostałem drugim zastępcą sekretarza Komarowskiego. Na moją prośbę komisja zakładowa przydzieliła mi służbową kawalerkę w starym budownictwie. Uznałem, że najwyższy czas wyprowadzić się od rodziców. Słowem, miałem powody do satysfakcji. Jak na razie nic nie wskazywało na to, że w fabryce dzieje się źle. 
    Niestety, jak się wkrótce przekonałem, rzeczywistość w zakładzie nie napawała optymizmem. Produkcja na większości wydziałów niemal zupełnie stała. Każdego dnia dochodziło do kłótni między robotnikami a kierownictwem. Związkowcy z „Solidarności” strajkowali, domagając się podwyżek płac oraz – co mnie bardzo zaniepokoiło – usunięcia z fabryki wszystkich „towarzyszy-darmozjadów”, jak nas określali.
    Jeśli to jeszcze nie jest koniec świata, to naszej fabryki na pewno, myślałem przerażony. Gdzie ja wróciłem? O co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi? Byłem przekonany, że winę za cały bałagan w „Glebie” ponosili wrogowie socjalizmu – „wichrzyciele”, jak określił ich Ciuliszkiewicz.
    Po dwóch miesiącach zrozumiałem na dobre, że żyję i próbuję pracować w jakimś dziwnym, chorym świecie. Najchętniej wróciłbym do Gdańska, może znalazłbym tam pracę. Jednak gdy tylko przypomniałem sobie pożegnanie zgotowane przez studentów, odrzuciłem ten pomysł. Zresztą, jak słyszałem w telewizji i radiu, na Wybrzeżu sytuacja też była napięta. I to chyba bardziej niż w Sarwerze.
    Któregoś dnia jeden z tokarzy powiedział do mnie, że „cała ta partia to jedna wielka lipa”. – Nasz, towarzyszy czas dobiega końca – dodał i na moich oczach porwał legitymację.
    Zdenerwowałem się, ale szybko mi przeszło. Czułem, że miał rację.  
    Po tej krótkiej, ale jakże wymownej rozmowie z robotnikiem, wieczorem długo zastanawiałem się nad swoim życiem i doszedłem do wniosku, że dałem się omamić towarzyszom, zarówno tym w fabryce, jak i na uczelni.
    Kilkakrotnie próbowałem porozmawiać z ojcem na temat partii i mojej kariery polityczno-zawodowej, ale jakoś nie kwapił się do dyskusji. Jednak którejś soboty, po moim krótkim i smutnym monologu, odezwał się:
    – Cieszę się, że wreszcie zmądrzałeś, że patrzysz inaczej, głębiej i szerzej. Już dawno ci mówiłem, że komunizm to najgorsza zaraza, jaka mogła przytrafić się ludziom. Jestem święcie przekonany, że jego dni są policzone. Studiowałeś, to nie chciałem cię denerwować, nie mówiłem o tym, co towarzysze wyrabiają z narodem. Ty, jak zauważałem, całkiem oślepłeś w tym Gdańsku. Na szczęście przejrzałeś na oczy. Synu, tak dalej być nie może, wszystko się wali w tym kraju, a czerwoni wciąż nie chcą oddać władzy. Jeszcze na coś liczą, na jakiś cud, który już nie nastąpi – przerwał, zapalił, wpatrzył się we mnie i po namyśle dodał: – Dziś mam trochę żal do siebie, że podczas twoich przyjazdów przemilczałem wiele trudnych spraw, z którymi borykamy się tu, w Sarwerze, ale nie chciałem cię niepokoić… Studia były ważne, bardzo ważne, zatem może i dobrze robiłem. Boże kochany, żeby to w życiu choć jedna rzecz była prosta… – westchnął. – Jedno jest pewne, synu, jako naród dobijamy do brzegu. Na moje to w Polsce niedługo stanie się coś wielkiego. Jeszcze nie wiem, co to będzie, ale – słuchałem Wolnej Europy – niewykluczone, że socjalizm upadnie, że dojdzie do zmiany ustroju.
    – Co też ojciec opowiada, to niemożliwe!
    – „Solidarność” urosła w tak wielką siłę, że już nikt i nic jej nie zatrzyma – stwierdził   i opuścił pokój. 
    Do rozmowy powróciliśmy podczas niedzielnego obiadu.
    – Jakże byłem niedojrzały i naiwny, że dałem się tak otumanić – przyznałem. – Pojęcia nie mam, dlaczego dopiero teraz widzę, jakie to wszystko beznadziejne w tej partii, z sekretarzem zakładowym Komarowskim na czele, dyrektor zresztą nie lepszy. Jeden i drugi to tchórze, boją się wyjść ze swoich gabinetów, żeby porozmawiać z robotnikami, uspokoić ich, powiedzieć prawdę o fabryce.
    – Pociesz się, nie tylko ty byłeś ślepy i głuchy – usłyszałem od ojca. – Jak tylko zacząłeś studia, to, nie powiem, cieszyliśmy się z matką. Jednak wszystko, co działo się i  dzieje w kraju, z dnia na dzień coraz bardziej zniechęcało nas do twoich towarzyszy. Czasem, przyznaję, myślałem nawet, że lepiej było pozostać ci technikiem niż bratać się z czerwonymi. Ale łatwo się mówi po niewczasie… Przecież to mnie się marzyło, żebyś został inżynierem, pierwszym w naszej rodzinie… Niełatwe to wszystko… W końcu przestałem się zadręczać, że taka a nie inna droga zaprowadziła cię na studia…
    – Wstydu wam ani sobie nie przyniosłem… – wtrąciłem. – Chociaż czasami przesadzałem z tak zwaną miłością do ojczyzny, do ustroju.
    – Od początku, jak tylko zapisałeś się do partii, patrzyłam na to ze strachem. Pewnie dlatego, że nigdy nie dawałam wiary tym z PZPR-u – niespodziewanie włączyła się matka. – Synu, teraz już mogę powiedzieć ci jeszcze coś innego, że niektórzy z bloku i z osiedla często nam dokuczali, gdy skądś się dowiedzieli, że jesteś na studiach dzięki partii. Wiesz, Sarwer to małe miasto, wszystko się tu rozniesie. Ciężko było wytrzymać, jak się ludzie podśmiewali, że ktoś bez jednej klepki chce zostać inżynierem…
    – Co za dziadostwo! – poniosło mnie. – Trzeba było nie przejmować się durniami!
    – Matka, daj spokój, nie chcę już o tym słuchać! – ostro zareagował ojciec. – Alfred, czasami, żeby spokojnie zasnąć, myślałem sobie tak: a niech chłopak się pnie wyżej, przecież nie każdy partyjniak musi być zły... No, starczy... Coś mi dziś słabo, muszę się położyć.
    
    Nazajutrz poprosiłem Komarowskiego o rozmowę. Przyjął mnie na stojąco i nie pytając, po co przyszedłem, wrzasnął:
    – Jak nadal będziesz węszyć i buntować ludzi przeciwko partii, to gorzko tego pożałujesz! Na początek zabierzemy ci mieszkanie!
    Zbaraniałem. Nie pojmowałem, o co mu chodzi. Próbowałem wyjaśnić, że nikogo nie buntuję, ale na niewiele się to zdało. Sekretarz odwrócił się do mnie plecami i kazał wyjść.
    Co takiego zrobiłem, żeby tak się zachowywał? – zastanawiałem się idąc korytarzem. Fakt, przypomniało mi się, ostatnio w rozmowach z robotnikami skrytykowałem co ważniejszych towarzyszy z fabryki. Zrobiłem to, ponieważ już od dłuższego czasu słyszałem i widziałem, że los zwykłych pracowników obchodzi ich tyle, co zeszłoroczny śnieg. Przyglądając się w ostatnim okresie kierownictwu uznałem, że zupełnie przestało panować nad zakładem i źle nim zarządzało. Koślewicz, jego zastępcy, także Komarowski i niemal cały aktyw partyjny wciąż wierzyli w cud, który z dnia na dzień miałby uzdrowić „Glebę”. W ich rozumieniu, jak niechcący usłyszałem, miałaby to być interwencja milicji i aresztowanie przeciwników ustroju. Wiedziałem, że jest to najgorsze i najbardziej ryzykowne rozwiązanie, dlatego od kilku dni rozmawiałem z robotnikami i tłumaczyłem im, najlepiej jak potrafiłem, przynajmniej niektóre przyczyny naszych problemów. Wspominałem o złym centralnym zarządzaniu, o złej kooperacji, a także o zbyt kosztownej produkcji naszych maszyn i urządzeń. Nie zawsze rozumieli, o czym mówię, ale doceniali to, co robiłem.
    I chyba dlatego, gdy na początku lutego 1989 roku doszło w fabryce do generalnego strajku, załoga zwróciła się do mnie, abym stanął na jego czele. To był szok, nie tylko dla mnie, ale dla całego kierownictwa! Koślewicz i Komarowski natychmiast kazali mi odmówić, ale się sprzeciwiłem. Jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mi, że powinienem być z tymi, z którymi przecież kilka lat temu pracowałem ramię w ramię.
    Robotnicy z głównego wydziału zrobili prowizoryczne podium. „Niech mówi inżynier Lejek! Niech mówi inżynier Lejek!” – wołało kilkudziesięciu mężczyzn. Nie patrząc na konsekwencje wskoczyłem na podest i prosząc o spokój zacząłem mówić o złym zarządzaniu „Glebą”. Wypowiedziałem może kilkanaście zdań, gdy nie wiadomo skąd wyrosło koło mnie kilku drabów w ciemnych płaszczach i kapeluszach, a na salę wpadło kilkudziesięciu milicjantów… Wykręcono mi ręce, ktoś pięścią uderzył w twarz… 
    Gdy odzyskałem świadomość, byłem w samochodzie w towarzystwie dwóch trzymających mnie pod ręce typów. – Ruszaj! – krzyknął któryś do kierowcy. Straszliwie bolała mnie głowa. Przerażony bałem się zapytać o cokolwiek. Patrzyłem przez niemal całkowicie zasłoniętą szybę i zastanawiałem się, dokąd mnie wiozą? Po kilkunastu minutach samochód zatrzymał się przed niewielkim, starym budynkiem, którego nigdy dotąd nie widziałem. Chwilę później znalazłem się w zimnym, ciasnym, słabo oświetlonym pomieszczeniu.
    – Towarzyszu Lejek, posiedzicie tu trochę, to może nabierzecie rozumu – usłyszałem. Spojrzałem w lewo i zobaczyłem niskiego, otyłego faceta. Siedział okrakiem na krześle. – Może zmądrzejecie! – powtórzył głośniej, wstał i trzasnąwszy drzwiami wyszedł.
    Dopiero po kilku godzinach, wymarznięty i głodny, zostałem brutalnie wyciągnięty z izby i zaprowadzony do pokoju, gdzie za biurkiem siedział nieznany mi, starszy mężczyzna. Jego tępa i przekrwiona twarz oraz małe, chytre oczka nie wróżyły niczego dobrego.
    – A oto i nasz niepokorny towarzysz, rewolucjonista Lejek! – zaczął i wskazał na krzesło, a gdy trzęsąc się z zimna usiadłem, uśmiechnął się gapowato, podszedł do mnie i wrzasnął: – Towarzyszu! Mam nadzieję, że już coś zrozumieliście, że coś do was dotarło! Nie myślcie sobie, że partia pozwoli, aby jej członek buntował przeciwko niej klasę robotniczą i stając na jej czele, chciał zwalczać socjalizm! Zostaliście zastępcą sekretarza! Daliśmy wam wykształcenie! Mieszkanie! Podwyżkę! A wy tak szybko o tym wszystkim zapomnieliście?! Zachciewa się wam rewolucji?! – odszedł i uderzył pięścią w stół. – Gadajcie mi tu zaraz, że zrozumieliście swój błąd i głęboko żałujecie!
    – Pan wybaczy, ale nie bardzo rozumiem… – odezwałem się spokojnie, chociaż cały się trząsłem, bardziej z zimna niż ze strachu.
    – Nie róbcie wariata z siebie i ze mnie! Nie wkurwiajcie mnie, bo możecie tego gorzko pożałować! Pytam ostatni raz, zrozumieliście swój błąd?! Żałujecie, że buntowaliście załogę?!
    – Jaki błąd? Nikogo nie buntowałem... Stanąłem na czele strajku… żeby wreszcie głośno powiedzieć o tym… co jest złe w fabryce, a nie po to, by wzniecać bunt…
    – Widzę, że dalej jesteście hardzi... Trudno, skoro nie chcecie się przyznać do błędu…– urwał i usiadł za biurkiem, a zapaliwszy papierosa dorzucił: – Niech inżynier teraz dobrze słucha. Na jakiś czas odizolujemy was od roboli, zamkniemy w szpitaliku... Nie mamy wyjścia. Partia musi być zdecydowana w walce z jej przeciwnikami! – wykrzyczał ostatnie zdanie i jak oparzony zerwał się z miejsca. – Tak, właśnie tak z wami zrobimy! Wpakujemy do psychiatryka, rzucimy między świry! Informuje was o tym szef sarwerowskiej bezpieki! Nie chcecie popierać władzy ludowej, która tyle wam dała, to nauczymy was moresu! Możecie być pewni, że jak wyjdziecie z wariatkowa, to już nie będziecie tym samym Alfredem Lejkiem! Już tam zaopiekują się wami! Już my poprosimy towarzyszy lekarzy, aby inżynierem zajęli się szczególnie! Tak was nafaszerują prochami, że każdego dnia będziecie chodzić jak pijany! Zrobią wam taką wodę z mózgu, że zapomnicie, jak się nazywacie! Życiorys też, towarzyszu, będziecie mieli zasrany na zawsze! A na koniec wystawi się wam papiery… w odpowiednim kolorze… cha! cha! cha!  
    – Nie macie prawa zamykać mnie w zakładzie! – zaprotestowałem i uszczypnąłem się w policzek, by się przekonać, że nie śnię.
    – Co wy mi tu… wykolejony towarzyszu! My mamy prawo do wszystkiego! To my jesteśmy prawem! – bezczelnie rzucił mi w twarz szef bezpieki i aż się opluł ze złości. Po chwili jednak uśmiechnął się nienaturalnie i rzekł ciszej: – Żebyście jednak, Lejek, nie myśleli, że nie mam serca, to dam wam jeszcze jedną szansę... Po tym wszystkim, co wam powiedziałem, wrócicie do izolatki i zastanowicie się nad sobą, nad waszą antysocjalistyczną  postawą. Może w końcu pójdziecie po rozum do głowy… Szkoda waszego życia. Jeszcze wszystko możecie odmienić… Dam wam pół godziny. Ufam, że się opamiętacie i dalej będziecie iść z nami w jednym szeregu, w przeciwnym razie… będzie po was! – zakończył groźnie i wezwał funkcjonariuszy. – Zaprowadzić do izolatki!
    Jasny gwint, co ja takiego zrobiłem, żeby tak mnie traktować? Jak mogli mnie zamknąć i grozić psychiatrykiem? – rozmyślałem chodząc po izbie i wymachując rękoma, gdyż zimno dawało się we znaki. Czego chce ode mnie bezpieka? O nie, nie ich doczekanie, abym przyznał się do czegoś, czego nie zrobiłem, obiecałem sobie w duchu. Nie zastraszą mnie gnojki, nie zabronią mówić prawdy. Nagle pomyślałem o ojcu, że miał rację, gdy mówił źle o towarzyszach. Usiadłem na metalowej pryczy, spojrzałem na zegarek, został mi kwadrans. Po chwili podszedłem do drzwi i kopnąwszy w nie krzyknąłem: – Kanalie! Możecie ze mną zrobić, co chcecie! Zdania nie zmienię! Trzeba skończyć z okłamywaniem ludzi! – Za moment do pomieszczenia wpadło dwóch drabów. Chwycili mnie za ręce i włosy i wywlekli na korytarz. Kątem oka dostrzegłem szefa służby bezpieczeństwa. – Do samochodu z nim i wieźć do czubów! – krzyknął.
 
    W zakładzie psychiatrycznym w Derborowie trzymano mnie ponad dwa miesiące.
    Od pierwszej chwili, zanim jeszcze zostałem umieszczony w czteroosobowej sali bloku „C”, zrozumiałem, że czeka mnie piekło. Tuż po ostrzyżeniu i kąpieli, przebrany w przydużą piżamę, zostałem uderzony w twarz przez wysokiego i tęgiego pielęgniarza. – Pierwszy raz mam towarzysza, któremu nie podoba się Polska Ludowa! – zawołał i roześmiał się.
    Następnego dnia, po koszmarnej nocy (moi współtowarzysze chodzili po izbie, kłócili się, gadali sami do siebie), zaprowadzony zostałem do niewielkiej sali, gdzie przy długim stole siedziało dwóch mężczyzn w przedemerytalnym wieku. Ubrani byli na biało. Domyśliłem się, że to lekarze. Jeden z nich, łysy i krępej budowy, badał mnie przez kilkanaście minut. Następnie zajął się mną drugi, szczuplejszy, szpakowaty i z kozią bródką. Zaczął zarzucać mnie pytaniami, najczęściej tak idiotycznymi, że nie miałem wątpliwości, iż mam do czynienia z durniem najwyższego formatu. Pytał dosłownie o wszystko, od daty urodzin po… ilość kontaktów seksualnych. „Egzamin” dotyczył też Pisma Świętego (z ilu składa się Ewangelii, czy wiem, o czym jest Księga Hioba) oraz budowy… silnika odrzutowego. Padło także pytanie, w jakim czasie woda wypłynie ze zbiornika o pojemności jednego kilometra sześciennego, jeśli w ciągu sekundy ubywać będzie litr? Nie udzieliłem żadnej odpowiedzi, co rozwścieczyło lekarza. W końcu, gdy kazał podać datę i miejsce urodzenia Lenina, nie wytrzymałem i rzuciłem się na niego. Natychmiast jednak zostałem obezwładniony przez sanitariuszy. Przyodziany w kaftan bezpieczeństwa, znowu stanąłem przed typami.
    – Ty narwany chuju! – prosto w twarz krzyknął mi ten łysy. – To my do ciebie grzecznie, jak do każdego głupka, a ty z pięściami na psychiatrę?! Spróbuj teraz! Do izolatki  z nim!
    – Skurwysyny, jeszcze się spotkamy! – krzyknąłem ciągnięty do drzwi.
    – Takiego chuja! – krzyknął psychiatra i podbiegłszy uderzył mnie w brzuch. – Jebnięty jesteś od zawsze! Wszystko o tobie wiemy! Z Derborowa wyjdziesz nogami do przodu! Sanitariusz, wpakować gnoja na tydzień do izolatki!
    Z ciasnego i zimnego pomieszczenia wychodziłem jedynie na codzienny dziesięciominutowy spacer po niewielkim placu otoczonym wysokim murem. Przez całe dnie faszerowano mnie tabletkami, pojono na siłę jakimś śmierdzącym lekarstwem, a gdy próbowałem je wypluć, sanitariusz uderzał mnie pałką w plecy i groził, że jeśli jeszcze raz  tak zrobię, będę miał lodowaty prysznic. Przebywając w odosobnieniu, straciłem poczucie czasu, nie wiedziałem, jaki jest dzień ani jak długo jestem już w szpitalu. Raz i drugi w krótkiej rozmowie z dość miłym, młodym lekarzem dyżurującym poprosiłem go dyskretnie, aby umożliwił mi kontakt z rodzicami.
    – Na razie to niemożliwe. Nie wykluczam jednak, że może z czasem da się coś załatwić – szepnął mi na osobności.
    Byłem u kresu wytrzymałości. Zacząłem myśleć o samobójstwie, ale szybko doszedłem do wniosku, że to zły pomysł: byłby przecież na rękę moim przeciwnikom.
   
     – Towarzyszu Lejek, chyba jesteście urodzeni w czepku! – usłyszałem któregoś dnia na korytarzu i wstałem z podłogi (w izolatce była jedynie szeroka deska przymocowana do ściany, którą na noc opuszczano, to było moje łóżko). Otworzyły się drzwi. – Wychodzimy, przyjechali twoi rodzice! – poinformował pielęgniarz.
    – Moi… rodzice? – zdziwiłem się, z trudem powstrzymując wzruszenie.
    – Matka i ojciec.
    Za chwilę w towarzystwie łysego doktora i dwóch sanitariuszy podreptałem na drugą część bloku. Ze szczęścia, że ujrzę rodziców, łzy popłynęły mi po twarzy. Zatrzymaliśmy się. Jeden z drabów otworzył metalowe drzwi i wepchnął mnie do środka. Przed sobą zobaczyłem siedzących na taboretach dwoje golutkich staruszków. Widok był przerażający!
    – To nie moi rodzice! – zawołałem odwracając się do drzwi.
    – Patrzcie go, to nie jego mamusia i tatuś! – szydził lekarz. – Dobrze się przyjrzyj, może to jednak oni!
    – Wy skurwysyny, jak możecie robić coś tak podłego?! 
    – Widać możemy! Jak to nie twoi starzy, to czyi?! – drwił dalej łysy. 
    – Nie wiem… – odpowiedziałem patrząc przez moment na otępiałych, wystraszonych starców. – Bydlaki, Bóg was za to ukarze! – rzuciłem w stronę zwyrodnialców.
    – Ciebie już ukarał, bo zabrał ci rozum! – kpił medyk. – Chłopaki, skoro ten debil nie poznaje rodziców, to zabierzcie go do izolatki!
   
    Dni mijały. Mimo ponawianych próśb, nie udało mi się skontaktować z rodzicami.
    – Jeśli nic się nie zmieni, jutro was wypiszemy – usłyszałem któregoś popołudnia od ordynatora, od którego śmierdziało wódką. – Swoje odpokutowaliście, będziecie mogli wrócić do świata normalnych…  
    – Mnie już wszystko jedno… wyjdę czy nie wyjdę… – z trudem cedziłem słowa. – Zniszczyliście mi resztę zdrowia… jestem wrakiem… jak mogliście tak ze mną postępować? Przecież nie jestem wariatem.
    – To wy tak uważacie. Nie tragizujcie, inżynierze, wrócicie do domu i jakoś wszystko powoli się poukłada – pocieszał zapalając papierosa i ironicznie się uśmiechając. – Mieliśmy wypisać obywatela prędzej, ale gdzieś wyżej wstrzymano wcześniejszą decyzję. Wszelkie dokumenty prześlemy pocztą.
   
    Derborowo opuściłem w połowie kwietnia. Przyjechał po mnie ojciec z sąsiadem, który miał syrenkę. Gdy tylko wsiedliśmy do samochodu, tata objął mnie i powiedział:
    – Nie spocznę, dopóty ta czerwona, komunistyczna banda nie zostanie rozpierdolona! Nie spocznę, dopóty nie staną przed sądem ci, którzy zamknęli cię w domu wariatów!
    – Ojciec, sam sobie z nimi poradzę…
   
    Przez kilka dni leżałem w łóżku pod troskliwą opieką matki. Ojciec, gdy tylko zauważył, że odzyskałem nieco siły, opowiedział, co działo się w kraju. Na koniec dodał: – Coraz bardziej zanosi się na to, że towarzysze oddadzą władzę „Solidarności”. Zobaczysz, niedługo doczekamy wolnej Polski. Pomaga nam Ameryka, wiele dobrego dla ojczyzny robi nasz papież.
    Opowiadał również o swoich staraniach, aby jak najszybciej wyciągnąć mnie z zakładu psychiatrycznego. Niestety, Koślewicz i Komarowski zamykali przed nim drzwi. Nie pomagały interwencje w Komitecie Miejskim u Patałacha, który w kółko powtarzał, że ta sprawa przerasta jego kompetencje.
    Pobyt w Derborowie zniszczył moje zdrowie psychiczne i fizyczne. Schudłem prawie piętnaście kilogramów. Dodatkowym nieszczęściem było to, że dyscyplinarnie zwolniono mnie z pracy, w trybie natychmiastowym. Rodzice, z oczywistych powodów, przez ponad tydzień wahali się, czy mi o tym powiedzieć. Odebrano mi też mieszkanie służbowe, którego – na szczęście – nie zdążyłem urządzić. Pracodawca zapłacił mi jedynie za ostatni okres zatrudnienia oraz za czas pobytu w zakładzie. Pieniądze przesłano pocztą.
    Przygnębiony sytuacją, popadałem w coraz większą depresję. Jakby tego było mało, przypomniałem sobie o „żółtych papierach”, które miałem mieć wystawione.
    Gdy któregoś dnia poczułem się nieco lepiej, co było niewątpliwą zasługą matczynej opieki, do mojej świadomości dotarło, że przez bliżej nieokreślony czas zdany będę na łaskę rodziców, którzy – jak zdążyłem się zorientować – z coraz większym trudem wiązali koniec  z końcem. Niemal każdego dnia narzekali też na brak podstawowych artykułów w sklepach i na nieustannie rosnące ceny.
    – Nie dość, że pieniądze są coraz mniej warte, to ci zasrani towarzysze z gazowni każą się cieszyć takim jak ja, znaczy niepartyjnym, że mamy jeszcze pracę – któregoś wieczora w kuchni rzekł ojciec do matki.
    – Machnij ręką na tych szatanów, najważniejsze, żebyś nie stracił roboty. I mów trochę ciszej, nie chcę, żeby Alfred słyszał takie rzeczy.
   
    Przez kilkanaście kolejnych dni nadal nie wychodziłem z mieszkania. Wychudzony, wstydziłem się pokazać ludziom na oczy.
    – Alfred, nie uwierzysz, ale niektórzy z naszego i z sąsiednich bloków, szczególnie starsi, zaczepiają mnie i pytają, kiedy cię wreszcie zobaczą? – któregoś dnia odezwał się ojciec. Spojrzałem na niego zaskoczony. Uśmiechnął się i dodał: – Tylko przypadkiem nie myśl, że raptem stałeś się dla nich ważny, że martwią się o ciebie. Nic bardziej mylnego. Tym fałszywcom chodzi o coś zupełnie innego… Chcą na własne oczy zobaczyć prawdziwego w a r i a t a. I to jest jedyny powód, dla którego pytają o ciebie.
    – Tak też i myślałem...
    – Miałem ci czegoś nie mówić, ale skoro tak spokojnie przyjąłeś to, co powiedziałem przed chwilą… Synu, wczoraj ktoś złośliwie na parterze powiesił kartkę z napisem: „Serdecznie witamy inżyniera-wariata”. Żeby temu komuś ręka uschła. Chyba się domyślam, kto to zrobił… ten pijanica Drzyciwirski. Zawsze coś do nas miał...
    – Ojciec, daj spokój… Szkoda twoich i moich nerwów. Najważniejsze, żebym się jak najszybciej pozbierał... Nie mogę być wam kulą u nogi.
    – Nie jesteś. Jakoś sobie damy radę… – niemal szepnął i wyszedł z pokoju. 



Stanisław Raginiak

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.

 Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.



komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

10 Października 2011, godz: 16:49

Wybory parlamentarne 2011


Wyniki wyborów w Gmina Łukta:

 

frekwencja 31,39 %

PIS - 14,03 %
PJN - 1,89 %
SLD - 5,07 %
RP - 15,92 %
PSL - 16,12 %
"Sierpień 80" - 0,70 %
PO - 45,57 %
"
Nasz Dom" - 0,70 %

 

źród


komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

3 Października 2011, godz: 08:58

Ćwokowampiria - fragment 3


III

    Od września, pracując w zakładzie elektryczno-budowlanym, rozpocząłem naukę w trzyletnim technikum mechanicznym, kierunek: maszyny rolnicze. Szkołę ukończyłem w 1980 roku.
    Jako działacz Związku Młodzieży Socjalistycznej przez trzy lata zapracowałem sobie na dobrą opinię u towarzysza Damazego Ciuliszkiewicza, jednego z ważniejszych lokalnych partyjniaków, notabene zastępcy Ildefonsa Patałacha, sekretarza Komitetu Miejskiego.
    Zgodnie z sugestią Ciuliszkiewicza, zaraz po maturze zwolniłem się z zakładu i przy jego poparciu podjąłem pracę w Fabryce Maszyn Rolniczych „Gleba”, której dyrektorem był January Koślewicz.
    W zakładzie pojawiłem się w trudnym dla niego okresie. Kraj od kilku lat pogrążał  się w kryzysie gospodarczym i politycznym. Brakowało surowców do produkcji maszyn, załamał się eksport. Robotnikom zaczęto obniżać zarobki, wielu zwolniono w wyniku redukcji etatów.
     W domu, głównie z ojcem, zastanawialiśmy się, co dalej będzie z Polską? Jego zakład gazowniczy też miał problemy, może nie aż takie jak mój, ale – jak mówił – „załoga czuła się tak, jakby siedziała na beczce prochu”.
    Z dnia na dzień zacząłem baczniej przyglądać się sytuacji w kraju i szybko zrozumiałem, że socjalizm w obecnym wydaniu nie ma szans na przetrwanie.
    Z ojcem przegadaliśmy na ten temat niejeden wieczór, a czasem nawet jeszcze po północy w naszym pokoju paliło się światło. Mówił głównie on. Z wielu ważnych zdań, jakie wtedy wypowiedział, jedno szczególnie utkwiło mi w pamięci: – Na moje to ten ustrój niedługo upadnie. Stanie się coś, w co dziś jeszcze prawie nikt nie wierzy. Synu, zobaczysz, że doczekamy się prawdziwej wolności.

    Kilka tygodni później, w iście ekspresowym tempie zostałem w zakładzie członkiem Podstawowej Organizacji Partyjnej, której przewodził Ignacy Komarowski. Był lipiec 1980 roku, rząd wprowadził podwyżki cen wędlin i mięsa, w efekcie czego w kilku miastach wybuchły strajki załóg zakładów wędliniarskich. W sierpniu do strajkujących dołączyli pracownicy Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Nie trzeba było długo czekać na dalsze protesty w całej Polsce.
    Wszystko to mnie przerażało. Po długim okresie w miarę normalnego samopoczucia znowu źle spałem, nieustannie bolała mnie głowa, wróciło lunatykowanie. Wyczuwałem, że moja choroba wynika z narastającego, bliżej nieokreślonego lęku. Widząc, co dzieje się w fabryce, zdecydowałem się pójść do leczącego mnie od lat psychiatry i poprosić o zwolnienie. Dostałem trzy tygodnie.
    Ojciec niemal codziennie przemycał do domu nielegalnie wydawane gazetki i broszury. Nigdy nie powiedział, skąd je ma. To z nich dowiadywałem się o tym, co dzieje się w kraju. Jedną z pierwszych informacji była ta, że w Gdańsku powstał Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. Na jego czele stanął Lech Wałęsa. Podobne komitety zostały utworzone w Jastrzębiu i Szczecinie.
    31 sierpnia, gdy byłem już w pracy, wicepremier Mieczysław Jagielski podpisał z Lechem Wałęsą porozumienie dotyczące przedstawionych postulatów. Na jego mocy Międzyzakładowy Komitet Strajkowy przekształcił się w Międzyzakładowe Komitety Założycielskie. Utworzyły one 17 września 1980 roku w Gdańsku Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność”. W ciągu roku liczba jego członków sięgnęła ponad 8 milionów. Możliwa stała się zmiana systemu politycznego w drodze demokratycznych przemian. Odwołano z zajmowanego stanowiska Edwarda Gierka. Na pierwszego sekretarza Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej mianowano Stanisława Kanię, zaś premierem nowego rządu i ministrem obrony narodowej został generał Wojciech Jaruzelski. Kierownictwo partii miało nadzieje, że przez zmianę sekretarza i wprowadzenie pozornych reform w aparacie władzy opanuje sytuację w kraju. W Komitecie Centralnym – jak wyczytałem w przemycanych przez ojca broszurach – istniał jednak podział na tych, którzy chcieli likwidacji „Solidarności” i tych, którzy stawiali na współpracę z tym związkiem. Ogromy wpływ na działania partii wywarł ZSRR. Jego przywódca Leonid Breżniew oraz szefowie pozostałych krajów socjalistycznych skłaniali się do użycia siły w Polsce. Chciano przeprowadzić nad granicą manewr wojskowy „Sojusz 81”.
    I Zjazd „Solidarności” odbył się we wrześniu 1981 roku w Gdańsku. Uczestnicy podzielili się na dążących do współpracy z władzą i radykalnych – tych, którzy nie wierzyli już partii. Uchwalono apel do robotników innych krajów „demokracji ludowej”, co spowodowało silny sprzeciw rządów tych państw, wzmogło presję PZPR i ograniczyło działalność „Solidarności”.
    W październiku zwołano nadzwyczajne plenum Komitetu Centralnego PZPR, na którym generał Jaruzelski został mianowany pierwszym sekretarzem partii. Od tego momentu miał w swych rękach całą władzę w kraju.
    W tym czasie również Kościół polski przeżywał bardzo trudny okres po zamachu na papieża i śmierci kardynała Wyszyńskiego.
    W sklepach brakowało towarów pierwszej potrzeby, ale rządzących niewiele to obchodziło.
    Władze komunistyczne, nie mogąc sobie poradzić z narastającymi protestami i ogromem problemów, dla obrony swych interesów zdecydowały się w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku wprowadzić stan wojenny. Tej nocy nastąpiły aresztowania przywódców „Solidarności”, a także osób związanych z opozycją. Wojsko zablokowało drogi do miast, przerwano wszystkie połączenia telefoniczne i teleksowe. Zamknięto przejścia graniczne, porty i lotniska.
    Władzę w Polsce przejęła Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego. Wszystkie kluczowe punkty w kraju obsadzone zostały przez ZOMO, Milicję Obywatelską, wojsko i funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. Na ulice wyjechały czołgi i transportery opancerzone. Obowiązywała godzina policyjna od 22.00 do 6.00 rano. Na opuszczenie swojej miejscowości trzeba było mieć zgodę (wydawano specjalne przepustki), zamknięto szkoły i uniwersytety, wprowadzono cenzurę w mass mediach, zdelegalizowano związki zawodowe, zawieszono działanie wszystkich organizacji społecznych i politycznych, oprócz PZPR, ZSL, SD i Pax.
    Po ogłoszeniu stanu wojennego w zakładach pracy rozpoczęły się strajki okupacyjne. Do stłumienia buntów władza użyła siły. Na ulice miast wyszły oddziały milicyjne z ostrą amunicją.
    16 grudnia w kopalni „Wujek” w Katowicach pluton specjalny ZOMO zabił dziewięciu strajkujących, a wielu ranił.
    NSZZ „Solidarność” została rozbita.

    Czas biegł szybko. Jako młodemu partyjniakowi było mi wstyd, że stałem po tej stronie barykady, gdzie coraz częściej leciały kamienie rzucane rękami robotników.
    Żyjąc w nieustannym napięciu, niemal każdego dnia rozmawialiśmy z ojcem o tym, co dalej będzie z naszą ojczyzną? Tata był pewien, że dojdzie do narodowego nieszczęścia. Nie bardzo rozumiałem, co miał na myśli.
    – Powiem krótko – odezwał się kiedyś wieczorem – jak w nasze sprawy wmiesza się Związek Radziecki, to będzie tragiczna powtórka tego, co działo się na Węgrzech i w  Czechosłowacji – widząc moją zdziwioną minę dodał: – Nie wiesz, o czym mówię, tak? Chłopaku, czego oni was uczyli w tej szkole?! Kłamstw was uczyli, komuniści przeklęci! – krzyknął, ale zaraz ucichł. Spojrzał na drzwi. – Ruskie napadli na jednych i drugich, kiedyś ci o tym opowiem. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że jak ruszą i na nas, to my ruszymy na nich i krew się poleje. A Ameryka wypnie się na Polskę. Alfred, dla własnego bezpieczeństwa, oddaj czerwoną legitymację! – znowu podniósł głos, aż matka musiała go uciszyć.
    – Józef, opanuj się. Chyba nie chcesz, żeby cię zamknęli? – przestrzegła.
    – A niech przychodzą i zamykają, mam to w nosie – mówił zaciągając się papierosem. – Robotnicy i beze mnie zrobią porządek w kraju. Na początek powieszą paru zatwardziałych partyjniaków… Dalej tak być nie może!
     Przerażało mnie to, co usłyszałem. Może i oddałbym legitymację, ale nie do końca podzielałem zdanie ojca. Żeby jednak niepotrzebnie go nie denerwować, powiedziałem, że zastanowię się nad dalszą przynależnością do partii. Pojęcia nie miałem dlaczego, ale wciąż jeszcze wierzyłem w uczciwość, patriotyzm i słuszne intencje towarzyszy z Warszawy.
   
    Nie mogłem jednak nazajutrz porozmawiać z towarzyszami w fabryce, ponieważ po dłuższym okresie nie najgorszego samopoczucia znowu zaczął się problem z moją psychiką. Z rana wybrałem się do psychiatry. Ciągle miałem mu za złe, że nie potrafił wytłumaczyć przyczyny moich okresowych depresji. Za każdym razem, gdy opuszczałem gabinet, zadawałem mu to samo pytanie:
    – Kiedy pan mnie wreszcie wyleczy?
    – Z taką chorobą niełatwo sobie poradzić, to nie wyrostek robaczkowy – odpowiadał nerwowo. – Psychozy wciąż są zagadką dla medycyny. Twoje zaburzenia, wahania charakteru albo mówiąc ogólnie osobowości, mają niewątpliwie swe źródło w dzieciństwie. Nie mogę nie wspomnieć o twoich młodzieńczych zabawach seksualnych, o których wielokrotnie opowiadałeś. Na dobre ci to nie wyszło. Możliwe, że nadal to robisz. – Aż się wzdrygnąłem, bo miał rację. – Lejek, jeśli tak jest, to weź się ostro za siebie, popracuj nad sobą. Seksualne imaginacje mogą całkowicie rozregulować twoją psychikę. Robię, co mogę, ale w tym wszystkim dużo zależy od ciebie. – Łatwo ci się mówi, fachowcu zakichany, pomyślałem. Lekarz tradycyjnie na koniec poczęstował mnie papierosem i wyrecytował znaną mi na pamięć formułkę: – Nie niszcz bardziej psychiki, pomyśl o uprawianiu sportu, graj w piłkę, kładź się do łóżka zmęczony. Nie bierz do rąk zdjęć nagich babek, w telewizji nie oglądaj scen miłosnych i jak najszybciej rozejrzyj się za dziewczyną…
    – … ona wyleczy cię ze wszystkiego – dokończyłem za niego.
    – Dokładnie tak. Skąd to wiesz? – udawał głupiego, zawsze parskając przy tym śmiechem i podając mi wcześniej wypisane zwolnienie.
    Podczas kolejnej wizyty, gdy wręczył mi druk L-4 i zaczął mnie żegnać wyświechtaną radą, nie wytrzymałem. Chwyciłem za popielniczkę i już miałem rzucić w konowała, gdy zniknął mi z oczu. – Gdzieś się schował, nieudaczniku?! – zawołałem.
    – A kuku, tu jestem!
    Spojrzałem w prawo, stał za szafą i celował we mnie z… pistoletu!
    – Wynocha albo zastrzelę!
    Przerażony rzuciłem się do ucieczki.
    Nazajutrz specjalista odwiedził mnie w domu, przeprosił za głupie zachowanie, później otworzył torbę, wyjął pistolet.
    – To zwykły korkowiec, noszę go już z dziesięć lat, sam nie wiem po co? – wyznał i położył na stole kilka banknotów. – Weź, kup sobie coś. Proszę jednak, abyś nikomu nie mówił o tym, co wczoraj zaszło w gabinecie.
    Sięgnąłem po pieniądze. – Ma się rozumieć... 

    Do pracy wróciłem w połowie stycznia 1982 roku. W kraju i mojej fabryce działo się coraz gorzej. W domu też panowała wisielcza atmosfera, gdyż ojcu groziło zwolnienie z pracy. Jakby tego było mało, na początku lutego pojawiły się u mnie początki paranoi.
    – Miejmy nadzieję, że to chwilowe – pocieszył mnie psychiatra i przepisał całą masę tabletek.
    Mój stan psychiczny powodował, że w pracy i w domu wymyślałem najróżniejsze historie i opowiadałem je z takim przekonaniem, iż często brano je za prawdziwe. Najoryginalniejsza dotyczyła wyjazdu na… Kubę.
    – Mamo, tato, wasz syn wyjeżdża za granicę, na Kubę! Wysyła mnie tam partia – oświadczyłem któregoś popołudnia i dla podkreślenia wagi moich słów wyjąłem legitymację i głośno ją pocałowałem.
    – Synu, już nam opowiadałeś różne dziwne rzeczy, ale ta przerasta wszystkie. Coraz gorzej z tobą… – pierwsza odezwała się matka. – Tyle pieniędzy wydaliśmy już na twoje leczenie, ten psychiatra złupił nas do cna, a poprawy jak nie było, tak nie ma – utyskiwała.
    Ojciec chwilę mi się przyglądał, w końcu rzekł: – A ja myślałem, że już się wypisałeś z tej czerwonej bandy.
    – Uważaj, co mówisz, za takie słowa możesz zostać aresztowany! – odparłem zdecydowanie.
    – Matko Boska, własnemu ojcu grozi! Całkiem mu rozum odebrało! – rozpaczała mama.
    Jej łzy wyrwały mnie z jakiegoś dziwnego otępienia. Powiedziałem pospiesznie: – Jak partia każe, to muszę jechać – kontynuowałem nie pojmując, dlaczego mówię takie rzeczy. – Niedługo wyjadę, będziecie mieli święty spokój… W Hawanie czekają na mnie kubańscy towarzysze, razem będziemy budować socjalizm.
    Matka przeżegnała się kilka razy, ojciec natomiast nalał sobie pół szklanki wódki i wypił jednym haustem. – Trzeba będzie… porozmawiać z tym twoim znachorem… przecież ty już nie wiesz… co mówisz – wycedził z trudem i jak zwykle sięgnął po papierosa.
    Nagle jakby coś dotarło do mojej świadomości. – Mamo, tato… tak mi przykro, że czasami nie wiem, co się ze mną dzieje… Bywają chwile, że wszystko mi się plącze… – zakończyłem i pobiegłem do pokoju.
    Następnego dnia, kiedy wróciłem z pracy, w której – jak zresztą większość zatrudnionych – spędzałem czas na chodzeniu z kąta w kąt, ponieważ produkcja stała, ojciec niespodziewanie zapytał:
    – Synu, jak to możliwe, że wciąż trzymają cię w fabryce, zamiast skierować na komisję lekarską, która – moim zdaniem – na pewno przyzna ci rentę?
    Odpowiedziałem, że też jestem zdziwiony tym faktem, tym bardziej, że właściwie nie ma dnia, żebym się czymś nie p o p i s a ł.
    Na szczęście po paru dniach stan mojej psychiki poprawił się. Stało się tak na pewno dlatego, że sytuacja w fabryce polepszyła się, dostaliśmy surowce do produkcji. Wróciłem do domu spokojniejszy, co od razu zauważyli rodzice. Przy obiedzie wyjaśniłem im przyczynę dobrego samopoczucia.
    Nazajutrz nie omieszkałem powiadomić o tym psychiatrę, który kazał o połowę zmniejszyć dzienną dawkę leków.
    Rodzice wreszcie odetchnęli, w domu zapanowała lepsza atmosfera. Wszystkim nam sił dodał też fakt, że ojca – przynajmniej na razie – nie zwolnią z zakładu. Czułem się lepiej i powoli zacząłem sobie też radzić z moim wstydliwym nałogiem. Za radą psychiatry unikałem gazet, w których mogłem natrafić na roznegliżowane zdjęcie kobiety. Jeśli natomiast chodzi o telewizję, to tu akurat nie musiałem specjalnie mieć się na baczności, bowiem wieczorny program wypełniały głównie filmy radzieckie, a w nich nigdy nie pokazywano rozebranej aktorki.
    Jednak po kilkunastu dniach, w sobotę, znowu nie wytrzymałem. Wszystko przez przypadkowe wspomnienie, w którym po długim czasie pojawiła się Iga. Oczywiście ta ze snu.
    W niedzielę od samego rana czułem do siebie taką nienawiść i wstręt, że postanowiłem, po latach przerwy, pójść do spowiedzi. Gdy na koniec wyznałem najcięższy grzech, ksiądz tak energicznie odwrócił głowę w moją stronę, że aż się wystraszyłem. Mało tego, przykleił twarz do podziurkowanej ścianki, niewątpliwie chciał mnie rozpoznać. Natychmiast lekko się odsunąłem, spuściłem głowę. Czekając na słowa wielebnego, słyszałem bicie własnego serca. Przeciągająca się cisza działała mi na nerwy. Czemu nic nie mówi? Już miałem wstać i odejść, gdy usłyszałem:
    – Ile masz lat?
    – Prawie dwadzieścia trzy... – ostrożnie uniosłem głowę. 
    – W tym wieku… to jakby normalne… ale bardzo grzeszne – mówił z przerwami, ale za to głośno i oderwał twarz od ścianki, patrzył przed siebie. Obawiając się, że ktoś stojący przed konfesjonałem usłyszy, z czego się spowiadam, poprosiłem, by mówił ciszej. – Ja ci dam ciszej, grzeszniku! – zirytował się. – Powinienem wyciągnąć cię na środek kościoła i pokazać wszystkim, jaki to z ciebie chrześcijanin. Zostawmy to… Żebyś mi tego od dziś nie robił! Pan Bóg przecież wszystko widzi. Nie wstyd ci?
    – Wstyd… i to nawet bardzo… – wyznałem ze skruchą. – Przyszedłem do spowiedzi, bo nie chcę już więcej tego robić…
    – To dobrze, że tak mówisz. Widać, że jeszcze do końca szatan cię nie opętał, że twoja dusza nie całkiem stracona. Młodzieńcze, musisz żarliwie się modlić. Tylko wówczas opuści cię nie tylko sam grzech, ale nawet grzeszne myśli. Te rzeczy można robić tylko po ślubie, z żoną – urwał i chrząknął. – Może czas się ożenić? Pamiętaj, że Pan Bóg błogosławi każdemu małżeństwu, które przepełnione miłością miłuje się w łóżku. I zawsze będzie błogosławił owoc ich miłości. W twoim wieku już wypada mieć żonę…
    – Jakoś dotąd żadna mnie nie chce… – wtrąciłem z zażenowaniem. – Brzydki jestem, nieśmiały, ze zdrowiem też nie najlepiej…
    – Posłuchaj, grzeszniku, a jak robisz to pod pierzyną albo w innym miejscu, to śmiałości ci nie brakuje? – spytał arogancko.
     – Jakoś nie…
    – Powiedziałem, módl się gorliwie, a Opatrzność ci pomoże. I szukaj kobiety, która zostanie twoją żoną.
    – Proszę księdza, będę się starał, ale co mam zrobić, jak znowu mnie… 
    – Odrzucaj od siebie szatańską pokusę. Gdy cię weźmie, módl się wtedy, proś Pana Boga o pomoc… – wtrącił spowiednik.
    – A jak to nie pomoże?
    – Jest jeden stary, wypróbowany sposób… Posłuchaj uważnie – odwrócił głowę w moją stronę, poczułem jego oddech – jak cię znowu najdzie ta pokusa, zwiąż sobie ręce, najlepiej  z tyłu… – przerwał nieoczekiwanie, chrząknął raz i drugi. Nie wierzyłem własnym uszom. Chyba sobie kpi ze mnie. – Wiem, że to trudne, ale może sobie poradzisz. A jak nie, to poproś kogoś, komu możesz zaufać, bo ktoś przypadkowy może cię wziąć za… no wiesz…
    – Za wariata – dodałem.
    – Można to i tak określić. Za pokutę, przez miesiąc odmawiaj Litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Teraz bij się w piersi…
    Co za osioł z tego księdza, powtarzałem w kółko w drodze do domu, mam sobie wiązać ręce! Chyba jego o to poproszę!
    Wieczorem odmówiłem pokutę. Ale na niewiele to się zdało, ponieważ jakieś pół godziny przed snem ogarnęła mnie pokusa. Przyczyna była zgoła prozaiczna.
    Przechodziłem akurat z łazienki do swego pokoju, gdy usłyszałem jak ojciec powiedział do matki: – Zapamiętaj, prawda jest naga.
    Słowo naga wystarczyło, żebym puścił wodze wyobraźni. Przed oczyma stanęło mi zdjęcie rozebranej babki, które wczoraj zauważyłem na stoliku kierownika. Siedząc na łóżku wiedziałem, że już się nie uwolnię od pokusy. Raptem przypomniałem sobie wielebnego i jego radę, wyciągnąłem pasek ze spodni, wpadałem do kuchni i prostując ręce zawołałem:
    – Tato, wiąż, wiąż mi ręce!
    – Alfred, znowu cię napadło?! – krzyknął. – Dlaczego mam to robić?!
    Widząc, że nic z nim nie wskóram, podszedłem do matki.
    – Natychmiast zwiąż mi ręce!
    Wbiła we mnie wzrok i załamawszy ręce przyklęknęła. – Jezuniu kochany, stało się! Już po Alfredzie! – i rozpłakała tak głośno, że na pewno było ją słychać na całej klatce schodowej.
    Przerażony chwyciłem kurtkę, włożyłem buty i wybiegłem z bloku, a stąd do pobliskiego lasku. Wycieńczony, usiadłem pod drzewem i zacząłem szlochać. Gdy się wreszcie uspokoiłem, pomyślałem o moim zachowaniu. Nie miałem najmniejszych wątpliwości, że moja choroba pogłębiała się.
    Wróciłem do domu, rodzice nadal siedzieli w kuchni. Przeprosiłem ich. Obiecałem, że jutro pójdę do psychiatry i opowiem o wszystkim. 
    Będąc już w łóżku, długo wpatrywałem się w sufit rozjaśniony słabym światłem przyblokowej latarni. Myślałem o jednym, że nie na darmo kiedyś w szkole, a teraz w „Glebie” mówiło się za moimi plecami, że ze mną coś nie tak. Wszyscy na pewno mają mnie za durnia, tylko nikt nie mówi mi tego w oczy. Nagle zacząłem się zastanawiać, dlaczego przy tylu zwolnieniach lekarskich i moim konfliktowym charakterze dotąd mnie nie zwolniono? Hm, pewnie dlatego, wykoncypowałem, że w ciągu kilku ostatnich miesięcy zgłosiłem najwięcej wniosków racjonalizatorskich, które – według mnie – były interesujące.
    Ot, chociażby dziesięcioskibowy pług, dodatkowo wyposażony w zbieracz określonej wielkości kamieni zalegających na polu, z wykorzystaniem ich jako budulca, czy zdalnie kierowany rozsiewacz nawozów mineralnych najbardziej szkodliwych dla zdrowia. Oczywiście, nie wszystkie wnioski się podobały, absolutnie zdecydowaną większość komisja odrzuciła, nazywając je „Lejkowym szczytem głupoty”. Nie rozumiałem, dlaczego ponad dziewięćdziesiąt procent moich pomysłów nie jest akceptowanych? Po wielu przemyśleniach znalazłem odpowiedź: inżynierów zasiadających w komisji najzwyczajniej w świecie zżerała zawodowa zazdrość. Większość z nich, jak zdążyłem się zorientować, nigdy nie wymyśliła nawet jednej najprostszej rzeczy, która usprawniłaby produkowane u nas maszyny czy urządzenia.
    Patrzyłem w sufit i dumałem dalej. Niewiele było we mnie rzeczy, które w pełni akceptowałem, mogłem je policzyć na palcach jednej ręki. Bez wątpienia jednak najbardziej ceniłem w sobie upór i odporność na wszelką krytykę. Myślę, że właśnie dzięki temu nie zrażałem się negatywnymi opiniami inżynierów. Po odrzuceniu mojego wniosku racjonalizatorskiego niemal natychmiast szukałem kolejnego, nowego rozwiązania. Na szczęście pomysłów mi nie brakowało. W pewnym okresie miałem ich tyle, że gdy komisja odrzuciła jeszcze ciepły projekt, już następnego dnia przynosiłem kolejny.
    Apogeum wynalazczości osiągnąłem na przełomie 1982 i 1983 roku, w ciągu kilku miesięcy przedłożyłem ponad pięćdziesiąt wniosków. Do dziś nie mogłem pojąć, dlaczego wszystkie zostały zignorowane? Tak, bez wątpienia w grę wchodziła zazdrość. Inżynierowie przecież nie mogli dopuścić do tego, aby wyszło na jaw, że przy ich indolencji zawodowej jakiś tam technik co rusz zasypuje komisję ciekawymi pomysłami.
    Kilka razy poszedłem na skargę do sekretarza zakładowego PZPR, ale nic to nie dało. Przyciśnięty do muru towarzysz Komarowski odpowiadał, że w kwestii wynalazczości i racjonalizacji niewiele może zrobić. Po pierwsze dlatego, że jest od spraw partyjnych, a po wtóre, skończył tylko zawodową szkołę i nie czuje się na siłach, by dyskutować z komisją. Podpowiedział, żebym udał się z tym do dyrektora Januarego Koślewicza. Tak też zrobiłem. Niestety, on też rozłożył ręce twierdząc, że komisja składa się z samych autorytetów i jest suwerenna. Opuszczając gabinet, usłyszałem: – Któryś z inżynierów mówił mi, że w tym, co towarzysz wymyśla, jest za dużo abstrakcji!
    Fakt, czasem sam w duchu przyznawałem, że niektóre moje propozycje nie zostały do końca przemyślane. Tak chociażby było ostatnio, kiedy to zaproponowałem kultywator na poduszkach powietrznych, chcąc w ten sposób – używając energii elektrycznej jako głównego napędu – zmniejszyć zużycie paliwa, którego deficyt był coraz bardziej odczuwany nie tylko w fabryce. Już po kilku minutach rozmowy usłyszałem, że to co przyniosłem, to „science fiction”. Takiego określenia użył szef opiniującego, nieprzychylnego mi zespołu.
    Dlaczego więc, będąc niezbyt przydatnym pracownikiem, wciąż pozostawałem na etacie? Być może sekretarz zakładowy PZPR wciąż wierzył, że wyrosnę na rasowego działacza. Wielokrotnie napomykał o tym w rozmowie ze mną. Nie bez znaczenia było też  to, co na jednym z ostatnich zebrań partyjnych powiedział dyrektor January Koślewicz:
    – Towarzysze, wiem, że młody towarzysz Alfred Lejek wzbudza wiele kontrowersji, szczególnie jako, tak to określę, notoryczny wynalazca. Byłbym jednak ostrożny w ferowaniu pospiesznych, często krzywdzących go opinii. Tacy jak on szaleńcy, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, są potrzebni fabryce! Wiem, towarzysz Lejek często wymyśla rzeczy, które irytują komisję odpowiedzialną za wdrażanie wszelkich technicznych nowości. Zgoda, przy tak licznych innowacjach na pewno zdarzają się nieporozumienia. Ale, proszę szanownych towarzyszy, nie można wykluczyć, że któregoś dnia nasz technik wpadnie na genialny  pomysł i przedstawi wniosek racjonalizatorski, który zrewolucjonizuje nie tylko nasz zakład, naszą produkcję, ale wstrząśnie całą polską gospodarką rolną! Towarzysze, chciałbym zakończyć mocnym akcentem – uważnie rozejrzał się po sali – nie od dziś wiadomo, że tylko tacy nietuzinkowi ludzie pchają świat do przodu!
         
    – Alfredzie Lejek, jesteście pracowici, ambitni, na wskroś przesiąknięci patriotyzmem i, na swój sposób, zdolni – usłyszałem w połowie 1984 roku od Ignacego Komarowskiego, sekretarza zakładowego. – Zatem informuję was, że po długich rozmowach, najpierw z towarzyszem Patałachem, później z towarzyszami Ciuliszkiewiczem i Koślewiczem, uznaliśmy, że trzeba was wykształcić na inżyniera. – Niewiele brakowało, a spadłbym z krzesła. Nigdy nie spodziewałbym się, że może spotkać mnie coś takiego! – Widzę, że  bardzo was zaskoczyłem...
    – Towarzyszu sekretarzu… w życiu nie pomyślałbym, że mogę zostać studentem… – odezwałem się wzruszony.
    – Dla partii nie ma rzeczy niemożliwych – stwierdził Komarowski i podszedł do okna, skłonił się komuś, a odwracając się do mnie rzekł: – Od razu zaznaczę, że nie będziecie się uczyć na studiach zaocznych, tylko na normalnych, dziennych. Roboty w fabryce nie ma, to dajemy wam szansę. W trójkę… we czwórkę, bo przecież nie mogę zapominać o towarzyszu Patałachu, doszliśmy do wniosku, że pomimo najróżniejszych zawiei w „Glebie”, wy – przy nękających was chorobach – daliście robotnikom przykład zawodowej determinacji i odpowiedzialności za zakład, czyli również za ojczyznę. – Otworzyłem szeroko oczy, gdyż nie bardzo rozumiałem, o czym sekretarz mówi. – Mimo iż często sami potrzebowaliście wsparcia w fabryce, którego z najróżniejszych, przeważnie obiektywnych powodów nie otrzymaliście, was to nie zrażało. Obserwowaliśmy towarzysza, ocenialiśmy – Komarowski usiadł. – Niejednokrotnie kiwaliśmy głowami ze zdumienia, że mimo młodego wieku i niedługiego stażu w partii tak dobrze sobie radzicie. Częstokroć wyśmiewani przez wyższe kadry techniczne, szczególnie przez inżynierów z komisji racjonalizatorskiej, znajdowaliście siły, by nieść pomoc innym, od fachowych podpowiedzi aż po dzielenie się śniadaniem, wszak i taki przypadek został odnotowany. I, co bardzo istotne, nie odtrącaliście robotników niezrzeszonych w PZPR-ze. Pewnie o tym nie wiecie, ale te koleżeńskie gesty, jak najbardziej wynikające z filozofii partii, zostały dostrzeżone i wysoko ocenione zwłaszcza przez tych, którzy wahali się z wstąpieniem w nasze szeregi. – Coraz bardziej gubiłem się w monologu sekretarza, ale patrząc mu w oczy, udawałem, że wszystko jest dla mnie jasne. – To na pewno dzięki wam, towarzyszu Lejek, dzięki waszemu właściwemu oddziaływaniu na załogę, nie dalej jak wczoraj usłyszałem, że kilkunastu młodych robotników poprosiło o deklarację, a to oznacza, że lada dzień powiększą się szeregi naszej organizacji – Komarowski przerwał wreszcie i pierwszy raz poczęstował mnie carmenem. Ostatnio rzadko sięgałem po papierosa, ale podniecony sytuacją zapaliłem z przyjemnością. – Postanowiliśmy, że mimo problemów osaczających fabrykę – kontynuował partyjny zwierzchnik – zapłacimy za akademik, kupimy też podręczniki. Istotne w tym wszystkim jest także i to, że na wniosek towarzysza Ciuliszkiewicza poparcia udzielił wam towarzysz Ildefons Patałach. Miejski sekretarz   obiecał dać ze swojej puli część pieniędzy na waszą edukację. Obaj towarzysze, również dyrektor i ja uznaliśmy, że należy w was zainwestować! Alfred – niespodziewanie przeszedł na ty – musisz tylko dobrze się uczyć, by nas nie zawieść – wstał, położył mi rękę na ramieniu. – Mój niezawodny partyjny instynkt mówi mi, że za cztery lata wrócisz do nas jako inżynier. Aha, jeszcze jedno, dość ważne: o egzaminy się nie martw. Towarzysz Ciuliszkiewicz ma świetne kontakty z towarzyszem rektorem, który zresztą pochodzi z Sarwera.
    Byłem tak szczęśliwy, że przez chwilę nie mogłem wypowiedzieć słowa. W końcu jednak ochłonąłem i serdecznie podziękowałem Komarowskiemu. Obiecałem też, że nie omieszkam przy najbliższej okazji zrobić to samo w stosunku do towarzyszy Patałacha i Ciuliszkiewicza. Gdy opuszczałem gabinet, sekretarz poprosił, abym naszą rozmowę zachował dla siebie. – Tak będzie najrozsądniej. Im mniej pracowników będzie o tym wiedziało, tym lepiej dla ciebie i dla partii.
    Rodzicom odjęło mowę, gdy po powrocie z pracy oznajmiłem, że będę studiował i prawdopodobnie za kilka lat zostanę inżynierem. Stałem koło kredensu i bębniąc palcami po blacie czekałem, aż dojdą do siebie. Pierwsza, zalewając się łzami, uściskała mnie mama.
    – Przejdziesz do rodzinnej historii jako pierwszy inżynier Lejek. Szkoda tylko, że idziesz na studia przez partię, a nie normalnie, jak to się idzie po maturze – oschle powiedział ojciec, ale też mnie objął i, ku memu największemu zaskoczeniu, pocałował w czoło. – Będziesz kimś, synu.
     
    Na początku września 1984 roku złożyłem dokumenty na Politechnikę Gdańską i po zdaniu egzaminów – pytania dzięki Ciuliszkiewiczowi dostałem kilka tygodni wcześniej – od października rozpocząłem studia.
    Na uczelni, mimo że niewiele się uczyłem, szło mi nieźle. Niemal po każdym egzaminie, podczas którego tradycyjnie niewiele miałem do powiedzenia, z niedowierzaniem wpatrywałem się w indeks na korytarzu, jakimś c u d e m zaliczałem przedmiot za przedmiotem!
    Tajemnica moich pozytywnych ocen wydała się podczas pierwszych wakacji. Żeby wspomóc rodziców finansowo, podjąłem pracę na pół etatu w „Glebie”. Któregoś dnia  Ignacy Komarowski wezwał mnie do siebie i zapytał o studia. Odpowiedziałem uczciwie, że radzę sobie kiepsko, że nauka przychodzi mi z trudem. – Towarzyszu sekretarzu, nie będę ukrywał, że bardzo mnie zaskakują pozytywne wpisy do indeksu – dodałem jednym tchem.
    – Studencie Alfredzie, pozytywne oceny same z nieba nie spadają, załatwia to Ciuliszkiewicz – wyjaśnił gładząc dłońmi włosy. – Damazy i ja dobrze wiemy, że masz kłopoty na uczelni. Musimy trzymać rękę na pulsie, żebyś jakoś przebrnął przez następne  lata. Na pewno dobrze zrobiłeś, zapisując się w drugim semestrze do ZSMP. Wiem, że Ciuliszkiewicz wybiera się w październiku służbowo do Gdańska, znajdzie też czas na spotkanie z rektorem, pomówią o tobie. Nie zmienia to jednak faktu, że od nowego roku musisz wziąć się w karby, przyłożyć do nauki. Partia będzie ci pomagać, jednak czegoś musisz się nauczyć jako przyszły inżynier mechanik. Jeśli wrócisz do nas niedoedukowany, pewni inżynierowie, którzy nie darzą cię sympatią, szybko się na tym połapią i będą śmiać się z ciebie – postraszył Komarowski. Zapewniłem, że dołożę wszelkich starań, by nie zawieść pokładanych we mnie nadziei.
 
    Nie wiem, jak to się stało, ale na drugim roku, w grudniu, gdy wróciłem na politechnikę po dwutygodniowej kuracji w szpitalu (znowu wróciły problemy ze zdrowiem), ku memu przeogromnemu zaskoczeniu wybrany zostałem… przewodniczącym uczelnianego koła Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej. Domyślałem się, że na pewno w tym wszystkim maczali palce Ciuliszkiewicz i rektor.
    Niemal z dnia na dzień zaczęto o mnie pisać w gazecie studenckiej i lokalnej prasie, zapraszano do radia i telewizji, gdzie przedstawiany byłem jako „zdolny i ambitny działacz zetesempowski”. Nie zapominano dodać, że mimo młodego wieku byłem już kilkuletnim członkiem PZPR w sarwerowskiej fabryce.
    Wszystko to było bardzo miłe, ale cały ten szum wokół mojej osoby szybko zaczął mnie męczyć. Tym bardziej, że – jak zauważyłem – większość członków organizacji niemal od pierwszej chwili, gdy zostałem przewodniczącym, patrzyła na mnie nieufnie. Hm, ciekawe z jakiego powodu? Postanowiłem trochę odpocząć od uczelnianej atmosfery. Pod koniec stycznia poszedłem na zwolnienie lekarskie i na tydzień opuściłem Gdańsk.
    Rodzice ucieszyli się z niespodziewanych odwiedzin. Już od progu zasypali mnie pytaniami, najczęściej powtarzane brzmiało: czy radzę sobie z nauką? Odpowiadałem zdawkowo, że nie jest źle. Kłamałem, ale nie widziałem najmniejszego sensu w tym, by powiedzieć prawdę: że studentem jestem wyłącznie dzięki partii i znajomości Ciuliszkiewicza z rektorem.    
    Gdy po jakimś czasie usiedliśmy do stołu, postanowiłem uprzedzić kolejne pytania rodziców i oznajmiłem, że teraz jestem kimś na politechnice, bo niedawno wybrano mnie przewodniczącym Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej. Prawie w ogóle ich to nie zainteresowało. Jedząc zrobione przez matkę gołąbki, stwierdziłem w duchu, że nie powinienem być zaskoczony brakiem reakcji. Mamę przecież te sprawy nigdy specjalnie nie obchodziły, a znając stosunek ojca do komunistów, trudno było spodziewać się u niego entuzjazmu dla mojej politycznej kariery.   
    Podczas każdego pobytu w Sarwerze odwiedzałem towarzyszy Komarowskiego i Ciuliszkiewicza, dyrektora zdecydowanie rzadziej, sam nie wiem dlaczego. 
    Tym razem obu partyjniaków spotkałem późnym popołudniem w Komitecie Miejskim. Patałach poszedł na urlop i sprawy miejskiej organizacji prowadził właśnie Ciuliszkiewicz. Po krótkim, ale miłym powitaniu zapytałem towarzyszy o zdrowie i o nastroje w partii dodając, że w mojej organizacji są one nie najlepsze. – Studentom marzy się zachodnia demokracja… cha! cha! cha! – roześmiałem się trochę sztucznie.
    – Widzę, że studentowi wesoło… – zaczął Damazy Ciuliszkiewicz i spojrzał na mnie uważnie. –Partia, towarzyszu, ma się dobrze, może nawet bardzo dobrze – zerknął na Komarowskiego. – Z pomocą wojska i milicji rządzimy na całym froncie. Chociaż, nie będę ukrywał, niepartyjni są do nas wrogo nastawieni. Gdyby tylko było to możliwe, ta część mieszkańców Sarwera skoczyłaby nam do gardła. Nie ich doczekanie…
    – Trzeba przyznać, że sytuacja w kraju jest kiepska – wtrąciłem nieopatrznie i zaraz tego pożałowałem.
    – Takie uwagi schowaj dla siebie! – wrzasnął Ciuliszkiewicz zrywając się z fotela.
    Przeprosiłem, ale jego reakcja mnie zaskoczyła. Komarowski, by ratować sytuację, zaczął się głośno zastanawiać, czy nie powinienem na okres studiów zawiesić członkostwa w PZPR? – Mówię o tym dlatego, ponieważ niektórzy zakładowi działacze mają mi za złe, że jesteś tak zwanym martwym członkiem.
    – A co fabrycznym towarzyszom do tego?! – niespodziewanie w mojej obronie stanął Ciuliszkiewicz. – Niech chłopak trzyma legitymację, nigdy nic nie wiadomo!
    Nie wiedziałem, co miał na myśli mówiąc: nigdy nic nie wiadomo. Dopiero chwilę później, gdy na stoliku pojawiła się wódka, dowiedziałem się, że w razie interwencji ZSRR „ten dokumencik może się bardzo przydać”.
    Chyba przy trzeciej kolejce Komarowski niespodzianie zapytał mnie o zdrowie.
    – Jest zdecydowanie lepiej – odpowiedziałem szczerze. – Czasem, owszem, dopada mnie kryzys, wtedy biorę tabletki i jakoś daję radę.
    – Świetnie. Wiesz przecież, że postawiliśmy na ciebie, nie możesz zawieść Patałacha, Ciuliszkiewicza, dyrektora, mnie, partii i załogi. Na ucho ci powiem, że odkąd poszedłeś na studia, ciągle dostaję anonimy, wszystkie o podobnej treści… Jakiś drań ciągle pyta, jak to się stało, że na uczelnię posłaliśmy chorego psychicznie?
    – Kanalie zawsze się znajdą! Za naszego przyszłego inżyniera! – zaproponował towarzysz Damazy.
    Gdy wypiliśmy, postanowiłem poruszyć temat egzaminów. – Jeśli mogę, to w tej chwili chciałbym z całego serca podziękować towarzyszowi Ciuliszkiewiczowi za pomoc… Za to, że mimo kłopotów z nauką otrzymuję pozytywne oceny – wstałem i mocno uścisnąłem dłoń zastępcy sekretarza Komitetu Miejskiego.
    – Co za wzruszający moment… Podziękowanie przyjmuję, miło mi je słyszeć, ale nie zawracaj sobie głowy takimi pierdołami, Lejek. W twoim przypadku nie profesor stawia stopnie, lecz partia.
       
    Po tęgiej popijawie, gdy wracałem do domu zygzakiem, nie mogłem sobie darować, że nie powiedziałem towarzyszom o czymś, co było moim niewątpliwym sukcesem, nie mniejszym niż studiowanie i przynależność do PZPR i ZMS. Chodziło o wstydliwą rzecz, z którą chyba ostatecznie się uporałem.
    Niestety, wciąż nie chodziłem z żadną dziewczyną. Jeśli nawet któraś namawiała mnie na randkę, a z chwilą, gdy zostałem przewodniczącym, stało się to nagminne, pod byle pretekstem odmawiałem. Być może dlatego, że chyba wciąż kochałem Igę. Ale może nie tylko…




Stanisław Raginiak

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.

 Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.



komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

26 Września 2011, godz: 10:34

Ćwokowampiria - fragment 2


II

    W poniedziałek, po tygodniowej przerwie wróciłem do szkoły i już przed pierwszą lekcją dowiedziałem się, że w piątek klasa organizuje potańcówkę. Wiadomość ta sprawiła,  że spociłem się w jednej chwili. Jednak prawdziwe nieszczęście nadeszło później. Na długiej przerwie kolega Zdzisiek zapytał, czy wiem, z której klasy zaproszono dziewczyny? Wzruszyłem ramionami. – Przyjdą kelnery – oznajmił. Momentalnie pociemniało mi w oczach. Zemdlałem.
    Gdy odzyskałem świadomość, ujrzałem matkę. Byłem w domu. – Nareszcie, nareszcie otworzył oczy, wraca do siebie! – usłyszałem. Zapytałem, co się stało i chwyciłem się za obolałą głowę. – Zemdlałeś, biedaczku. Upadając uderzyłeś głową o schody, masz lekko rozciętą skórę i wielkiego guza, ale do wesela się zagoi. Najważniejsze, że żyjesz! – cieszyła się mama. – Doktor miał rację mówiąc, że zaraz się obudzisz. Dał ci zastrzyk i poszedł sobie. – Zapytałem, jak znalazłem się w domu. – Sam pan dyrektor przywiózł cię swoim autem. Kazał ci przez trzy dni nie przychodzić na zajęcia.
     
    W czwartek wróciłem do szkoły. Chłopaki trochę mi dokuczali, śmiejąc się z guza, który jeszcze całkiem nie zginął. Starałem się nie reagować na głupie zaczepki.
    Nazajutrz, w dniu zabawy, od rana biegałem do ubikacji. Z nerwów dostałem biegunki. Śmiała się ze mnie cała klasa. Wiedziałem, że dolegliwość jest wynikiem stresu związanego z zabawą, a konkretnie – ze spotkaniem z Ewą. Czując wielką słabość do tej dziewczyny, od momentu przebudzenia nieustannie myślałem o tym, jak jej udowodnić, że nie jestem eunuchem. To właśnie ta natrętna myśl powodowała, że nie było we mnie odrobiny spokoju.
    Potańcówka zaczęła się o piątej. Grał zespół Czerwone maki z technikum. Porządku pilnowali wychowawcy naszej klasy, magister Michał Tchórz-Żewredny, dziewczyn, magister Klementyna Pokakara. Nad wszystkim, z ramienia dyrekcji, czuwał inżynier Jan Iskierka-Trąba.
    Z Ziutkiem i Staśkiem prawie do szóstej podpieraliśmy ścianę. Przykleiłem się do nich, ponieważ wiedziałem, że w tańcu są takimi samymi niedorajdami jak ja, i – co było nie mniej istotne – też nie lubili dziewczyn.
    Wychowawca kilka razy spojrzał wymownie w naszą stronę, a raz nawet pogroził palcem. Pewnie nie podobało się mu, że sterczymy jak kołki. W końcu poirytowany podszedł do nas i krzyknął:
    – Dobrali się, najgorsi w nauce, najgorsi na potańcówce! Ruszać się, głąby kapuściane!
    Miałem ochotę rzucić się na niego z pięściami, ale akurat zawołał go Iskierka-Trąba i odeszli w głąb sali.
    – Alfred, idziesz ze mną? – niespodziewanie zaczepił mnie Tadek, którego lubiłem najbardziej z całej klasy, gdyż tylko on dawał mi ściągi na klasówkach z matmy. – Mam schowane wino, wypijemy i wrócimy.
    Propozycja była kusząca. Zostawiłem kolegów i dyskretnie opuściliśmy salę. Tadek kazał mi zaczekać, a sam zszedł do piwnicy, gdzie ukrył Patykiem pisane (tak potocznie mówiło się o najtańszym winie). Butelkę opróżniliśmy w toalecie w iście rekordowym tempie, głównie ze strachu przed nauczycielami. Kolega wyrzucił flaszkę przez okno i z lekkim uśmieszkiem na ustach wróciliśmy do świetlicy. Tadek od razu ruszył do tańca, natomiast ja dołączyłem do „podpieraczy”.
    Raptem, jak spod ziemi, wyrósł przed nami wychowawca i pociągając nosem, jakby coś poczuł, bacznie nam się przyglądał. – Jak zaraz nie zaczniecie tańczyć, to pójdziecie ze mną do gabinetu! – zagroził i wbił we mnie wzrok. – Chyba czuję jakiś podejrzany zapach… 
    Momentalnie spociłem się ze strachu. Wiedziałem, że za picie alkoholu groziło wyrzucenie ze szkoły. Bojąc się, że Tchórz-Żewredny wywąchał wino, natychmiast ruszyłem na parkiet, a za mną ślamazarnie Ziutek i Stasiek. Dołączyliśmy do kilku dziewczyn tańczących w kółku. W sama porę zacząłem nabierać odwagi. Przestępując z nogi na nogę, lekko machając opuszczonymi rękoma i kiwając głową na boki, prezentowałem jedyny   znany mi taniec, który tak rozśmieszył koleżanki, że przerwałem pląsy. Musiałem się okropnie zawstydzić, gdyż jeden z kolegów krzyknął, że jestem czerwony jak burak! Zmieszany, rozejrzałem się na boki. Ziutek i Stasiek gdzieś przepadli, nie widziałem też Tadka. Już miałem ruszyć do wyjścia, gdy nagle zobaczyłem Ewę. Była dwa kroki ode mnie. Kompletnie zaskoczony i oszołomiony winem, w przypływie jakiejś dziwnej odwagi podszedłem do niej i powiedziałem, że nie jestem eunuchem. – To mi to dziś udowodnij – odezwała się delikatnie i jakoś dziwnie spojrzała mi w oczy. Półprzytomny wybiegłem z sali, chciałem jak najszybciej znaleźć się poza szkołą! Propozycja Ewki była czymś tak nieprawdopodobnym, że biegłem i biegłem! Chciałem uciec jak najdalej od miejsca, gdzie padły grzeszne, ale zarazem kuszące słowa.
    Zatrzymał mnie opuszczony szlaban kolejowy niedaleko octowni. Byłem przynajmniej kilometr od szkoły. Dysząc, nieustannie myślałem o tym, co usłyszałem od koleżanki. Ale z niej świnia, doszedłem do wniosku. Gdy wreszcie pociąg przejechał, przeszedłem na drugą stronę i usiadłem na rozsypującym się murku. Uspokoiłem się nieco i pomyślałem, że chyba niesłusznie nazwałem Ewę świnią. To raczej ja nią jestem. Przecież już od wielu dni nieustannie myślę o tym, żeby udowodnić jej, iż nie jestem niedołęgą.
    Wracałem do domu w kiepskim nastroju. Wiedziałem przecież, że w poniedziałek  będę musiał się tłumaczyć przed wychowawcą, dlaczego opuściłem potańcówkę. A guzik, niczego nie będę wyjaśniać, jak chce, niech stawia lufę ze sprawowania, postanowiłem.
    Byłem już blisko domu, gdy wróciłem myślami do Ewy. Nie miałem wątpliwości, że gdyby między nami coś zaszło, to na pewno pokochałbym ją na całe życie! Pomny jednak na słowa ojca pomyślałem, że pewnie szybko by mnie zdradziła, jak Kryśka Witka. Oszukany, odtrącony na pewno też odebrałbym sobie życie.
    Od poniedziałku bardzo uważałem, żeby nie natknąć się na Ewkę. Obawiałem się, że nawet najkrótsze spotkanie się naszych spojrzeń może zachęcić ją do kolejnego ataku, że zrobi wszystko, aby namówić mnie do złego.
    Niełatwo było mi dotąd w szkole, ale teraz, po nieszczęsnej potańcówce, przeżywałem prawdziwy koszmar. Nie dość, że Tchórz-Żewredny obniżył mi ocenę ze sprawowania, to jeszcze Ewka, czego absolutnie się nie spodziewałem, o wszystkim, co zaszło między nami, opowiedziała koleżankom. Małpy – tak nazwałem je w myślach – na każdym kroku śmiały się ze mnie. Iwona, która najbardziej działała mi na nerwy, nazwała mnie tchórzem i impotentem. Nie znałem tego słowa, ale w domu znalazłem podniszczony słownik i przeczytałem, co ono oznacza. Ze złości chwyciłem stojącą na oknie doniczkę i rozbiłem o podłogę! Rodzice widząc, że wpadłem w szał, chcieli dzwonić po pogotowie, ale uprosiłem, żeby tego nie robili.
    – Zaraz mi przejdzie – zapewniałem, z trudem powstrzymując łzy. Z twarzą ukrytą w dłoniach wytłumaczyłem, co mnie tak zdenerwowało. Chyba zrobiłem źle, bo ojciec uderzył pięścią w stół i krzyknął, że jutro pójdzie do dyrektora i z nim porozmawia!
    Jak powiedział, tak zrobił. Pomogło. Małpy przestały mi dokuczać.
    Niestety, znowu podupadłem na zdrowiu. Nie mogłem spać, niemal zupełnie straciłem apetyt, w dodatku zacząłem mieć jakieś dziwne przywidzenia. Po powrocie ze szkoły, podczas odrabiania lekcji, widziałem w pokoju jasne postaci. Niektóre stały pod ścianą nieruchomo, inne natomiast siadały na stole i próbowały mnie rozśmieszyć. Nie mówiłem o tym rodzicom, gdyż obawiałem się, że zaprowadzą mnie do psychiatry, a ten na pewno tylko czekał, by znów odesłać mnie do szpitala. 
    Na szczęście po około dwóch tygodniach poczułem się lepiej. Przywidzenia ustały.
    Każdego dnia z duszą na ramieniu szedłem do szkoły. Zbliżając się do budynku, już z daleka widziałem dziewczyny i chłopaków patrzących na mnie i wytykających palcami. Być może były to moje urojenia, ale jeśli nawet, to z czegoś przecież wynikały... W ciągu kilku miesięcy stałem się pośmiewiskiem wszystkich. Coraz częściej myślałem o tym, żeby przerwać naukę albo przenieść się do innej szkoły.
    I wtedy właśnie zdarzył się c u d.
    W piątek, po ostatniej lekcji podeszło do mnie czworo uczniów z technikum elektrycznego.
    – Jestem Iga, maturzystka, przewodniczę szkolnemu kołu Związku Młodzieży Socjalistycznej – głośno i zdecydowanie przedstawiła się urocza szatynka i poprosiła,  abyśmy przeszli na koniec korytarza. – To jest Ewelina, a to Janek i Leszek, czołowi działacze organizacji – zaprezentowała pozostałych. – Związek chce ci pomoc w nauce, zajmie się też twoją symbiozą ze szkolną społecznością. – Nie znałem słowa symbioza, więc poprosiłem o wyjaśnienie. – Mówiąc najprościej oznacza ono współżycie.
    – O nie! – zawołałem i oczyma wyobraźni zobaczyłem Ewę. – Wszystko, tylko nie współżycie!
    – Chłopaku, uspokój się! Co się z tobą dzieje?! Nie mam na myśli czegoś niemoralnego! – stwierdziła zdecydowanie, a ja płonąłem ze wstydu. – Kolego Alfredzie, chodzi o symbiozę społeczną – wyjaśniła uśmiechając się i pokazując białe jak mleko zęby. Piękna, sto razy piękniejsza od Ewy, uznałem. – Jako zetemesowcy zajmujemy się uczniami mającymi problemy nie tylko z nauką, ale także z przystosowaniem się do społeczności szkolnej – informowała Iga, uważnie mi się przyglądając. – W twoim przypadku poprosił nas o to pan dyrektor Jan Iskierka-Trąba, dlatego tu jesteśmy. Na pewno ci pomożemy, wszystko powoli się ułoży, zobaczysz. Za kilka dni poprosimy cię na zebranie, zapoznamy z naszą działalnością, opowiemy o sobie. Postaramy się przekonać, że bardzo nam zależy na przywracaniu społeczeństwu jednostek aspołecznych – zakończyła niezbyt dla mnie zrozumiale i podała mi dłoń na pożegnanie. Byłem pod wrażeniem niespodziewanego spotkania, a jeszcze bardziej pięknej przewodniczącej.
    Tego dnia chyba pierwszy raz wracałem do domu zadowolony z faktu, że jestem uczniem zawodówki. Jak chcą, to niech się mną zajmą, niech pomogą, powtarzałem, co rusz podrzucając torbę z książkami. Dobry nastrój prysł jednak jak bańka mydlana, gdy pomyślałem o Idze. W jednej chwili zrozumiałem, że ta piękna dziewczyna – w której prawdopodobnie zakochałem się od pierwszego wejrzenia – jest nie dla mnie. Taka nigdy   nie zechce elektryka. Być może moje przeświadczenie wzięło się stąd, że przypomniałem sobie niemiłe słowa ojca, gdy skończyłem podstawówkę. Podpity powiedział: – Alfredku, ty do technikum nie pójdziesz, boś za durny. Tam idą tylko tacy, co mają same piątki na świadectwie. Ty najwyżej będziesz miał jedną, z rosyjskiego… jakimś cudem ten przedmiot wchodzi do twojej pustej głowy!
    Wieczorem opowiedziałem o spotkaniu rodzicom.
    Matka z radości aż klasnęła w ręce. – Bogu dziękować, że wreszcie ktoś chce ci pomóc!
    Ojciec natomiast odezwał się ozięble: – Już komuniści cię znaleźli, oby ich gęś kopnęła! Sięgają po uboższych rozumem, bo takich łatwo otumanić!
    – Co też tato opowiada?! – zirytowałem się, bo poczułem się obrażony. – Odnosili się do mnie tak, jakbym był im równy! Nie wywyższali się! Na pewno pójdę na zebranie, a jak zobaczę, że mówią ciekawe rzeczy, to może do nich dołączę, zapiszę się do organizacji!
    – Rób, jak chcesz. Tylko nie sprowadzaj ich do domu. Wystarczy mi komunistów z pracy i z naszej klatki – podszedł do okna, lekko odsunął firanę i dodał ciszej: – Nienawidzę czerwonych – odwrócił się w moją stronę – może kiedyś powiem ci dlaczego. Synu, tyle to chyba zauważasz, że z nikim z klatki nie gadam, bo większość to partyjniaki, sprzedawczyki  i donosiciele. Im większa szuja, tym bardziej zagorzały partyjniak! – zakończył i splunął na niby.
    – Józef, bój ty się Boga, nie opowiadaj takich rzeczy dzieciakowi, nie buntuj go przeciwko ludziom i partii! – wmieszała się mama. – Nie zniechęcaj go do koleżanek i kolegów, dość już się sam w domu nasiedział! Może akurat ten związek mu pomoże?
    – Pogadaj sobie babo… pogadaj… – skwitował niegrzecznie ojciec i wyszedł do drugiego pokoju.

    Tygodnie mijały, a ja – ku wielkiej uldze rodziców i nauczycieli – uczyłem się coraz lepiej. Była to niewątpliwie zasługa członków organizacji. Niemal każdego dnia ktoś  zostawał ze mną po lekcjach i udzielał korepetycji z polskiego, matematyki czy przedmiotów zawodowych. Efektem wspólnej pracy było to, że po pierwszym okresie awansowałem w klasie z ostatniego, trzydziestego miejsca na siódme! Nawet wychowawca, który przecież nie darzył mnie sympatią, pogratulował mi wyników.
    Byłem wdzięczny koleżankom i kolegom z technikum, że poświęcają mi tyle czasu i pracy. Wszystkich tak polubiłem, że chciałem jak najszybciej zapisać się do ZMS, ale nic z tego nie wyszło.
    – Jesteś jeszcze za młody, pomyślimy o tym w przyszłym roku szkolnym – usłyszałem od Igi.
    Mimo odmowy, moja sympatia do członków ZMS nie uległa zmianie. Tylko ja wiedziałem, że w dodatkowej edukacji kryła się moja wielka tajemnica. Otóż uczyłem się głównie… dla Igi! Mój zapał jeszcze się zwiększył, gdy powiedziała, że jeśli będę dalej robił takie postępy w nauce, to na pewno zdam do technikum, a później po maturze – roztaczała przede mną piękną wizję – może nawet zostanę studentem?
    Dziewczyna imponowała mi nie tylko urodą, ale i ambicją. Byłem pewien, że   zostanie magistrem i zacznie pracować na ważnym stanowisku. Nie to co Ewka, raptem przypomniałem sobie moją poprzednią miłość. Po skończeniu zawodówki pójdzie do pracy do jakiejś knajpy i całe życie będzie biegać od stolika do stolika obsługując pijaków.
    Po kilku tygodniach spokoju, pod koniec lutego, znowu zaczął dokuczać mi ból głowy, głównie w lewej skroni. Szybko odbiło się to na nauce, nie byłem w stanie zostawać po lekcjach na korepetycje. Ból najbardziej dawał się we znaki wieczorem i nocą. Po paru dniach, gdy w żaden sposób nie mogłem zasnąć, rodzice wezwali lekarza. Przebadał mnie i stwierdził, że „coś musi być nie tak z moim mózgiem” i kazał poradzić się specjalisty.
    Nazajutrz udaliśmy się z matką do neurologa, który skierował mnie na prześwietlenie. Po dwóch dniach wróciliśmy do niego ze zdjęciem. Długo przyglądał się rentgenowi, wreszcie powiedział, że widzi coś drobnego z lewej strony, ale to na pewno nic groźnego. Z radości rzuciłem mu się na szyję, ale mnie odepchnął. Stanąłem za matką i zapytałem:
    – Jak pan doktor mówi, że wszystko w porządku, to czemu ten łeb tak boli?
    – Synku, nie łeb, głowa…
    – Może to mieć związek z nerwami – stwierdził lekarz. – Proszę pani, jak się patrzy na chłopaka, to od razu widać, że nerwicowiec: rozdygotane ręce, poobgryzane paznokcie… – dodał coś jeszcze o spokoju wewnętrznym i relaksie. Matka poinformowała go, że już była ze mną u psychiatry, ale jak dotąd nic to nie dało. – To trzeba iść jeszcze raz – zbył ją krótko i kazał pielęgniarce zawołać następnego pacjenta. Byłem zły, że tak nas potraktował.
    Codziennie brałem po kilka tabletek przeciwbólowych, głowa jednak wciąż dokuczała, powróciły też koszmarne postaci. Teraz odwiedzały mnie głównie nocą, ściągały kołdrę, a nawet dusiły! Gdy zapaliłem światło, znikały.
    Następnego popołudnia postanowiłem o wszystkim powiedzieć rodzicom. Wysłuchali mnie uważnie. Gdy skończyłem, tato zdecydował, że zaraz pójdzie do sklepu po nocną lampkę.
    – Mogę nie dostać, bo to rzadkość, ale może będą mieli jakieś latarki – dodał. – Jak to nie pomoże, to pójdę do księdza, opowiem o wszystkim i poproszę, żeby wyświęcił pokój, a najlepiej całe mieszkanie…
    – Józef, toć święcił na kolędzie – wpadła mu w słowo mama.    
    – Ale wtedy jeszcze duchów nie było! – warknął. Chciałem powiedzieć, że były, tylko o nich nie mówiłem, ale powstrzymałem się. – W zjawy żadne nie wierzę, ale licho nie śpi – stwierdził niezwykle poważnie, zapalił papierosa i kilka razy obszedł mój pokój, czasem przystawał, uważnie na coś patrzył. Zamierałem wówczas ze strachu, bałem się, że powie   coś strasznego. – Różne dziwy zdarzają się na tym świecie, oj, różne… – zaczął i usiadł na łóżku. – Takich objawów nieczystych sił lekceważyć nie można. Tym bardziej, że demony, z tego co mi wiadomo, atakują głównie słabych, chorowitych... – stwierdził i wyszedł do kuchni.
    Trochę się przestraszyłem. Demony w moim pokoju? Nie, to niemożliwe. Postanowiłem, że jeśli przy zapalonej lampce lub latarce coś zacznie mnie straszyć, to   obudzę ojca i poproszę, aby niezwłocznie przyprowadził księdza.
    Nie mam pojęcia, czy pomogła zapalona lampka (jednak ojcu udało się ją kupić), czy to, że ojciec wspomniał o poświęceniu pokoju, w każdym razie duchy przepadły. Wreszcie, mimo iż głowa nadal mnie bolała, mogłem zasnąć.
    Któregoś dnia przed szkołą zaczepiła mnie Iga i ni stąd, ni zowąd powiedziała:
    – Wiem, że nie masz jeszcze dziewczyny. Słyszę, że prawie wszystkie mają cię za głupka – przerwała i uśmiechnęła się, pokazując swoje białe zęby. Dlaczego moje są szare i nierówne? – pomyślałem. – To jest poważny problem… brak dziewczyny. W tym wieku już powinieneś kręcić z którąś – zamilkła, a rozejrzawszy się na boki i upewniwszy się, że  nikogo nie ma obok, spytała cicho: – Alfred, a może ty, jako jednostka aspołeczna,   uprawiasz to… co większość chłopaków?
    Myślałem, że zapadnę się pod ziemię! W pierwszym odruchu chciałem dać jej w twarz, ale jakoś się powstrzymałem. Jak może zadawać tak świńskie pytanie, zastanawiałem się nie patrząc na nią.
    – Jeśli tego nie robisz, to powinieneś zacząć, to pomaga psychice – bezwstydnie ciągnęła dalej. – Wielokrotnie słyszałam od chłopaków, jak opowiadali, że zawsze po tym czują się rozluźnieni… Cha! cha! cha! – roześmiała się jak głupia i odeszła bez słowa.
    Przez ponad tydzień nawet na chwilę nie mogłem uwolnić się od idiotycznych słów działaczki. W żaden też sposób nie mogłem zrozumieć, jak taka piękna dziewczyna mogła zaproponować coś tak nieprzyzwoitego? W końcu uznałem, że w organizacji nie robią nic innego, jak tylko rozmawiają o tych sprawach. Tak, na pewno tak. Gdyby było inaczej, już dawno zaprosiliby mnie na zebranie.
    Chyba tydzień później, gdy zasnąłem czytając jakąś nudną lekturę, przyśniła mi się Iga. Była naga. Rzuciłem się na nią i zacząłem całować. Wszystko szło mi dobrze, gdy nagle przebudziłem się. Byłem zły, że akurat w tym najważniejszym momencie. Zorientowawszy się, że rodzice śpią, poszedłem do łazienki. I właśnie wtedy, w marcową noc zrobiłem to, co podpowiedziała mi Iga. Zamknąłem oczy, wyobraziłem sobie ją nagą i przeżyłem coś, co na moment odebrało mi świadomość!
    Kiedy wróciłem do łóżka, byłem jednak przerażony tym, co się stało. To wszystko przez działaczkę, szukałem usprawiedliwienia. Gdyby o tym nie mówiła i nie przyśniła mi się, na pewno by do tego nie doszło. Gdy już trochę ochłonąłem i upewniłem się, że rodzice nic nie słyszeli, stwierdziłem w duchu, że było to przyjemne… Czułem się zdecydowanie lepiej. Pierwszy raz od długiego czasu ustąpił ból głowy! Zasypiając doszedłem do wniosku, że to co zrobiłem, pomogło mi więcej niż wszyscy dotychczasowi lekarze! Od tej chwili zacząłem bardziej optymistycznie patrzeć na życie.
    Po lekcjach natknąłem się na Wandę, która chodziła w najkrótszej spódniczce w szkole. Pierwszy raz uśmiechnęła się do mnie i wytrzeszczając oczy, zapytała: – Alfredzie, jakiś ty dziś ładny? Prawie zniknął ci trądzik!
    – Ja… ła…dny? – wystękałem zmieszany.
    – Jakby tak nie było, to bym nie mówiła. Chyba coś ze sobą zrobiłeś! – zawołała i chichocząc pobiegła do koleżanek. Myślałem, że spłonę ze wstydu. Jak to po mnie poznała, nieustannie zastanawiałem się, wracając do domu.
    Wieczorem, gdy rodzice poszli spać, wróciłem myślami do Igi. Położyłem się na łóżku, zwinąłem pierzynę i wyobrażałem sobie, że obok leży ta, którą tak bardzo kocham. Szeptałem czułe słówka, zapewniałem o wiecznej miłości i głaskałem miejsce, które zawładnęło całą moją wyobraźnią. W którymś momencie poprosiłem Igę, aby mnie objęła, przytuliła. Gdy to zrobiła, powiedziałem, że się z nią ożenię. I wtedy położyłem się na niej i zrobiłem to samo, co w łazience.
    Niestety, już po tygodniu zostałem okrutnie doświadczony przez los. Podczas jednej z przerw lekcyjnych Iga podeszła do mnie i odciągając na bok powiedziała, że żegna się ze mną.
    – W najbliższą sobotę przeprowadzam się z rodzicami na drugi kraniec Polski, do Rudy Śląskiej. Ojciec jest wojskowym i przenoszą go służbowo – oznajmiła, a ja z największym trudem powstrzymywałem łzy. – Może jeszcze kiedyś przyjadę do Sarwera, to na pewno się spotkamy. – Raptem usłyszałem: „Romeo i Julia!”. Spojrzałem w lewo, pod ścianą stało kilku kolegów z klasy i śmiali się z nas. Dziewczyna rzuciła: „Cześć!” i odeszła, natomiast ja schowałem się w ubikacji. Musiałem ochłonąć po tym, co przed chwilą usłyszałem od Igi.
    Wyjazd ukochanej był dla mnie straszliwym ciosem. Moje życie straciło sens.
    Mając za sobą kilka nieprzespanych nocy, któregoś dnia wstałem z łóżka, zrobiłem dwa kroki i tracąc równowagę upadłem. Wezwany przez matkę lekarz stwierdził ogólne osłabienie, przepisał leki i przez trzy dni nie kazał chodzić do szkoły. Leżąc w łóżku, nie mogłem powstrzymać łez z tęsknoty za Igą. Któregoś dnia matka nie wytrzymała i zapytała, dlaczego tak ciągle płaczę.
    – Gówno cię to obchodzi! – krzyknąłem, ale zaraz rzuciłem się jej na szyję, pocałowałem w policzek i przeprosiłem.
    – Matko Boska, synku, jak ty się odzywasz? – zapytała i rozpłakała się.
    – Ja nie chciałem… bardzo cierpię…
    – Mimo wszystko… syn… nie może się tak odzywać… do matki… – usiadła. Było mi jej żal.
    – To wszystko przez Igę… moją dziewczynę… która wyjechała…
    – Masz dziewczynę? – zdziwiła się i otarła łzy. – Nic o tym nie mówiłeś… To może teraz coś usłyszę – przytuliła mnie. W skrócie opowiedziałem o Idze, pomijając oczywiście to, czego moim zdaniem mówić nie powinienem.
    – Teraz wszystko rozumiem – szepnęła mama i obiecała, że już nie będzie pytać, dlaczego płaczę. Starała się mnie uspokoić i pocieszała, jak mogła.
     
    W ostatnim dniu zwolnienia, gdy już czułem się całkiem nieźle, przyszli do mnie Ziutek i Stasiek. Mama akurat wyszła na zakupy. Koledzy przynieśli wino, które pospiesznie wypiliśmy. Jednak to było za mało. Ziutek zapytał, czy przypadkiem nie mam w domu czegoś mocniejszego. Przypomniałem sobie, że ojciec lubił trzymać flaszkę w kredensie. Znalazłem ją bez trudu.
    – Jest pół ćwiartki, chyba nas nie poprzewraca – postawiłem butelkę. – Zaraz dam kieliszki. Jutro musimy odkupić, bo jak ojciec się kapnie, to koniec.
    – Jasne. Masz coś na popitkę? – zapytał Stasiek.
    Rozlałem wódkę, przechyliliśmy kieliszki, które zaraz umyłem i postawiłem na miejsce. Ziutek schował do teczki pustą butelkę. – Przewietrzę pokój, matka niedługo wróci i może coś wyczuć – wtrąciłem niemal biegnąc przez pokój. Akurat, gdy Stasiek chciał zapalić, usłyszałem odgłos otwieranych drzwi.
    – A co tu tak śmierdzi gorzałką?! – krzyknęła po chwili matka. – Czy to ojciec już wrócił?!
    – Nie mówiłem, że wyczuje? – szepnąłem przestraszony. Koledzy zbledli.
    – O, widzę, że masz gości… – mama stanęła w drzwiach. – A fuj, to chyba od nich tak śmierdzi! Pijaki do ciebie przyszli! Wynocha z mojego domu! – Chłopaki złapali za teczki i rzucili się do wyjścia. – Ja wam dam, syna mi będą bałamucić!
    Ostrożnie ruszyłem do łazienki, umyłem zęby i uważając, aby o coś nie zawadzić, wróciłem do kuchni, gdzie mama wypakowywała zakupy. Usiadłem na taborecie i chwytając się za czoło udawałem, że boli mnie głowa.
    – Znowu źle się czujesz? – usłyszałem. – Wcale ci się nie dziwię, tak śmierdziało od tych twoich kolegów… Masz batona – odezwała się łagodnie. – Nie zadawaj się z tymi dwoma. Już nieraz widziałam ich podchmielonych na mieście, słyszałam nawet, jak przeklinali. Koleguj się z Tadkiem, z niego bierz przykład. Mieszka nieopodal, w sąsiednim bloku, znam jego rodziców, porządni ludzie – spojrzała na mnie. – Chyba masz jeszcze gorączkę, bo jesteś czerwony…
    – E, dobrze się czuję – wtrąciłem natychmiast. – Mamo, lubię Tadka… – by ukryć przed nią wzrok, wstałem wolno, podszedłem do zlewu, przemyłem ręce – ale on nigdy nie   ma czasu, żeby się ze mną kolegować, ciągle się uczy…
    – I dobrze, też tak powinieneś robić.
    – I tak uczonym nie zostanę – powiedziałem z jakąś goryczą i ugryzłem batona.
    – Ale może zawodówkę skończysz z wyróżnieniem, bo na to się zanosi, to wtedy pójdziesz do technikum. Nie dalej jak wczoraj mówiliśmy o tym z ojcem… Zawód elektryka na całe życie to może być za mało, przydałaby się matura.
    Byłem zaskoczony. Nigdy dotąd rodzice nie wspominali o tym, żebym miał zostać technikiem. Spojrzałem na matkę uważnie, chyba dalej jest zdenerwowana i mówi od rzeczy, pomyślałem. Nagle przypomniała mi się Iga, ona też mówiła, żebym nie poprzestał na szkole zawodowej.
    Wróciłem do pokoju. Leżąc na łóżku i rozmyślając postanowiłem, że chociażby przez pamięć o ukochanej zrobię wszystko, by skończyć średnią szkołę.
   
    Po dwóch latach zostałem elektrykiem. Rodzice jakoś nie wspominali już o dalszej edukacji. Uznałem, iż doszli do wniosku, że wystarczy mi zdobyty zawód. Tato nawet powiedział któregoś dnia, że wstępnie rozmawiał już w pracy z kolegą, którego brat ma zakład elektryczno-budowlany niedaleko naszego osiedla i jeśli wszystko dobrze się ułoży, po wakacjach mógłbym podjąć tam pracę. Nawet się ucieszyłem, wreszcie będę miał własne pieniądze.
    Jednak już dwa dni potem, gdy malowaliśmy kuchnię, usłyszałem od ojca:
    – Synu, odpocznijmy chwilę, musimy pogadać. Chyba dziś rano uprzytomniłem sobie, że skoro prawie na samych czwórkach skończyłeś zawodówkę, to – póki jeszcze czas –  trzeba złożyć dokumenty do technikum mechanicznego, dla pracujących. Będziesz robił, zarabiał i się uczył! – rzekł twardo. – Trzy lata miną raz-dwa, jako technik na pewno w życiu nie zginiesz. Mając maturę, nie będziesz w pracy każdego dnia pomiatany przez kogoś innego, jak to jest ze mną.
    – Tak, synku, słuchaj ojca, dobrze mówi, dobrze ci radzi. Musisz iść do tej szkoły, wszystkie dzieci naszych sąsiadów są na drodze do matury – włączyła się matka. – Przecież nie może być tak, żeby jeden Lejek z całej klatki, a może i z bloku, nie miał matury.
    Zmówili się, na pewno się zmówili, pomyślałem i znowu wróciłem myślami do Igi.
    – Alfred, wiem, że nie najlepiej jest u ciebie ze ścisłymi, ale jak zajdzie konieczność, to grosza nie poskąpię, dam na dodatkowe nauczanie. Może też nadal pomagać ci będzie organizacja? – wyraził nadzieję ojciec, co trochę mnie zdziwiło, bo przecież „komunistów” nie lubił. – Jakoś dasz radę. Myślę sobie też i tak, że jak rozpędzisz się z nauką, zasmakujesz wiedzy, to jeszcze nam inżynierem zostaniesz! – wstał, uśmiechnął się i klepnął mnie w ramię. Kompletnie nie wiedziałem, co o tym wszystkim sądzić. Hm, może i starzy mają rację… W myślach znów powróciła Iga. Och, jakże byłoby pięknie spotkać ją kiedyś, a podając rękę, spojrzeć w jej piękne oczy i powiedzieć: „Dzięki tobie zostałem inżynierem”. – Synu, taki co ma studia, to nic nie robi, a pieniędzy zarabia tyle, że fizyczny to może tylko pomarzyć! – tato pobudzał moją wyobraźnię.



Stanisław Raginiak

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.

 Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.



komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

22 Września 2011, godz: 13:37

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy


Wielka Orkiestra 

              Świątecznej Pomocy

 

                                      Chcesz pomóc w organizowaniu sztabu WOŚP w styczniu 2012 roku?

                                        A może dołączysz do nas jako wolontariusz pomagając zbierać pieniądze?

 

                             Już w poniedziałek 26.09.11 o godzinie 18.00 zapraszamy Cię

                               na zebranie do Sali OSP w Łukcie.

 


komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gosiaq

19 Września 2011, godz: 12:48

Ćwokowampiria - fragment 1


 

I

     Na tym dziwnym świecie pojawiłem się 13 maja 1959 roku. Matka powiła mnie w maleńkiej wsi Dzirdzie, w powiecie bździanowskim.
     Gdy miałem pięć lat, rodzice, Elżbieta z domu Kowalik i Józef Lejek, przeprowadzili się do Bździanowa. Tu, po dziesięciu latach pracy w gazowni, ojciec otrzymał jednopokojowe mieszkanie. Trzy lata później natomiast został przeniesiony służbowo do pobliskiego Sarwera, stutysięcznego miasta leżącego nad rzeką Kicią. Tato nie dość, że awansował na brygadzistę i otrzymał wyższe uposażenie, to jeszcze otrzymał od przedsiębiorstwa większy, dwupokojowy lokal, który w porównaniu z poprzednim był luksusem… Mieliśmy centralne ogrzewanie i gaz! Matka nie pracowała zawodowo i tylko czasami zarobiła parę groszy, robiąc na drutach sweter lub skarpety.
    Do bloku przy ulicy Włodzimierza Iljicza Lenina wprowadziliśmy się 25 kwietnia 1967 roku.
    Tydzień później niewiele brakowało, a utopiłbym się w rzece.
    Była niedziela, matka jak zwykle krzątała się po domu, a ojciec wziął mnie i wędkę i ruszyliśmy nad Kicię. – Nazbieraj matce szczawiu! – polecił mi, sam zaś zajął się łowieniem i ćwiartką wódki, którą kupił po drodze. Gdy po jakimś czasie wróciłem z kieszeniami wypchanymi szczawiem, chrapał w najlepsze. Po wędce nie było śladu, popłynęła albo ktoś  ją ukradł. Z nudów zacząłem zbierać kamyki i czekając, aż tato się obudzi, rzucałem je do rzeki. W którymś momencie pośliznąłem się, wpadłem do wody i zostałem porwany przez nurt. Na szczęście zobaczył mnie inny wędkarz i cudem uratował.
    Przez ponad dwa tygodnie leżałem w szpitalu. Lekarz, wypisując mnie, powiedział rodzicom, że z powodu krótkotrwałego niedotlenienia nastąpiło u mnie lekkie uszkodzenie mózgu. – Fakt ten nie musi, ale może na zawsze mieć wpływ na zdrowie syna – dodał.
    Chyba urodziłem się pod złą gwiazdą, bo już po kilku miesiącach ponownie znalazłem się w szpitalu, tym razem ze wstrząśnieniem mózgu. Podczas bójki oberwałem kamieniem.
    – Drobniutki jest ten wasz chłopak, chucherko! – usłyszałem lekarza, gdy dwa dni później przy moim łóżku rozmawiał z rodzicami. – Uważajcie na niego, żeby znowu nie stało mu się coś złego.
     Jeszcze teraz, gdy wracam pamięcią do tamtych czasów, widzę rodziców pochylonych nad moim łóżkiem i załamujących ręce.    
    – Panie Boże, nie dość, że dałeś nam tylko jedno dziecko, to jeszcze takie pechowe! – ubolewała głównie matka.
    Ojciec lamentował nade mną przeważnie w soboty, zawsze po tym, jak już z sąsiadem Mietkiem opróżnili dwie, czasem trzy ćwiartki wódki. – Gdzie ten mój Alfredzio? – zaczynał zawsze tak samo i zaraz dodawał: – Alem się doczekał synka, mały ci on, chudy, słabowity…

W kogo on się wdał?!

     Prawdopodobnie, a może i na pewno, przez moje prawie utonięcie i bójkę rozwijałem się gorzej od rówieśników. Byłem tak chudy, że przezywano mnie Szczypiorek. Miałem lekkiego zeza, poruszałem się niezdarnie i trochę sepleniłem.
    Jeśli natomiast chodzi o naukę, to najlepiej będzie, jak przytoczę zdanie kierownika szkoły, które prześladuje mnie do dziś. Ten wredny, rudy okularnik niemal przez całą podstawówkę mówił o mnie: „Jak sięgam pamięcią, a mam ją bardzo dobrą, to takiego beznadziejnego ucznia, jak Alfred Lejek, nigdy nie było w naszej szkole”.
    Na szczęście, dzięki ambicji i pomocy ojca, z trudem bo z trudem, ale przechodziłem z klasy do klasy. I nigdy nie uwierzyłem w to, co któregoś dnia powiedział mi Franek Karmecki, z którym siedziałem w ławce od drugiej klasy, a mianowicie, że słyszał, jak jeden  z nauczycieli gadał do mojego starego, że z oddziału do oddziału przepuszczany byłem z litości.
    – Wiesz, Alfredku – koleżka przeważnie tak zaczynał – faktycznie, jak się na ciebie popatrzy, to aż żal ściska za serce.
    Patrząc z perspektywy upływającego czasu uważam, że lata mojej podstawowej edukacji wcale nie były takie złe dla mnie i rodziców. Przede wszystkim dlatego, że – wbrew wcześniejszym obawom lekarzy – nie przydarzyły mi się więcej jakieś szczególne wypadki  ze zdrowiem, które uniemożliwiłyby ukończenie szkoły.
   
    Zawsze będę pamiętał koniec ósmej klasy. Po powrocie do domu dostałem w nagrodę kilka paczek herbatników petit beurre i cztery oranżady. Dzień był wyjątkowo gorący. Zajadając się ciastkami, z radością patrzyłem na siedzących obok, uśmiechniętych rodziców.
    Po wypiciu pierwszej oranżady zauważyłem jednak, że ojciec jest jakiś inny niż był zazwyczaj. Spojrzał na zegarek, później na mnie, w końcu na matkę i kazał jej wyjść z pokoju.
    – No, Alfred, teraz to ty już kawaler – powiedział, gdy zostaliśmy sami i klepnął mnie mocno w plecy, aż się zakrztusiłem.
    – Jaki tam… ze mnie… kawaler – wystękałem.
    – E, kawaler i już!
     – Skoro tata tak uważa, to niech tak będzie – i nagle zerwałem się z krzesła, podbiegłem do okna i zbiłem butelką szybę, bo na parapecie usiadła jaskółka. – Ucieeekłaaa! – wrzasnąłem jak oparzony.
    – Synku, zauważam, że czasami zachowujesz się dziwnie, masz w sobie za dużo złości – ojciec starał się mówić spokojnie, ale widać było, że jest rozgniewany. – Szyb się nie tłucze, jaskółek nie straszy, są pożyteczne. Takie zachowanie bardzo mnie niepokoi – pokazał palcem, żebym usiadł i dodał: – Ta twoja nerwica ciągnie się od dzieciństwa, od wypadku w rzece i od uderzenia kamieniem w głowę.
    – Ojciec, co chcesz mi naprawdę powiedzieć? – zapytałem zniecierpliwiony i usiadłem. Nie chciałem, żeby przypominał mi dawne, smutne historie. Moje pytanie chyba mu się nie spodobało, gdyż zacisnął wargi i sięgnął po papierosa.
    – Dzieciaku, a od kiedy to ja dla ciebie jestem o j c i e c? – rzekł marszcząc czoło.
    – Wymsknęło mi się…
    – Już dobrze, dajmy spokój nerwicy. Teraz ci powiem najważniejsze, słuchaj uważnie. Oprócz ukończenia szkoły powszechnej, jest jeszcze drugie coś, co mnie cieszy, a mianowicie to, że dotąd żadna dziewczyna nie przewróciła ci w głowie.
    Spojrzałem mu w oczy, gdyż nie spodziewałem się, że powie coś takiego. – To prawda… jakoś mnie nie interesują… – wymamrotałem i zaraz pomyślałem o Kaśce, która  mi się podobała od piątej klasy, ale nigdy nie ośmieliłem się jej o tym powiedzieć. Przypuszczalnie dlatego, że nie zwracała na mnie uwagi.
    – To teraz słuchaj – tato poprawił się na krześle, wreszcie wkręcił papierosa w cygarniczkę i zapalił, a wypuszczając dym dodał stanowczo: – Pamiętaj, nigdy nie zadawaj się z żadną dziewuchą, wszystkie one są diabła warte. Jak dorosną i znajdą mężów, to żadnej nie chce się pracować. Każda tylko chciałaby się stroić, chodzić na zabawy i wydawać pieniądze swojego chłopa. – Zaskoczony wybałuszyłem oczy.

    – I co mi się tak przyglądasz? Rób wszystko, żeby się nigdy nie zakochać… – ściszył głos. – Jak jeszcze trochę podrośniesz i miłość cię pokona, będzie po tobie. Pokochasz taką, poprzewraca ci w głowie, a później zdradzi z innym, unieszczęśliwi i możesz się załamać nerwowo. Już niejeden zwariował  przez babę...
    – Tato, dlaczego mówisz takie rzeczy? – spytałem sięgając po oranżadę i ciastka. – Chyba nie każda miłość musi być nieszczęśliwa, nie od każdej trzeba zwariować…
    – Mówisz jak stary, jakbyś już coś przeżył… Nie od dziś wiem, że mam filozofa w domu. Mądrala zaczyna z ciebie wyrastać – przerwał.

    – Co ty możesz wiedzieć o miłości? Przecież nic. Sto razy mądrzejsi od ciebie połamali sobie na niej zęby...
    – Za trudno tata do mnie mówi – wtrąciłem.
    – Nie za trudno, tylko tyś za smarkaty. Pamiętasz może tego naszego sąsiada, Witka Dziamajskiego? Starszy był od ciebie, wojsko w tamtym roku odsłużył, pracę już miał i był, że tak powiem, ukształtowany, i co się z nim stało?
    – Nie żyje... – przypomniałem sobie.
    – Właśnie, nie żyje. Powiesił się. A dlaczego?
    – Nie wiem…   
    – Ale ja wiem. Zaraz po wojsku zakochał się w Kryśce Rapitorskich, mieli się nawet żenić, ale nie doszło do tego – ojciec opowiadał z przejęciem. – Zdradziła go. Ludzie mówią, że poszła do innego, bo tamten miał samochód i gruby portfel. Synku, teraz to już nikt się   nie dowie, czy zgrzeszyła przez te auto i pieniądze, czy to była zdrada z nagłej miłości, bo i takie się zdarzają. Tak czy siak, Witek tego nie zniósł i się powiesił. Dla twojego dobra powiem ci, że jak nie chcesz szybko umrzeć, to się nie zakochuj.
    – Ale tata ma żonę… – wtrąciłem zastanawiając się nad tym, co przed chwilą usłyszałem.
    – Aaa, ja to co innego – rzekł po namyśle. – Inne były czasy. Zresztą, twoja matka od początku była do mnie mocno i uczciwie przywiązana. Nie pamiętam, żeby chociaż raz obejrzała się za innym. Wtedy, jak ja brałem ślub, to w ogóle kobity były inne, pracowite i mądrzejsze od dzisiejszych. Były też bardziej posłuszne swoim kawalerom, później mężom. Dziś świat się zmienił, kobity mają coraz więcej do powiedzenia, a to jest groźne dla każdego mężczyzny.
    – W takim razie nigdy się nie ożenię! – stwierdziłem, a ojciec objął mnie i szepnął, że ma mądrego syna.
   
    Później, gdy już byłem w pierwszej klasie szkoły zawodowej (rodzice zdecydowali  się kształcić mnie na elektryka), dzięki nieustannym radom ojca na każdą dziewczynę patrzyłem z nienawiścią i pogardą. Jeśli tylko któraś uśmiechnęła się do mnie, zaraz do niej podchodziłem i groziłem, że jak jeszcze raz będzie szczerzyć zęby, to w nie oberwie.
    W szkole szybko uznano mnie za dziwaka i… głupka. Pierwsze miano otrzymałem dlatego, że stroniłem od dziewczyn, a drugie, bo byłem najsłabszym uczniem.
    Prześladowany przez koleżanki i kolegów, popadałem w coraz większy stres. W końcu dostałem rozstroju nerwowego i musiałem iść do lekarza, który określił mnie jakimś dziwnym słowem neurastenik i po badaniu skierował na dwa tygodnie do szpitala.
    Prowadząc mnie na salę, miła i ładna pielęgniarka powiedziała, że specjaliści szybko wyleczą moją nerwicę. Sprawią też, że przestanie mnie boleć głowa, bo od tygodnia dokuczała mi nieustannie, i wrócę do domu zdrów jak ryba. Siostra musiała być chyba czarodziejką, ponieważ doktorzy zrobili ze mną dokładnie tak, jak przepowiedziała. Gdy po kilkunastu dniach wróciłem do rodziców, czułem się jak nowo narodzony!
    Niestety, nerwica wkrótce dała znać o sobie.
    Pewnego listopadowego dnia ucząca się na kelnerkę Ewa, która wpadła mi w oko już pierwszego września, rzuciła mi w twarz:
    – Taki ładny chłopak, a eunuch!
    Zatkało mnie! Pierwszy raz ktoś powiedział, że jestem ładny! Radość jednak trwała krótko. Podczas obiadu poprosiłem ojca, aby wyjaśnił mi słowo eunuch. Spojrzał na mnie  tak, jakby to nie syn siedział koło niego, a duch. Chwilę kiwał głową, w końcu rzekł:
    – Eunuch, powiadasz. A kto tak powiedział?
    – Jedna dziewczyna, co się uczy na kelnerkę.
    – Na pewno się nie przesłyszałeś? – przeszył mnie wzrokiem.
    – Na pewno – odpowiedziałem i dalej jadłem pomidorówkę.
    – Eunuch… no, no… taka smarkula... Ciekawe, kto ją tego nauczył? – widać było, że tato gryzł się w sobie. – A prawdę powiedziawszy, czemu o to pytasz?
    – Jak to czemu? Chcę wiedzieć, co to oznacza – skwitowałem odkładając łyżkę i  wiercąc się na krześle, bo już nie mogłem się doczekać wyjaśnienia. Coraz bardziej podejrzewałem, że obce mi słowo znaczy coś niedobrego. Ojciec robił jakieś dziwne miny, drapał się po głowie, po ręce, za uchem i zwlekał z odpowiedzią.
    – Na pewno tak ci powiedziała? – zapytał raz jeszcze i spojrzał wrogo na matkę, która stanęła w drzwiach. – Nie podsłuchuj! – burknął.
    – Też chcę wiedzieć, co znaczy to słowo…
    – Później ci powiem, teraz wyjdź! – Matka posłuchała, przymknęła drzwi. – Powiadasz, że nazwała cię eunuchem, tak?
    – Tato, mam powtarzać sto razy? – włożyłem łyżkę do zupy i zaciskając usta, patrzyłem w okno.
    – To przykre, że tak o tobie powiedziała...
    – Czemu? – spojrzałem na ojca.
    – Hm, jakby ci to powiedzieć? Ta gówniara cię obraziła… – widząc, że nerwowo obgryzam paznokieć, dodał: – Alfred, jesteś już duży, to nie będę przeciągał… ale przedtem ci powiem, że jestem tak samo zdenerwowany jak ty.
    – Mów tata wreszcie!
    – Eunuch… to… mówiąc najprościej… ktoś, kto nie może mieć dzieci...
    – Zabiję jędzę! – krzyknąłem i wybiegłem z domu. Oszczerstwo! Kłamstwo! Podłość! Tylko takie słowa przychodziły mi na myśl. Zatrzymałem się niedaleko płotu odgradzającego nasze osiedle od działek i rozpłakałem się. Na szczęście ojciec szybko mnie odnalazł, chwycił za rękę i przyprowadził do domu.
    – Synku, i po co się denerwować? Już i tak masz taką nerwicę, że niejeden, co wojnę przeżył, takiej nie ma. Dam ci dobrą radę, nie pierwszy raz zresztą, nie zwracaj uwagi na głupie dziewuchy, odwracaj się do nich plecami.
    Postanowiłem, że od jutra nawet nie spojrzę na tę wredną Ewkę. Chociaż… Raptem przyszło mi do głowy, żeby pod jakimś pretekstem zwabić ją kiedyś w ustronne miejsce i pokazać jej „ptaka”. I chociaż miałaby na co popatrzeć, to jednak wiedziałem, że przez wrodzoną nieśmiałość nigdy nie zrobię czegoś takiego.
    Znowu źle spałem, niemal nieustannie bolała mnie głowa. Na każde, choćby najzwyklejsze pytanie rodziców reagowałem nerwowo.

W szkole byłem coraz bardziej opryskliwy i nieufny. Niemal we wszystkich kolegach i koleżankach widziałem wrogów. W każdym ich spojrzeniu i słowie węszyłem podstęp. Jakby tego wszystkiego było mało, niemal z dnia na dzień zacząłem lunatykować. Ta przypadłość sprawiła, że mama postanowiła zamówić mszę w mojej intencji.
    – Może Bóg się nad tobą ulituje i przywróci zdrowie – mówiła szykując się do wyjścia.
    Na szczęście ojciec kategorycznie się sprzeciwił. – Nie rób wariatki z siebie i z nas! – wrzasnął.
    Kilka dni później, gdy lunatykowanie nie ustępowało, poszedłem z matką do poleconego jej przez znajomą najlepszego psychiatry w Sarwerze. Specjalista, po zapoznaniu się ze wszystkimi moimi dolegliwościami, niespodziewanie machnął ręką i z rozbrajającym uśmiechem powiedział:
    – Pani Lejkowa, nie warto się za dużo przejmować. Chłopak podrośnie, zmężnieje, pozna dziewuchę, pójdzie na randkę i zaraz wyzdrowieje – a po wypisaniu zwolnienia i zainkasowaniu pieniędzy otworzył drzwi i żegnając nas, dodał podniesionym głosem:

    – Lunatykowanie samo przyszło i samo odejdzie! – po czym parsknął śmiechem.
    Wyszliśmy z matką jak niepyszni. Przez całą powrotną drogę, którą pokonaliśmy w milczeniu, zastanawiałem się, co ten głupi lekarz miał na myśli mówiąc, że jak poznam dziewczynę i pójdę z nią na randkę, to zaraz wyzdrowieję?
    Coraz bardziej zaniepokojony swoim pogarszającym się zdrowiem, któregoś wieczora zacząłem rozmyślać nad tym, czy aby niedługo nie zwariuję albo umrę? Przerażony taką wizją pobiegłem do kuchni do matki i płacząc powiedziałem, że boję się o siebie.
    – Chyba… wyląduję w domu… wariatów… albo na cmentarzu… – szlochałem.
    – Co ten dzieciak za głupoty gada! – z pokoju doleciał głos ojca. – Za młody jesteś, żeby zwariować! Prędzej mnie to dopadnie! Mam zniszczone nerwy przez robotę i inne sprawy – wszedł do kuchni, położył rękę na moim ramieniu i rzekł: – Synku, w naszej… w mojej rodzinie był już jeden pomylony, brat twojego dziadka, to chyba wystarczy. Adolf   miał na imię, był muzykantem w wojsku, dużo pił, bo każden muzykant lubi gorzałę. Baby też go zniszczyły, a miał ich tyle, że sam nie mógł policzyć. I w końcu zwariował od tego wszystkiego. Ciebie do wojska raczej nie wezmą, kruchy jesteś i chorowity, a nawet gdyby,  to w orkiestrze występować nie będziesz, boś jest niemuzykalny. O kobitach już sporo gadaliśmy – skończył i wrócił do pokoju.
    – Ojciec dobrze mówi – dodała matka. Nalewając mi kompotu z rabarbaru przekonywała, że będzie ze mną dobrze.  (cdn)

 

 

Stanisław Raginiak

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.

 Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.



komentarze (3) outsider: dla mnie- nie do czytania.
na szczęście są różne gusta.
Pozdrawiam autora.
dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

16 Września 2011, godz: 19:23

14 Rajd Warmiński 2011


 

Więcej informacji na stronie www.rajdwarminski.pl


komentarze (2) gosiaq: dlaczego ? dziś był rajd np. w Szałstrach :) dodaj komentarz autor:gosiaq edycja:gres

14 Września 2011, godz: 09:57

Cross Country Prabuty 2011 - zwycięzcy z Łukty


Z radością informujemy o wygranej dwóch członków naszej grupy w rajdach Cross Country w Prabutach w klasie junior motocross. Konrad oraz Kuba Załęscy z Łukty zajęli kolejno I miejsce i III miejsce.Serdecznie Gratulujemy.

Dodatkowo informujemy że to nie pierwsza wygrana naszych kolegów. Na cross country w okolicach Warszawy zajeli II i III miejsce.

Fotorelacja z rajdu w którym uczestnicznyli Konrad i Kuba na stronce ZAJECHANI.COM.PL 

pod TYM linkiem


komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:reeder edycja:gres

9 Września 2011, godz: 14:27

Ćwokowampiria na Łukta-City!


 

 

KSIĄŻKA  , KTÓRĄ TRZEBA KONIECZNIE PRZECZYTAĆ!

KSIĄŻKA, W KTÓREJ OPISANA ZOSTAŁA OBECNA POLSKA RZECZYWISTOŚĆ! 

 KSIAŻKA, KTÓRA BAWI I SMUCI DO ŁEZ!

 KILKASET STRON BARDZO CIEKAWEJ LEKTURY!

 

"Ćwokowampiria, to miasto rządzone przez… wampiry. Młoda, niezbyt rozgarnięta, demokratyczna władza boryka się z wieloma problemami. Nie mogąc sobie z nimi poradzić, wampiry – rządzone przez Imperatora Nietamo – porywają z miasta Sarwer inżyniera Alfreda Lejka, człowieka o barwnym życiorysie. Jest on dla nich jedyną szansą."

 

Już wkrótce na !



komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

9 Września 2011, godz: 11:39

Kiermasz


KIERMASZ ODZIEŻY I OBUWIA

w Ochotniczej Straży Pożarnej ( Świetlica OSP )

ul. Mazurska 5, Łukta

9 WRZESIEŃ, PIĄTEK ( dziś ), w godz. 11.00-17.00

 

NAJTAŃSZE BUTY W "MIEŚCIE" JEDYNA OKAZJA TYLKO 5 ZŁ

- buty damskie wsuwane, idealne do pracy i na prezent - po 10 zł!!!

- obuwie letnie po 5 zł, 8zł i po 10zł

- sukienki po 5 zł, kombinezony dziecięce po 15zł

- spodnie dziecięce po 7zł, bluski dziecięce po 5zł

- dętki rowerowe po 8zł, akcesoria rowerowe oraz wiele innych artykułów...

WYPRZEDAŻ SPODNI I SPÓDNIC PO 2ZŁ                    ZAPRASZAMY!

 


komentarze (2) gosiaq: co do art. rowerowych to widziałam siodełka, światełka, dętki, koszyczki i blokady na koła:) dodaj komentarz autor:gosiaq

                                      
                                      
                       

 


copyright © lukta-city.pl
autor: Grzegorz Malinowski